W najbliższą niedzielę minister finansów Andrzej Domański i prezes Narodowego Banku Polskiego Adam Glapiński polecą na szczyt G20 w Asheville w Karolinie Północnej. W grudniu na spotkanie przywódców państw tej grupy uda się prezydent Karol Nawrocki. Po raz pierwszy w historii Polska będzie oficjalnym gościem tych wydarzeń. Co więcej, będzie w nich uczestniczyła na takich samych zasadach jak członkowie G20.
Zaproszenie do udziału we wszystkich tegorocznych spotkaniach i pracach G20 Polska zawdzięcza Donaldowi Trumpowi, prezydentowi USA, które aktualnie sprawują rotacyjną prezydencję w grupie. Na tym jednak aspiracje Polski się nie kończą. Rząd już zabiega o status gościa na kolejnych szczytach G20.
W środę, podczas prezentacji raportu Polityki Insight i Fundacji PKO BP "Droga do G20", minister Domański zdradził, że w USA ma zaplanowane dwustronne spotkania z reprezentantami Wielkiej Brytanii i Korei Południowej, które będą przewodniczyły G20 w następnych dwóch latach.
WIDEOBogaci też tracą fortuny. "Inwestowanie może być ukrytym hazardem"
To nie wielkość gospodarki może nam dać miejsce w G20
Te ambicje, jak twierdzą autorzy raportu, nie są nadmierne. Według nich "w zasięgu Polski jest stałe, a przynajmniej cykliczne uczestnictwo w charakterze gościa połączone z zapraszaniem do udziału w pracach grupy". Natomiast członkostwo Polski w G20 jest w ich ocenie celem odległym, a być może w ogóle nieosiągalnym. Wynika to z faktu, że nie jest to organizacja międzynarodowa z jednoznacznymi kryteriami członkostwa – w szczególności takim kryterium nie jest przynależność do 20 państw o największym PKB – tylko forum współpracy i koordynacji polityki gospodarczej najistotniejszych państw.
Taki charakter G20 sprawia, że niełatwo jest zrozumieć, po co właściwie Polska miałaby zabiegać o stały udział w pracach grupy, szczególnie że jej stałym członkiem jest Unia Europejska, reprezentująca przecież także nas. Wyrazem tych wątpliwości są pytania o to, jakie korzyści przyniesie Polsce bezpośrednie uczestnictwo w pracach G20, a nawet o to, co konkretnie przywiozą z USA nasi przedstawiciele.
Odpowiedź wielu Polakom może się wydać rozczarowująca. Nie przywiozą nic, czym mogliby się pochwalić przed opinią publiczną, żadnych międzynarodowych kontraktów dla polskich firm czy choćby zapowiedzi zagranicznych inwestycji nad Wisłą. Udział Polski w pracach G20, a także obecność naszych przedstawicieli w Asheville, Miami i ewentualnie na kolejnych szczytach, będzie miał efekty mniej namacalne i wymierne, ale bardziej istotne.
– Chcemy, aby Polska uczestniczyła w tworzeniu reguł światowego porządku, zamiast być ich biorcą – tłumaczył w środę Domański. Jak przekonywał, G20 to najlepsze forum, aby wykorzystać doświadczenia Polski do kształtowania światowych reguł gry, które podlegają obecnie szybkim zmianom.
To cel długofalowy. Warunkiem jego realizacji jest przekonanie przywódców innych państw, że przedstawiciele Polski są w stanie wnieść oryginalny wkład w dyskusję na temat najważniejszych wyzwań gospodarczych. Inaczej mówiąc, musimy dowieść, że z naszych doświadczeń płyną lekcje, które są wartościowe także dla innych krajów. To z kolei wymaga pokazania, że szybki i przede wszystkim konsekwentny rozwój Polski w ostatnich 35 latach nie był wyłącznie dziełem przypadku, tylko właściwej polityki gospodarczej.
Zachwyty Polską? Brakuje nam "soft power"
Co do tego, że transformacja gospodarcza Polski była ogromnym sukcesem, w Europie nikt chyba nie ma już wątpliwości. Dowodziła tego przede wszystkim odporność polskiej gospodarki na kolejne kryzysy, które strącały kolejne kraje naszego regionu ze ścieżki wzrostu. Polska przechodziła przez nie suchą nogą aż do pandemii Covid-19, która pozbawiła nas statusu "zielonej wyspy" – jedynego kraju UE, który nie zaliczył w tym stuleciu żadnej recesji.
Ale nawet ten szok nie odcisnął na naszej gospodarce tak trwałego piętna jak na innych. Według prognoz MFW polski PKB na koniec tej dekady będzie nawet większy niż byłby, gdyby zrealizował się scenariusz tej instytucji sprzed pandemii.
Polski fenomen nie uchodzi uwadze zagranicznej prasy, w której od lat ukazuje się sporo pochlebnych artykułów na temat rozwoju naszej gospodarki. Na razie nie przekłada się to jednak zauważalnie na rolę Polski w kształtowaniu polityki gospodarczej w Europie, o reszcie świata nawet nie wspominając. Najwyraźniej brakuje nam tzw. miękkiej siły (ang. soft power), która nie jest bezpośrednio powiązana z siłą ekonomiczną, mierzoną choćby wielkością PKB, tempem jego wzrostu czy skalą powiązań międzynarodowych.
Najdobitniejszym tego dowodem było to, że doświadczenia Polski i innych państw regionu zostały zignorowane przez członków zespołu Mario Draghiego podczas pracy nad raportem o przyszłości konkurencyjności Europy, opublikowanym niemal dwa lata temu.
Gdy wkrótce potem ukazała się lista osób i podmiotów, z którymi konsultowali się byli prezes Europejskiego Banku Centralnego i jego współpracownicy, na której zabrakło przedstawicieli Europy Środkowo-Wschodniej, ekonomiści z tego regionu nie kryli oburzenia. Wytykali Draghiemu, że szukając recept na pobudzenie wzrostu gospodarczego Europy, zapomniał o krajach, które najwyraźniej te recepty mają.
Polska znowu pominięta
W ostatnich dniach okazało się, że te głosy były wołaniem na puszczy. Mario Draghi wraz z prezesem firmy Stripe Patrickiem Collisonem oraz profesorem LSE Luisem Garicano powołali zespół ekspertów – tzw. Grupę Reńską – którego celem jest wspieranie reform inspirowanych raportem sprzed dwóch lat. Wśród ponad 50 pierwszych członków tego gremium – naukowców, przedsiębiorców i polityków – znalazł się tylko jeden przedstawiciel Europy Środkowo-Wschodniej, były prezydent Estonii Toomas Hendrik Ilves.
Dwa lata temu byłem w stanie dla podejścia Draghiego znaleźć pewne uzasadnienie. "Kraje naszego regionu rozwijały się w ostatnich dekadach znacznie szybciej niż państwa Zachodniej Europy, ale spora część tego wzrostu była konsekwencją integracji z Zachodem i związanej z tym konwergencji. Te mechanizmy – np. duży napływ inwestycji zagranicznych, napędzany początkowo tanią siłą roboczą - nie mogą być źródłem wskazówek, co powinny zrobić wysokorozwinięte kraje Europy, aby odzyskać wigor. Co więcej, pozostając przy własnych walutach, największe gospodarki naszego regionu zachowują instrumenty polityki gospodarczej, które dla państw strefy euro są niedostępne" – pisałem w money.pl.
Dzisiaj jednak pominięcie polskiej perspektywy na kwestię konkurencyjności Europy jest trudniejsze do zrozumienia. Po pierwsze, żaden inny kraj UE nie prowadzi na tak dużą skalę transformacji energetycznej, która jest jednym z warunków obniżenia cen energii z korzyścią dla europejskiego przemysłu ale też coraz bardziej energochłonnej branży technologicznej. Po drugie, Polska inwestuje więcej niż inne państwa w zbrojenia, w czym sam Draghi upatrywał szans na odrodzenie przemysłu. Po trzecie, wydaje się, że Polsce udało się wypracować dobry model polityki społecznej, skutkujący niskim zasięgiem ubóstwa, a jednocześnie wysokim poziomem aktywności zawodowej. Z tym duża część zachodniej Europy również ma zaś problem.
Zachodnich ekspertów trudno jednak winić za to, że doświadczenia Polski wydają się im mało interesujące. Jest to raczej dowód na fiasko polskich polityków w budowaniu polskiej marki. Uczestnictwo w pracach G20 daje więc szansę, żeby to zmienić.