Spłonęły ich mieszkania. Minął rok. Nadal nie mogą wrócić

Rok po pożarze bloku przy ul. Powstańców 62 w Ząbkach koło Warszawy mieszkańcy wciąż nie wiedzą, kiedy będą mogli wrócić do swoich lokali. Jak donosi "Super Express", część z nich nadal płaci czynsz i składkę na fundusz remontowy, mimo że budynek pozostaje wyłączony z użytkowania.

Rok po pożarze w ZąbkachRok po pożarze w Ząbkach
Źródło zdjęć: © East News | Anita Walczewska
Paweł Gospodarczyk

3 lipca minął rok od pożaru w Ząbkach, w którym w kilka godzin spłonął dach budynku, a zniszczeniu uległo ponad 200 mieszkań. Kilkaset osób straciło wtedy dach nad głową, a pytanie o termin powrotu do domów nadal pozostaje bez odpowiedzi.

Pogorzelcy z Ząbek nadal bez dostępu do mieszkań

Jedną z poszkodowanych jest Nikoletta Siklósi-Dąbrowska. Opowiadała, że tamtego wieczoru poczuła na klatce schodowej zapach spalenizny, ale początkowo nie uznała go za sygnał zagrożenia. - Ciężko powiedzieć od czego to się zaczęło. Akurat wróciłam z zakupów, czułam na korytarzu spaleniznę, ale przypisałam to jakiemuś obiadowi - opowiadała "Super Expressowi".

Sytuacja szybko się zmieniła, gdy sąsiad poprosił o numer na straż pożarną i poinformował, że pali się dach. Z każdą minutą dym gęstniał. - Przed ewakuacją weszłam do mieszkania, żeby zamknąć okna na poddaszu. Wtedy już było widać kłęby ciemnoszarego dymu. Miałam takie takie odczucie, że zaraz ogień wejdzie mi do mieszkania - dodawała.

Mieszkańcy Ząbek ruszyli pomagać. Tłumy w punkcie pomocy

Rodzina ewakuowała się w pośpiechu, praktycznie bez rzeczy osobistych. - To była szybka ewakuacja, zabranie najpotrzebniejszych rzeczy. Mamy niespełna trzyletnią córkę, więc jej bezpieczeństwo było dla nas priorytetem. Mąż wziął ją pod pachę. Ja wzięłam wózek, bo nie wiedzieliśmy ile będzie trwała cała ta sytuacja. Wyszliśmy tak jak staliśmy, córka nawet bez butów - mówiła dalej.

Ich mieszkanie spłonęło całkowicie. Po pierwszym wpuszczeniu mieszkańców do środka udało im się zabrać jedynie jedną reklamówkę rzeczy, a reszta - jak wynika z relacji - nadawała się do utylizacji.

W kolejnych miesiącach doszły problemy finansowe i formalne. Rodzina miała kredyt hipoteczny na spalone mieszkanie, a pierwszą transzę odszkodowania ubezpieczyciel wypłacił dopiero jesienią. Ponieważ polisa była scedowana na bank, pieniądze w pierwszej kolejności posłużyły do spłaty zobowiązania. - Mniej więcej w październiku ubezpieczyciel wypłacił pierwszą transzę ubezpieczenia. A ponieważ była cesja na bank, to kredyt, który pozostał, od razu się spłacił. W związku z tym zamknęliśmy go w okolicach października lub listopada. I wtedy tak naprawdę odzyskaliśmy zdolność kredytową na nową nieruchomość - tłumaczy.

Jak dodaje, bez kolejnego kredytu trudno było zorganizować stabilne życie po pożarze. - Tak, zaciągnęliśmy nowy kredyt, bo inaczej się nie dało. Córce trzeba zapewnić stabilizację, więc u tych znajomych, kilkaset metrów stąd, mieszkaliśmy pół roku. W styczniu dopiero się od nich wyprowadziliśmy i tak naprawdę od stycznia jesteśmy już na nowych włościach - odpowiada Nikoletta.

W jej przypadku spór z ubezpieczycielem trwał niemal rok. - Ubezpieczyciel zrobił kosztorys na mniej więcej jedną trzecią wartości ubezpieczenia. Założyliśmy sprawę w sądzie. Do rozprawy nie doszło, bo podpisaliśmy ugodę z ubezpieczycielem i wypłacili nam pieniądze dopiero w maju tego roku - mówi.

Z relacji, którą czytamy w "SE", wynika, że część mieszkańców - zwłaszcza z niższych kondygnacji - nadal walczy o odszkodowania. Wskazywany problem dotyczy lokali, które nie spłonęły, ale zostały zniszczone przez wodę w trakcie akcji gaśniczej. Mieszkańcy mają zmagać się z wilgocią i grzybem, a niektórzy ubezpieczyciele mają kwestionować odpowiedzialność za te szkody.

Rozmówczyni "SE", dziś także członkini zarządu wspólnoty mieszkaniowej, podkreśla, że budynek wciąż nie nadaje się do zamieszkania, a prace są dopiero na wczesnym etapie. - Mamy tymczasowy dach. Pracujemy zgodnie z decyzją Inspektoratu Budowlanego. Teraz jesteśmy na etapie robienia ekspertyz i planów. Mieszkańcy nadal nie wiedzą, co i kiedy, bo tak naprawdę teraz jest robiona inwentaryzacja i ekspertyza, przede wszystkim tego, w jakim stopniu i na których kondygnacjach brakuje instalacji. Instalacje spłonęły: gaz, prąd, woda - wszystko - wylicza.

Jednocześnie - mimo braku dostępu do lokali - mieszkańcy ponoszą stałe koszty. - Mimo że tu nie mieszkamy, musimy płacić czynsz, co prawda obniżony, ale jednak. Płacimy za części wspólne i na fundusz remontowy. W naszym wypadku, przy mieszkaniu 72,5 m km. plus garaż, jest to kwota w granicach 570 zł miesięcznie - mówi poszkodowana.

Zaznacza, że środki trafiają na fundusz remontowy, który ma być potrzebny przy odbudowie. Jak wynika z jej wypowiedzi, ubezpieczenie wspólnoty nie pokryje wszystkich kosztów, zwłaszcza jeśli pojawią się modernizacje. - Ubezpieczyciel wspólnoty oczywiście zapłaci za doprowadzenie budynku do stanu sprzed pożaru, ale za nic ponadto. (...) Będziemy też zaciągać kredyt jako wspólnota, bo nie poradzimy sobie bez niego przy tych modernizacjach - mówi dalej rozmówczyni "Super Expressu".

Po roku śledztwo umorzono, nie ustalono przyczyny pożaru, a za najbardziej prawdopodobne uznano przypadkowe zaprószenie ognia. Wykluczono podpalenie i sabotaż. Biegli wskazali również na brak grodzi przeciwpożarowych ponad poszyciem dachu zgodnie z zaleceniami rzeczoznawcy, przy czym podkreślili, że w czasie budowy nie był to wymóg obowiązkowy, więc nie przypisano odpowiedzialności karnej z tego tytułu.

Siklósi-Dąbrowska zwraca uwagę, że z perspektywy mieszkańców decyzja o umorzeniu ma praktyczne konsekwencje w kontaktach z ubezpieczycielami. - Ta decyzja jest o tyle korzystna, że odblokowuje mieszkańcom furtkę do odszkodowań od własnych ubezpieczycieli. Większość klauzul ubezpieczeniowych stanowi, że w przypadku umyślnego podpalenia odszkodowanie nie jest wypłacane - tłumaczy.

Największą niewiadomą pozostaje termin rozpoczęcia właściwego remontu i powrotu do lokali. Budynek nadal jest wyłączony z użytkowania, a teren zabezpiecza ogrodzenie. Przed wspólnotą mają być kolejne ekspertyzy, decyzje nadzoru budowlanego i wybór wykonawcy. - Nie możemy robić nic wbrew postanowieniom PINB-u. Nakazano nam wykonanie ekspertyzy i inwentaryzacji i tylko to możemy na razie zrobić. Nie możemy działać na zapas - mówi.

Na końcu wraca pytanie, które pojawia się wśród mieszkańców od miesięcy. - Czy będzie można tam wejść za pół roku, za rok, czy za dwa? Tego nikt nie jest w stanie powiedzieć - dodaje.

Jak wynika z relacji mieszkanki, nawet ewentualna sprzedaż mieszkania po remoncie nie jest dziś realnym scenariuszem. - Na chwilę obecną nie jesteśmy w stanie tego nawet sprzedać. Chyba że ktoś kupiłby za gotówkę. Żaden bank tego nie skredytuje, a ubezpieczyciel nie ubezpieczy - podsumowuje.

Wybrane dla Ciebie