Gdy w połowie lat 80. Dariusz Antczak pracował jako młody pracownik naukowy na uczelni, zarabiał – jak wylicza – 21 dolarów miesięcznie. W wakacje jeździł więc do Niemiec, gdzie wstawiał okna i układał glazurę. Kiedy na uniwersytecie ominęła go szansa na doktorat na Oksfordzie, ostatecznie pojechał syn dziekana – jak wspomina w programie – z kolejnych wakacji już nie wrócił. Przez dwa lata pracy fizycznej odłożył 6 tysięcy dolarów.
Ten kapitał wystarczył dokładnie na jednego tira niemieckiego kleju do glazury, którego wówczas w Polsce w ogóle nie używano – płytki kładło się na cement i piasek. Składy budowlane rzuciły się na towar, a z 6 tysięcy dolarów zrobiło się 9. Potem jeden z dyrektorów składów podpowiedział mu, że po upadku Peweksu z rynku zniknęły stalowe zlewozmywaki. Antczak wysłał teleksy do około piętnastu europejskich producentów – niemal wszyscy odmówili, uznając jego cenę za dwu-, trzykrotnie zaniżoną. Zgodzili się tylko Włosi z koncernu Franke, którzy mieli zapasy magazynowe. Tak zaczęła się współpraca z Włochami, która trwała blisko 20 lat.
Dwie fabryki w jednym roku
Do własnej produkcji pchnęła go słaba jakość produktów na polskim rynku. Przed wakacjami czy Bożym Narodzeniem, przy nawale zamówień, poziom u dostawców potrafił wyraźnie spadać. Na początku lat 2000. doszło do załamania całej włoskiej branży, która masowo przeniosła się do Chin – z około 400 włoskich producentów zostało, jak szacuje Antczak, dwudziestu.
– Oni byli tam bardzo dumni, że producenci maszyn, Chińczycy, u nich zamawiają maszyny. Ja się pukałem w głowę, bo za trzy lata już przestali produkować cokolwiek, a za pięć lat te maszyny Chińczycy zaczęli robić sami – opowiada w "Biznes Klasie" założyciel Deante.
W 2007 r. otworzył więc w jednym roku dwie fabryki. Pierwszą w Polsce – zakład zlewozmywaków granitowych z kompozytu piasku kwarcowego i żywicy, opartych na własnej technologii. Drugą w Chinach – po to, by mieć kontrolę nad jakością armatury.
Dziś jego grupa obejmuje dwie duże firmy handlowe: Deante, sprzedającą produkty z wyższej półki w kanale tradycyjnym oraz Kuchinox z marką LaVeo, działającą głównie na rynku DIY. Do tego ma pięć zakładów produkcyjnych – trzy w Polsce, jeden w Rumunii i jeden w Chinach oraz 600-700 pracowników. W zeszłym roku grupa przekroczyła pół miliarda złotych przychodów przy EBITDA około 80 mln zł.
Fabryka wróciła z Chin. I trafiła na unijne cła
Trzy lata temu Antczak podjął decyzję, którą część otoczenia uznała za szaleństwo.
– Sam ten mój ruch wśród wielu moich znajomych został uznany za samobójczy. To, że ja zdecydowałem się na przeniesienie fabryki z Chin do Polski, to był ruch odważny – przyznaje.
Przenosiny udały się jednak, jak mówi, tylko w 40 procentach. Wyższe płace i droższy prąd Antczak wziął pod uwagę – ceł Unii Europejskiej nie.
Mechanizm tłumaczy na przykładzie deszczownicy, czyli talerza prysznicowego. Jeśli kupi z Chin blachę, by pociąć ją w Polsce, zapłaci 25 proc. cła, a po przekroczeniu kontyngentu 50 proc. Jeśli jednak te same kółka zostaną wycięte i nawiercone w Chinach, przyjadą już jako komponent – objęty, podobnie jak produkt gotowy, stawką 2-proc. Przy blasze stanowiącej 50-60 proc. kosztów produkt staje się po prostu niesprzedawalny.
– Ja sam uczyłem studentów, że jeśli chcesz chronić produkcję na własnym rynku, to wprowadź cło na podobne produkty, ale surowce muszą być z cłem zerowym, żeby się opłacało to kupować i sprzedawać – mówi Antczak. – Nakłada się cło na surowiec, a zupełnie zwolniony z cła jest produkt gotowy, co jest kompletną paranoją. Ale tak to niestety funkcjonuje obecnie – dodaje.
Identycznie wygląda sytuacja ze stalowymi prętami do baterii kuchennych, na które branża przechodzi przez rekordowe ceny miedzi. Efekt: w Tomaszowie stoi kilka maszyn, a kilka osób straciło pracę, bo produkcja stała się nieopłacalna. Do tego dochodzi ekonomia płac – koszty pracowników produkcyjnych są dziś, według Antczaka, dwa razy niższe w Chinach, a prąd w Polsce jest 2,5 razy droższy.
Przedsiębiorca zastrzega przy tym, że jest zwolennikiem Unii Europejskiej i uważa ją za jedyną szansę na bycie częścią dużego, silnego bloku – ale, jak dodaje, Unia musi zacząć szybciej reagować. W polskiej fabryce produkuje dziś najdroższe modele armatury, zlewozmywaki – też w 100 proc. w Polsce, bo to produkt ciężki i chińska konkurencja przez koszty transportu nigdy tu nie zagrażała.
"Tragicznie". Tak wyglądają negocjacje z marketami
Osobny rozdział to relacje z wielkimi sieciami budowlanymi. Na pytanie o negocjacje z marketami odpowiada jednym słowem: tragicznie. – Często nie ma negocjacji. To znaczy negocjacja polega na tym, że możemy negocjować tę umowę, ale my mamy jeden wzór i ona musi pozostać taka – opisuje.
Najgorzej jest przy podwyżkach cen. Mosiądz, z którego robi się korpusy baterii, kosztuje dziś ponad dziesięciokrotnie więcej niż wtedy, gdy Antczak zaczynał produkcję. Tymczasem w marketach na proponowane 6 proc. podwyżki można dostać zgodę na 3 proc. – i to za trzy miesiące – opowiada gość "Biznes Klasy".
Jak mówi, polscy dostawcy bywają też traktowani jak króliki doświadczalne: udana seria trafia na półki, ale równolegle działy zakupów sieci szukają czegoś bardzo podobnego bezpośrednio w Chinach, by po czasie wprowadzić to pod własną marką. Coraz większą rolę odgrywa za to kanał mini DIY, a w nim, jak podkreśla przedsiębiorca, stuprocentowo polska Mrówka pod parasolem PSB – ponad 300 sklepów budowanych przez indywidualnych właścicieli.
Za co naprawdę płacimy przy kasie
Czy marki premium faktycznie różnią się jakością? Zdaniem Antczaka – tak. Sercem każdej baterii jest głowica z ceramicznymi dyskami na silikonowym smarze. Jedne przechodzą testy 200 tysięcy odkręceń, inne wytrzymują 10 tysięcy. Do tego dochodzą perlatory i wężyki doprowadzające wodę, których zła jakość kończy się awariami i zalaniami.
Wężyk niecertyfikowany kosztuje X, certyfikowany – nawet pięć razy więcej i – jak zapewnia przedsiębiorca – nie wynika to z marki, lecz z jakości materiału i testów na wysokich ciśnieniach. Konsumentom radzi: trzeba pytać, czy wężyk jest certyfikowany.
Zlewozmywak jako miara zamożności
Między 85 a 90 proc. sprzedaży Deante związane jest z remontami – produkty wymienia się nie dlatego, że się psują, ale dlatego, że wchodzą nowe modele i robi się nową łazienkę. Cykl życia produktu drastycznie się skrócił.
Antczak podaje wymowną miarę trzech dekad polskich przemian: gdy w latach 90. zaczynał importować zlewozmywaki, dobra miesięczna pensja wystarczała na dwie sztuki. – W tej chwili można ich za przeciętną pensję kupić około 50-60 – mówi.