USA i Izrael uderzają w Iran. Stawką jest bomba atomowa
Waszyngton i Tel Awiw rozpoczęły dużą operację wojskową przeciwko Iranowi. Oficjalnym celem jest eliminacja zagrożenia nuklearnego. W tle są rosnące zapasy wzbogaconego uranu i pytanie, czy Teheran jest bliżej bomby, niż deklaruje.
Stany Zjednoczone i Izrael rozpoczęły szeroko zakrojoną operację wojskową przeciwko Iranowi. Prezydent Donald Trump zapowiedział, że jej celem jest neutralizacja potencjału rakietowego Teheranu oraz zniszczenie jego zdolności morskich. Jak podkreślił, działania mają służyć "wykluczeniu bezpośrednich zagrożeń" dla bezpieczeństwa USA.
Decyzja o uderzeniu zapadła w szczególnie napiętym momencie – zaledwie kilka dni przed planowanym kolejnym spotkaniem negocjacyjnym między Waszyngtonem a Teheranem w sprawie nowego porozumienia nuklearnego.
Cień atomu nad dyplomacją
Obawy dotyczące irańskiego programu nuklearnego nie są nowe. Jak przypomina Bloomberg, już w 2015 roku Teheran zgodził się ograniczyć rozwój technologii jądrowej w zamian za złagodzenie sankcji. Trzy lata później administracja Trumpa wycofała się jednak z porozumienia, podważając jego przyszłość.
W ubiegłym roku podjęto próbę powrotu do rozmów, lecz zakończyły się one fiaskiem po zbombardowaniu irańskich instalacji nuklearnych w czerwcu przez USA i Izrael. Mimo wcześniejszych zapewnień Trumpa o "unicestwieniu" programu atomowego Iranu, Waszyngton kontynuował presję na Teheran, domagając się nowej umowy.
W lutym rozmowy zostały wznowione, a Trump wyznaczył termin osiągnięcia porozumienia na początek marca. Ostatnie naloty USA i Izraela znacząco komplikują ich przyszłość.
Sankcje zadziałały, ale nie od razu. "Rosja ma poważne problemy"
Inspektorzy alarmują, Iran zaprzecza
Bezpośrednim impulsem do operacji były ustalenia Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej (MAEA). Ta wyspecjalizowana agenda ONZ monitoruje zmiany w zapasach uranu na poziomie gramów na całym świecie, by upewnić się, że materiał nie jest wykorzystywany do celów militarnych.
Inspektorzy MAEA – jak relacjonuje Bloomberg – informowali o niewyjaśnionych działaniach Iranu w zakładach wzbogacania uranu, które wcześniej były celem ataków.
Iran utrzymuje, że jego program ma charakter wyłącznie pokojowy. Prezydent Masud Pezeshkian zapewniał we wrześniu na forum ONZ, że kraj "nigdy nie dążył i nie będzie dążył do zbudowania bomby atomowej".
Jednocześnie MAEA zarzuciła Teheranowi brak współpracy i podkreśliła, że nie jest w stanie stwierdzić, czy program ma wyłącznie cywilny charakter. Po czerwcowych atakach Izraela Iran ograniczył dostęp inspektorów do swoich zasobów uranu, co doprowadziło do ponownego nałożenia szerokich sankcji ONZ.
Uran, który zmienia reguły gry
Ostatnie dane, do których dostęp miała MAEA, wskazywały, że Iran zgromadził 441 kilogramów uranu wzbogaconego do 60 proc. – o ponad połowę więcej niż jeszcze w lutym 2025 roku.
Jak podaje Bloomberg, materiał o takim poziomie wzbogacenia – po dalszej obróbce – mógłby wystarczyć do budowy około tuzina ładunków nuklearnych.
Dla porównania: elektrownie jądrowe wymagają paliwa wzbogaconego do ok. 3,7 proc., natomiast broń atomowa wykorzystuje uran wzbogacony do około 90 proc. Uran wzbogacony do 60 proc. nadal może zostać użyty w bombie, choć o mniejszej mocy i niezawodności.
Eksperci wskazują, że przejście z poziomu 60 proc. do 90 proc. nie stanowi bariery technologicznej i może zająć tygodnie lub miesiące.
Iran dysponuje już wiedzą umożliwiającą prowadzenie takiego procesu. Przekształcenie materiału w metal użyteczny w bombie wymagałoby jednak odbudowy infrastruktury w zakładzie w Isfahanie, który – jak przypomina Bloomberg – został uszkodzony podczas czerwcowych ataków.
Jest prawdopodobne, że Iran posiada także wiedzę techniczną pozwalającą na zbudowanie prostego urządzenia implozyjnego, podobnego do tego, które Stany Zjednoczone zrzuciły na Hiroszimę w 1945 roku.
Aby uderzyć w odległy cel, Iran potrzebowałby głowicy na tyle małej, by zmieściła się na szczycie pocisku balistycznego i przetrwała powrót do atmosfery. Nie przeprowadzono dotąd testów, które potwierdzałyby taką zdolność.
Iran prowadził badania nad budową takiego urządzenia do 2003 roku, lecz według amerykańskiego wywiadu prawdopodobnie ich nie wznowił. Szacuje się, że ukończenie niezbędnych działań mogłoby zająć od czterech miesięcy do dwóch lat. Zasięg najpotężniejszego irańskiego pocisku balistycznego szacowany jest na około 5 tys. kilometrów.
Zniszczone instalacje, ale zdolności przetrwały
Nie jest jasne, czy kluczowe obiekty w Fordow i Natanz zostały trwale unieszkodliwione podczas ubiegłorocznych ataków. Zdjęcia satelitarne potwierdziły zniszczenia na powierzchni, lecz podziemne instalacje – chronione grubą warstwą betonu i skał – mogły pozostać funkcjonalne.
Wstępna analiza Pentagonu wskazywała, że ataki opóźniły irański program o rok lub dwa, ale go nie zlikwidowały. Dopóki inspektorzy MAEA nie zweryfikują fizycznie uszkodzeń obiektów, uzyskanie jednoznacznego obrazu sytuacji będzie trudne.
Jak zauważa Bloomberg, dodatkową niewiadomą pozostaje możliwość prowadzenia wzbogacania uranu w nieujawnionych lokalizacjach. W połowie czerwca Iran poinformował o budowie trzeciego zakładu wzbogacania w nieznanym miejscu – co wpisuje się w historię wcześniej ukrywanych instalacji, takich jak Natanz czy Fordow.
Źródło: Bloomberg