Redakcja money.pl dotarła do projektu ustawy, którego celem jest wprowadzenie tzw. podatku cyfrowego w Polsce. Objąć ma on podmioty lub skonsolidowane grupy, których łączne przychody w skali świata wynoszą w roku poprzedzającym opodatkowanie ponad miliard euro, a suma przychodów objętych podatkiem oraz uzyskanych w Polsce przekroczyła 25 mln zł – bez względu na ich rezydencję podatkową.
Nową daniną co do zasady mają być obciążone przychody osiągane z trzech rodzajów usług świadczonych przez big techy na terytorium Polski:
- zamieszczania reklam w serwisie, które są skierowane do użytkowników tego serwisu;
- udostępniania użytkownikom narzędzi, które służą do wzajemnej komunikacji bądź ułatwiają im dostawę towarów albo świadczenie usług bezpośrednio pomiędzy użytkownikami;
- przekazywania pakietów danych o użytkownikach w drodze sprzedaży, licencji lub w innej odpłatnej formie.
Stawka podatku ma wynieść 3 proc. Jak ujawnił Tomasz Setta, w projekcie pojawiły się furtki pozwalające obniżyć daninę nawet do zera. Mogłaby być pomniejszona o wartość opłaconego w Polsce podatku CIT, ale też o poziom wydatków na badania i rozwój (B+R) lub inwestycje w naszym kraju. O sprawie rozmawiamy z Piotrem Mieczkowskim, ekspertem ds. technologii i dyrektorem zarządzającym fundacji Digital Poland.
Ceny paliw drastycznie rosną. CPN wróci? Jest odpowiedź ministra
Jacek Losik, money.pl: Stawka tzw. podatku cyfrowego jest komunikowana od dawna. Co innego możliwości obniżenia daniny. Jak pan ocenia te zapisy?
Piotr Mieczkowski: Wspieranie płacenia podatku CIT jest dobrym kierunkiem, bo takie było też początkowe założenie komunikowane przez ministra cyfryzacji. Chodziło o wyrównanie szans między firmami. Wiele polskich przedsiębiorstw, jak Wirtualna Polska czy InPost Rafała Brzoski, wskazywało, jak wysokie podatki płacą w kraju. Nowa danina miała być sposobem na wyrównanie tych obciążeń. Dlatego możliwość odliczenia jej, jeśli płaci się CIT, jest w porządku.
A zapis dot. inwestycji w badania i rozwój?
Taka forma może być korzystna szczególnie dla amerykańskich firm, bo one mają w Polsce dużą działalność i centra badawczo-rozwojowe, jak na przykład Google. W dyskusjach na temat podatku pojawiał się też inny wątek. Paradoksalnie ten podatek może w większym stopniu dotyczyć firm chińskich, takich jak giganci e-commerce, Temu czy Shein.
Zacznijmy od wątku USA. Jakiej reakcji można się spodziewać po amerykańskich gigantach?
Z tym wiążą się moje największe obawy, jeśli chodzi o podatek cyfrowy. Platformy takie jak Meta już zaczynają doliczać ten podatek do swoich reklam, czyli bezpośrednio przerzucają koszt na konsumenta. Ceny reklam na Facebooku rosną o stawkę podatku. Google już to wprowadził, a Meta ogłosiła podobny krok w styczniu lub lutym, z wejściem w życie od 1 lipca w krajach, gdzie taki podatek obowiązuje. Opłata jest doliczana w wysokości lokalnej stawki. Na przykład w Austrii czy Turcji stawka podatku wynosi 5 proc., a we Francji 3 proc.
Jest jeszcze prezydent USA Donald Trump, który zapowiedział drakońskie cła dla tych, którzy już mają lub wprowadzą podatek cyfrowy. Groźba dotyczy 100-procentowych taryf.
Ja, powiem szczerze, prezydentem Trumpem bym się tak nie przejmował. Dlatego że prezydent Trump dużo mówi i straszy, ale jego słowa nie zawsze przekładają się na działania albo są one inne i da się pewne rzeczy załagodzić. Widać to doskonale na przykładzie Iranu, gdzie stanowisko zmienia się niemal codziennie. Z kolei na rynkach finansowych wielu używa akronimu TACO od Trump Always Chickens Out, co oznacza, że prezydent zawsze na końcu negocjacji wycofuje się ze swoich gróźb.
Widzieliśmy ostatnio, że wręcz kilka godzin dzieliło komunikaty, że USA będą pobierały opłaty za ochronę statków w cieśninie Ormuz i że pobierać de facto myta nie będą.
Dlatego słowa dot. podatku cyfrowego traktuję jako werbalne negocjacje. Jestem przekonany, że sytuacja w naszym przypadku nie będzie patowa. Po pierwsze, mamy deficyt handlowy ze Stanami Zjednoczonymi, w przeciwieństwie do Niemiec czy całej Unii. Po drugie, podatki to kwestia suwerenności. Po trzecie, ten podatek nie jest wymierzony bezpośrednio w firmy amerykańskie.
W chińskie?
Na warsztatach ministerialnych w sprawie podatku cyfrowego dużo mówiło się o firmach chińskich i sektorze e-commerce. Z wyliczeń fundacji Instrat wynikało, że to właśnie one, proporcjonalnie, zapłaciłyby największą część tej daniny.
Pytanie tylko, czy Waszyngton tak naprawdę będzie musiał coś robić, czy też nie wyręczy go obóz prezydenta Karola Nawrockiego, który – wielokrotnie chwalony przez Donalda Trumpa – przykłada większą wagę do słów prezydenta USA.
To prawda. Na wszystkich warsztatach w Ministerstwie Cyfryzacji ten wątek pojawiał się najczęściej – że prezydent to zablokuje. Jest postrzegany jako osoba, która reprezentuje interesy firm amerykańskich, nie zawsze w zgodzie z naszym interesem narodowym. Wcześniej blokował różne inne rzeczy, na przykład wdrożenie Aktu o Usługach Cyfrowych. Ma pan rację, największą obawą jest brak zgody prezydenta.
Intuicja mi podpowiada, że temat będzie mocno rozgrywany politycznie, zwłaszcza z uwagi na wybory parlamentarne w 2027 r. Obóz prezydencki od dawna akcentuje swoje dobre relacje z Białym Domem.
Pamiętajmy, że w przypadku usług audiowizualnych, czyli streamingu, podobny podatek już u nas obowiązuje i jest przeznaczany na Państwowy Instytut Sztuki Filmowej. Ale tak - im bliżej wyborów w 2027 r., tym bardziej sprawa będzie traktowana jako kwestia czysto polityczna, a nie gospodarcza czy merytoryczna.
Czy ten projekt, według pana, jest do zaakceptowania przez Karola Nawrockiego?
Nie jestem optymistą. Niepokoi mnie fakt, że środowisko prezydenta nie angażuje się merytorycznie w prace nad tym podatkiem. Podobnie było z Aktem o Usługach Cyfrowych – łatwo coś odrzucić, ale trudniej włączyć się w dyskusję. Patrząc na to, jestem raczej pesymistą. Uważam, że stanie się to elementem rozgrywki politycznej, a nie merytorycznej debaty o interesie naszego kraju, którym jest wyrównanie szans polskich firm w konkurencji z zagranicznymi gigantami.
Osobiście spodziewam się też podnoszenia tematu podatku do rangi bezpieczeństwa Polski. Na zasadzie, że "my" – obóz prezydencki związany z opozycją "załatwiamy" np. stałą obecność amerykańskich żołnierzy w Polsce, a "oni" – koalicja rządząca, wymyślają jakiś podatek cyfrowy i wszystko może popsuć. Warto przy tym zauważyć, że np. Turcja wykazuje się większą asertywnością wobec USA. Ankara od lat negocjowała ws. zgody na zakup myśliwców F-35, którą uzyskała na ostatnim szczycie NATO. Od 2020 r. Turcy stosowali podatek cyfrowy w wysokości 7,5 proc., a w wyniku negocjacji z USA w tym roku zeszli do 5 proc. Od 2027 r. będzie to już ostateczna stawka 2,5 proc.
To już nawet nie jest dyskusja o podatku, ale o relacjach polsko-amerykańskich. Jesteśmy bardzo miękcy w negocjacjach. Patrzę, jak rozmawiają Turcy czy Francuzi, i widzę, że oni potrafią się postawić, mają konkretne oczekiwania i nie boją się zastraszania.
U nas historycznie było tak, że wystarczył jeden sygnał od amerykańskiej ambasady i rząd wycofywał się z ustaw, czy to dotyczących Ubera, czy Airbnb. Pamiętam słowa wiceministra cyfryzacji Pawła Lewandowskiego, który na publicznej konferencji wprost przyznał, że nie można wprowadzić ostrzejszych regulacji chroniących dzieci w mediach społecznościowych, bo "zaraz zadzwoni ambasador". To była publiczna deklaracja. Powinniśmy negocjować mocniej.
Wiemy już, czego spodziewać się po stronie amerykańskiej. A co z Chińczykami?
Chiny nie stosują takich werbalnych ataków jak USA. Raczej wysyłają oficjalne pisma. Do tej pory nie atakowały jednak krajów europejskich za ten podatek, bo wiedzą, że jest on relatywnie mały. Spodziewałbym się więc jakiegoś apelu lub pisma, ale nie odwetu handlowego. Z Chinami mamy tak duży deficyt handlowy, że to my jesteśmy w gorszej pozycji. Najwięcej hałasu było przy opłatach celnych dla małych paczek z e-commerce, ale to przeszło na poziomie całej Unii Europejskiej i weszło w życie. Dlatego reakcji Chin bym się nie obawiał.