Europa nie może sobie pozwolić na wojnę handlową z Chinami [OPINIA]
Gospodarka UE jest znacznie bardziej zależna od eksportu i międzynarodowych łańcuchów dostaw niż gospodarka USA. Wyższe cła na chińskie towary mogłyby zwiększyć koszty produkcji w Europie, podkopując jej konkurencyjność. Ale rosnące uzależnienie od importu z jednego kierunku też jest groźne – piszą w opinii dla money.pl ekonomiści Joanna Wolszczak-Derlacz i Piotr Dominiak.
Opinia prof. Piotra Dominiaka i dr hab. Joanny Wolszczak-Derlacz, ekonomistów związanych z gdańskimi uczelniami, powstała w ramach projektu #RingEkonomiczny money.pl. To format dyskusji na ważne, ale kontrowersyjne tematy społeczne i ekonomiczne. 23. edycję Ringu poświęcamy rosnącemu importowi UE z Chin. Zastanawiamy się, czy stanowi to zagrożenie dla europejskiej gospodarki oraz czy i jak Bruksela powinna temu przeciwdziałać. Równolegle publikujemy opinię dra Wojciecha Paczosa, pracownika naukowego Uniwersytetu w Cardiff oraz Instytutu Nauk Ekonomicznych Polskiej Akademii Nauk, oraz omówienie wyników sondy wśród 55 ekonomistów na temat polityki handlowej UE wobec Chin.
Pogłębiający się deficyt handlowy Unii Europejskiej w relacjach z Chinami coraz częściej budzi obawy ekonomistów i polityków. Chiny od lat są największym dostawcą towarów na rynek unijny, a skala importu znacznie przewyższa wartość europejskiego eksportu w przeciwnym kierunku. Oznacza to, że UE stale kupuje od Chin więcej, niż sama tam sprzedaje.
Co ciekawe, europejski eksport do Chin pozostaje przez lata mniej więcej na tym samym poziomie. To nie Europa sprzedaje mniej – to import z Chin znacznie wzrasta.
Dane Eurostatu pokazują, że w latach 2015-2022 wartość importu z Chin wzrosła ponad dwukrotnie – ze 296 mld euro do rekordowych 629 mld euro. W rezultacie deficyt handlowy osiągnął historyczny poziom 398 mld euro. Później nastąpiło pewne wyhamowanie. W 2023 r. import z Państwa Środka spadł do 521 mld euro, jednak tendencja ta okazała się krótkotrwała. Już w 2025 r. wartość sprowadzanych z Chin towarów ponownie wzrosła – do około 559 mld euro.
Wsiadłem do autonomicznej taksówki. W USA już jeżdżą
Deficyt handlowy UE wobec Chin utrzymał się więc na bardzo wysokim poziomie, sięgając około 360 mld euro.
To pokazuje, jak silnie europejska gospodarka jest dziś uzależniona od chińskich dostaw. Co tam kupujemy? Przede wszystkim maszyny, elektronikę, sprzęt transportowy i rozmaite wyroby przemysłowe. Paradoks polega na tym, że Europa sprzedaje do Chin... dokładnie to samo, dodatkowo eksportując tam chemikalia i produkty pokrewne. Obie gospodarki rywalizują więc w podobnych sektorach.
Chiny powtórzyły sukces Japonii, tylko szybciej
Czy jednak sam deficyt handlowy należy traktować wyłącznie jako problem? W tej kwestii ekonomiści różnią się między sobą. Z jednej strony tani import z Chin jest dla europejskich konsumentów i firm czystą korzyścią – niższe ceny produktów w sklepach, tańsze komponenty i półprodukty dla przedsiębiorstw, lepsza konkurencyjność na światowych rynkach. Wiele europejskich firm nie mogłoby dziś konkurować globalnie, gdyby nie chińskie półprodukty.
Z drugiej strony, zbyt duże uzależnienie od jednego dostawcy to poważne ryzyko. Przekonaliśmy się o tym boleśnie podczas pandemii, gdy globalne łańcuchy dostaw zostały zakłócone. Szczególnie niebezpieczne jest to w sektorach strategicznych: nowych technologiach, energetyce czy przemyśle obronnym.
Chiny przeszły ścieżkę podobną do tej, którą wcześniej na światowe rynki wkroczyły gospodarki Japonii i Korei Południowej. Od dostarczania krajom wyżej rozwiniętym masowych, mało skomplikowanych towarów o niskiej jakości, ale za to wyraźnie tańszych od konkurentów, do coraz bardziej zaawansowanych technologicznie produktów, coraz wyższej jakości, coraz bardziej innowacyjnych.
Różnice polegają na tym, że Chiny przeszły – wręcz przebiegły – tę ścieżkę znacznie szybciej, a skala ich gospodarki oraz nieporównanie większe zasoby, którymi dysponują, sprawiają, że z roku na rok stają się coraz bliżsi zajęcia dominującej pozycji w globalnej gospodarce.
Konkurencyjność Państwa Środka, choć nadal wynika w dużej mierze z tego, jak tania jest siła robocza i skali produkcji, w coraz większym stopniu będzie efektem przewagi technologicznej i dostępu do zasobów rzadkich, niezbędnych w high-techowych sektorach surowców. Kluczowe jest więc nie to, ile kupujemy od Chin, ale co kupujemy i czy możemy to szybko zastąpić własną produkcją i/lub innymi dostawcami.
Za przykład niech posłuży informacja z ostatniej chwili: TikTok Shop rozpocznie działalność w Polsce w czerwcu 2026 r., co oznacza wejście chińskiej platformy handlowej na nowy, duży rynek europejski i dalszą globalizację chińskiego modelu sprzedaży internetowej.
Kopiowanie polityki Trumpa byłoby w UE błędem
W debacie o relacjach handlowych UE z Chinami coraz częściej pojawia się zatem pytanie nie o to, czy Bruksela powinna zareagować, ale o to, jak ta reakcja powinna wyglądać.
Po jednej stronie stoją zwolennicy tradycyjnego podejścia, opartego na mechanizmach zgodnych z zasadami Światowej Organizacji Handlu (WTO), takich jak cła antydumpingowe. Takie działania pozwalają ograniczać nieuczciwą konkurencję, a jednocześnie zmniejszają ryzyko otwartego konfliktu handlowego z Pekinem. To podejście ma kilka zalet.
Po pierwsze, daje przedsiębiorstwom większą przewidywalność. Po drugie, ogranicza ryzyko gwałtownych retorsji ze strony Chin. Po trzecie, wzmacnia pozycję UE jako obrońcy międzynarodowego ładu handlowego opartego na wspólnych regułach. Dla europejskiej gospodarki, silnie powiązanej z globalnymi łańcuchami dostaw, stabilność zasad handlu jest szczególnie ważna.
Problem polega jednak na tym, że współczesna konkurencja gospodarcza coraz częściej wykracza poza ramy, dla których projektowano reguły WTO. Wielu ekonomistów zwraca uwagę, że państwowe wsparcie dla chińskich firm bywa trudne do udowodnienia, a procedury prowadzone przez WTO są długotrwałe. Dodatkowo powszechna jest opinia, że Bruksela jest zbyt powolna i zbyt ostrożna w tym zakresie.
Stąd nierzadkie głosy, że reguły WTO nie chronią dostatecznie europejskich gospodarek. Część polityków postuluje nawet, że UE powinna wprowadzić równie surowe ograniczenia importu z Chin jak USA, w tym znacząco podwyższyć cła na chińskie towary. Zwolennicy takiego rozwiązania argumentują, że tylko taka zdecydowana polityka handlowa może osłonić europejski przemysł przed nadmiernym napływem taniego importu.
Pełne kopiowanie strategii obecnej administracji amerykańskiej wobec Chin byłoby jednak dla UE bardzo ryzykowne. Europejska gospodarka jest znacznie bardziej zależna od eksportu i międzynarodowych łańcuchów dostaw niż amerykańska. Wyższe cła mogłyby więc zwiększyć koszty produkcji w Europie, ponieważ wiele firm wykorzystuje chińskie komponenty i surowce.
Dodatkowo Chiny mogłyby odpowiedzieć ograniczeniami wobec europejskiego eksportu, co szczególnie dotknęłoby kraje silnie uzależnione od handlu zagranicznego.
Bruksela musi reagować punktowo
Coraz więcej ekspertów uważa więc, że najlepszym rozwiązaniem byłoby podejście selektywne. Oznaczałoby ono silniejszą ochronę sektorów strategicznych – takich jak technologie, energetyka czy przemysł obronny – przy jednoczesnym utrzymaniu względnie otwartego handlu w mniej wrażliwych branżach.
Taka strategia powinna opierać się na trzech filarach:
- instrumentach handlowych (np. cłach antydumpingowych),
- aktywnej polityce przemysłowej wspierającej europejskich producentów,
- dywersyfikacji łańcuchów dostaw, tak aby zmniejszać zależność od Chin.
Należy jednak pamiętać, że wdrożenie dwóch ostatnich filarów wymaga czasu. To oznacza, że ich efekty mogą pojawić się dopiero po latach. Będą za to trwalsze niż skutki doraźnych działań osłonowych.
Ochrona własnych gospodarek i korzystanie z międzynarodowego handlu to cele, które często wchodzą ze sobą w konflikt. Zbyt wysokie bariery celne uderzają w bieżące interesy europejskich firm i konsumentów. Zbyt duża ostrożność pogłębia długookresowo zależności, które w razie kryzysu mogą być trudne do odwrócenia. Nie ma tu prostego rozwiązania.
Od UE oczekujemy działań szybkich i konsekwentnych, a jednocześnie akceptowalnych dla wszystkich krajów członkowskich, których interesy w relacjach z Chinami bywają rozbieżne.
Autorami opinii są prof. Piotr Dominiak, wykładowca Akademii Ateneum w Gdańsku, emerytowany pracownik naukowy Politechniki Gdańskiej, oraz dr hab. Joanna Wolszczak-Derlacz, profesorka na Wydziale Zarządzania i Ekonomii Politechniki Gdańskiej.
Tytuł, lead i śródtytuły pochodzą od redakcji.