"Egzaminu nie zdaliśmy". Alerty i ewakuacje na wschodzie Polski wpływają na pracę i biznes

Czwartkowy alert RCB ostrzegający mieszkańców Podkarpacia i Lubelszczyzny przed zagrożeniem atakiem z powietrza wstrzymał loty na dwóch lotniskach, ponadto ewakuowano część urzędów i szkoły. – Wyrywanie ludzi z codziennego życia będzie dużym problemem – mówi jeden z naszych rozmówców. Inny zdaje się jednak nie przejmować.

EwakuacjaAlarmy i ewakuacje będą wpływać na pracę i funkcjonowanie firm oraz urzędów. Zdjęcie ilustracyjne
Źródło zdjęć: © East News | Dawid Wolski, Wojciech Olkuśnik, ZipZapic.com
Piotr Bera

Ponad 200 osób stało w południe przed budynkiem podkarpackiego NFZ przy ul. Zygmuntowskiej w Rzeszowie. Urzędnicy oraz petenci na ok. 30 minut zostali ewakuowani z powodu syren alarmowych. Ewakuacja trwała też w szkołach – uczniowie schodzili do piwnic lub na korytarze, ukrywając się z dala od okien. W Sanoku na krótki czas wstrzymano pracę w kilku zakładach. Południowy wschód Polski odczuł na własnej skórze intensyfikację działań wojennych zbrodniczego reżimu w Moskwie.

– Chcę przedstawić opinii publicznej oraz paniom i panom posłom najbardziej prawdopodobny scenariusz na najbliższe kilka miesięcy, ponieważ zakłada poważne zdarzenia i wymaga od nas skupienia, powagi i przede wszystkim mentalnej gotowości do zdania trudnych egzaminów. Takie egzaminy na pewno przed nami są - ogłosił w czwartek w Sejmie Donald Tusk.


DLA CIEBIE
Przetestował setki zawodów. Który wybrałby na start? - Wojciech Kaczmarczyk II Pierwsza praca #4 

"Wyrywanie ludzi z codziennego życia"

- W sytuacji zagrożenia i ogłoszenia alertu przeciwlotniczego podstawową zasadą jest znalezienie bezpiecznego schronienia. W pierwszej kolejności powinien to być schron lub miejsce doraźnego schronienia, a w przypadku jego braku – piwnica lub najniższa kondygnacja budynku, możliwie z dala od okien i przeszkleń. Nie każdy budynek daje jednak takie możliwości – mówi money.pl Rafał Śliż, rzecznik prasowy podkarpackiego NFZ.

Rzecznik dodaje, że w obiektach z dużą powierzchnią przeszkleń pozostanie wewnątrz może wiązać się z ryzykiem zranienia odłamkami szkła. Dlatego "jeżeli nie ma możliwości bezpiecznego schronienia w budynku, należy rozważyć jego opuszczenie i poszukanie bezpiecznego miejsca na zewnątrz".

Zdaniem NFZ w Rzeszowie takim schronieniem był otoczony drzewami trawnik. W jednym miejscu skumulowano dużą grupę osób, co stało się obiektem powszechnej krytyki.

– Decyzje dotyczące bezpieczeństwa pracowników muszą być podejmowane w oparciu o wiedzę ekspertów, obowiązujące procedury oraz zdrowy rozsądek. W tak poważnych sytuacjach nie powinny być one podejmowane pod wpływem anonimowych opinii publikowanych w internecie przez osoby, których kompetencji nie sposób zweryfikować – odpowiada na zarzuty Śliż.

"Musimy być na to gotowi"

Marcin Piotrowski z Podkarpackiej Regionalnej Organizacji Turystycznej mówi wprost, że "egzaminu nie zdaliśmy". Przykładem ma być NFZ w Rzeszowie.

Wszyscy stali w jednym miejscu. Lepszym rozwiązaniem jest pozostanie w budynku oraz zejście jak najniżej. Ważna jest reguła dwóch ścian, stosują ją na Ukrainie. To zasada mówiąca o tym, żeby nie przebywać przy głównej ścianie budynku i odgrodzić się co najmniej dwiema przegrodami. Musimy być na to gotowi, jeśli alarmy będą się powtarzać. Wówczas część instytucji nie będzie pracować, nie załatwimy spraw urzędowych, dzieci mogą opuszczać szkoły i zostać rozwiezione do domów, a wtedy trzeba im załatwić opiekę. Wyrywanie ludzi z codziennego życia będzie dużym problemem

 – uważa Marcin Piotrowski z Podkarpackiej Regionalnej Organizacji Turystycznej.

Nasz rozmówca prowadzi z żoną agroturystykę 10 km od granicy z Ukrainą. Mówi, że ten obszar postrzegany jest jako niebezpieczny, co przekłada się na znacznie mniejszą liczbę turystów.

Przewodów, drony nad Polską, rakieta CH-101 – wylicza Piotrowski. – Wojna puka do naszych drzwi i okien, ludzie to czują i rosną ich obawy po czwartkowych alarmach. Odwołują rezerwacje.

Piotrowski zaznacza, że regularnie jeździ na Ukrainę pracując dla organizacji humanitarnej. Jego zdaniem powinniśmy uważnie patrzeć, w jaki sposób Ukraina funkcjonuje pomimo ciągłego strachu i niebezpieczeństwa.

Widzę, jak ten kraj jest męczony, jak wstrzymywana jest praca, nie jeżdżą pociągi, zatrzymują się szkoły. Byłem w Lubaczowie w szkole syna i zobaczyłem, że nie przerwano zajęć. Tam nie wiedziano, że należy sprowadzić dzieci z górnych pięter. Po prostu nie ma procedur – kontynuuje.

Na systemowe rozwiązania czeka też handel. W sieci sklepów Biedronka, należącej do portugalskiej spółki Jeronimo Martins, usłyszeliśmy, że w czasie alarmu nie zamknięto sklepów ani nikogo nie ewakuowano. Podkreślono, że "będą potrzebne systemowe rozwiązania bez względu na to, pod jakim szyldem występują". To oznacza, że procedury ma wypracować Polska Organizacja Handlu i Dystrybucji. Sieci nie chcą same wychodzić przed szereg.

"Człowiek się tym nie przejmuje"

Również część mniejszych przedsiębiorców Lubelszczyzny i Podkarpacia nie zwraca uwagi ani na syreny, ani na SMS-y informujące o zagrożeniach.

– Generalnie mnie to nie obchodzi, mam wywalone – odpowiada nam mężczyzna prowadzący punkt wymiany opon we Włodawie.

To w tym mieście 17 września pojawił Karol Nawrocki. Prezydent uczestniczył w obchodach 87. rocznicy radzieckiej napaści na Polskę.

Człowiek się tym nie przejmuje (syrenami – przyp. red.). W tym samym dniu przyjechał prezydent i nie wiem, czy to nie było polityczne. Żyjemy po swojemu, tylko dzieci powystraszali. Zwieźli je do hal sportowych, co jest głupotą, bo z takim stropem to nie ma żadnej ochrony. Powinni włączać te syreny, gdy jest bezpośrednie zagrożenie, a nie na zasadzie, że może coś wleci lub nie wleci – dodaje inny przedsiębiorca zajmujący się oczyszczaniem powierzchni.

W jednym z tartaków na Lubelszczyźnie usłyszeliśmy, że "tu nikt się nie ewakuuje". – Ale faktem jest, że od dwóch lat przyjeżdża znacznie mniej ludzi – zdradza nam przedsiębiorca.

Piotrowski: - Notorycznie słyszę w rozmowach, że ludzie nie chcą być budzeni o 3 w nocy z informacją, że jest atak na Ukrainie. Nie chcą dostawać tych alertów. To rodzaj wyparcia, co może doprowadzić do tego, że część obywateli nie będzie wiedziała, co się dzieje. Ludzie obojętnieją.

Joanna Stryczewska z biura prasowego prezydenta Lublina zdradza, że do miasta po czwartkowych alertach po wytyczne zgłosili się "pojedynczy przedsiębiorcy".

Proszą o wsparcie w doprecyzowaniu procedur na wypadek wystąpienia podobnych sytuacji kryzysowych. Decyzje dotyczące organizacji pracy i funkcjonowania poszczególnych firm pozostają w gestii ich właścicieli i zarządzających, z uwzględnieniem zaleceń właściwych służb – tłumaczy Stryczewska.

Rzeczniczka dodaje, że "nie ma informacji, aby lubelskie firmy masowo wstrzymywały działalność czy ewakuowały pracowników w związku z sytuacją bezpieczeństwa".

– Wczorajsza sytuacja nie spowodowała istotnych zakłóceń w funkcjonowaniu Portu Lotniczego Lublin. Jeden z rejsów został czasowo przekierowany do Krakowa. Jednak samolot po ponownym otwarciu przestrzeni powietrznej przyleciał do Lublina z pasażerami na pokładzie – kontynuuje.

Marcin Piotrowski zwraca uwagę, że kluczowa jest działalność infrastruktury krytycznej – np. wodociągów czy przepompowni. Są to "wrażliwe" zakłady pracy, które ciężko byłoby ewakuować, gdyby doszło do czarnego scenariusza.

– Na Ukrainie to pracownicy zakładów energetycznych, szczególnie zimą, pokazywani są jak superbohaterowie – podkreśla.

Robert Chełmicki, podinspektor ds. bezpieczeństwa publicznego w gm. Chełm przypomina, że ogłoszenie alarmu za pomocą syren nie oznacza automatycznego wstrzymania pracy urzędu ani przedsiębiorstw działających na terenie gminy. Sygnał alarmowy jest przede wszystkim ostrzeżeniem o zagrożeniu i wymaga podjęcia działań adekwatnych do jego rodzaju oraz stosowania się do oficjalnych komunikatów i poleceń właściwych służb.

– W przypadku realnego zagrożenia priorytetem jest ochrona życia i zdrowia ludzi. Jeżeli sytuacja tego wymaga, pracownicy powinni przerwać wykonywane czynności i udać się do możliwie najbezpieczniejszego dostępnego miejsca, pozostając tam do czasu otrzymania dalszych informacji lub odwołania alarmu. W przypadku przedsiębiorstw i zakładów pracy sposób postępowania zależy od charakteru zagrożenia, otrzymanych komunikatów oraz obowiązujących w danym zakładzie procedur bezpieczeństwa. Nie ma zasady, zgodnie z którą samo uruchomienie syren automatycznie powoduje zamknięcie wszystkich zakładów pracy na terenie gminy – mówi.

Jednak faktem jest, że Rosja uderzając tak blisko granicy Polski zmusza nas do reakcji.

– Istnieje realne ryzyko, że na teren któregoś z państw na wschodniej flance mogą wlatywać drony lub pociski, dokonywać nawet zniszczeń, a oficjalna narracja będzie taka, że jest to całkowity przypadek i że nie ma powodu do odpowiedzi – przestrzegał w Sejmie Donald Tusk.

Wybrane dla Ciebie