Grenlandia za cła? Kreślą scenariusze dla globalnej gospodarki
Donald Trump grozi wprowadzeniem ceł na osiem europejskich krajów, jeśli USA nie będą mogły kupić Grenlandii. To bezprecedensowe powiązanie żądań terytorialnych z wojną handlową wywołało nerwowość na giełdach i rajd na metale szlachetne. Eksperci z Saxo Banku, Ebury i Exante analizują możliwe scenariusze dla Europy i inwestorów.
Rynki finansowe rozpoczęły tydzień w cieniu geopolitycznego napięcia, które wykroczyło poza standardowe spory o bilans handlowy. W miniony weekend prezydent Stanów Zjednoczonych zagroził nałożeniem 10-procentowych ceł na towary importowane z Danii, Norwegii, Szwecji, Francji, Niemiec, Holandii, Finlandii oraz Wielkiej Brytanii. Restrykcje miałyby wejść w życie już 1 lutego. Jak wskazują raporty instytucji finansowych, tym razem powodem nie są kwestie gospodarcze, lecz odmowa sprzedaży Grenlandii Stanom Zjednoczonym.
Geopolityczny targ zamiast sporu handlowego
Analitycy zwracają uwagę na nietypowy charakter obecnego konfliktu. Charu Charana, główna strateg inwestycyjna w Saxo Banku, podkreśla w swojej analizie, że groźba ceł została bezpośrednio powiązana z żądaniem zakupu wyspy, co zmienia optykę rynkową. - Nie jest to klasyczny spór oparty na bilansie wymiany, lecz element geopolitycznego targowania się. To istotna różnica, ponieważ zakres możliwych scenariuszy jest szerszy i mniej liniowy, obejmując negocjacje, opóźnienia lub gwałtowną eskalację - wskazuje. Jej zdaniem rynki w takich sytuacjach mają tendencję do agresywnego wyceniania ryzyka nagłych ruchów cenowych.
Kluczowym sygnałem będzie przejście od retoryki do realnych decyzji politycznych, dlatego tak duże znaczenie mają konkretne daty: 1 lutego jako potencjalny start ceł na poziomie 10 proc. oraz 1 czerwca jako możliwy moment ich podniesienia do 25 proc. Po stronie europejskiej liczy się nie tylko sam nagłówek, ale także ścieżka decyzyjna - czym innym jest symboliczne wspomnienie Instrumentu Przeciwdziałania Przymusowi jako sygnału politycznego, a czym innym formalne uruchomienie tego mechanizmu - wskazuje Charu Charan, główna strateg inwestycyjnej w Saxo Bank.
Wielki powrót polskiej marki. Prezes ujawnia, co go uratowało
Podobne obserwacje płyną z analizy Bartosza Sawickiego z firmy inwestycyjnej Exante. Ekspert przypomina sytuację z Wenezuelą. Obecna "awantura o Grenlandię" wpisuje się w ten trend, wystawiając nerwy uczestników rynku na trudną próbę.
Od początku roku weekendowe wydarzenia wystawiają nerwy inwestorów na trudną próbę. Najpierw zamieszanie wywołało schwytanie Nicolasa Maduro. Następnie konsternację wzbudziła informacja o prokuratorskim śledztwie przeciwko szefowi Fed. Dziś rynki są pod wpływem awantury o Grenlandię i straszenia nowymi cłami. W rezultacie na europejskich giełdach, choć to Blue Monday, zdecydowanie dominuje kolor czerwony. Nie ma jednak mowy o panice - wskazuje analityk Exante.
Sawicki zaznacza jednak, że mimo dominacji koloru czerwonego na europejskich parkietach, nie ma mowy o panice, choć frankfurcki DAX naruszył psychologiczny pułap 25 tysięcy punktów.
Złoto i srebro beneficjentami chaosu
Zdaniem ekspertów najbardziej wyraźną reakcją na groźby płynące z Waszyngtonu jest zachowanie metali szlachetnych. Inwestorzy masowo poszukują bezpiecznych przystani, co wywindowało ceny kruszców na niespotykane dotąd poziomy. Jak podaje Saxo Bank, złoto i srebro osiągnęły w poniedziałek historyczne maksima. "Cena spot złota oscylowała w okolicach 4600 dolarów za uncję, a srebro zbliżyło się do poziomu 90 dolarów. Analityk Exante wskazuje na jeszcze wyższe poziomy, notując zbliżanie się cen złota do bariery 4700 dolarów i przypominając, że w ciągu roku drugiej kadencji Trumpa kruszec podrożał o ponad 70 proc." - czytamy w analizie banku.
Ciekawym zjawiskiem, na które zwraca uwagę Charu Charana, jest zachowanie amerykańskiej waluty. - Wbrew klasycznym schematom "risk-off", dolar amerykański osłabił się, a kapitał popłynął w stronę jena japońskiego i franka szwajcarskiego - pisze.
Zdaniem ekspertki Saxo Banku, sugeruje to, że inwestorzy postrzegają obecną sytuację równie mocno jako szok geopolityczny i instytucjonalny w samych Stanach Zjednoczonych, a nie tylko jako zagrożenie dla wzrostu gospodarczego Europy.
Europa szykuje odwet
Stary Kontynent nie zamierza pozostawać bierny wobec ultimatum.
Według doniesień agencji Bloomberg, Unia Europejska w ramach odpowiedzi pracuje nad objęciem cłami amerykańskiego eksportu o wartości 93 mld euro. Unijni liderzy spotkają się w tym tygodniu, by omówić katalog potencjalnych działań odwetowych. Mają się w nim znaleźć m.in. tzw. Anti-Coercion Instruments, czyli narzędzia pozwalające blokować inwestycje i dostęp do zamówień publicznych za naruszenie interesów Wspólnoty - wylicza Sawicki.
Saxo Bank dodaje, że Europa działa dwutorowo. Z jednej strony ambasadorowie państw UE uzgodnili intensyfikację działań dyplomatycznych mających zniechęcić USA do eskalacji, z drugiej zaś trwają przygotowania do reaktywacji zawieszonych wcześniej ceł. Charu Charana zaznacza jednak, że czym innym jest symboliczne wspomnienie o ACI jako sygnale politycznym, a czym innym byłoby formalne uruchomienie tej procedury, co stanowiłoby znaczącą eskalację konfliktu.
Warto odnotować, że napięcie geopolityczne ma swoich wygranych również na rynku akcji. Na europejskich giełdach wyraźnie drożeją walory spółek z sektora obronnego i lotniczego. Chodzi tu o takie podmioty, jak francuski Thales, niemiecki Rheinmetall AG czy włoskie Leonardo S.p.A. Trend ten jest kontynuacją zjawiska obserwowanego od 2025 roku, napędzanego przez kryzys w relacjach transatlantyckich i skokowy wzrost wydatków na zbrojenia.
Możliwe scenariusze
Saxo w swojej analizie przedstawia trzy możliwe scenariusze rozwoju sytuacji. Wariant bazowy, któremu przypisuje się największe prawdopodobieństwo (rzędu 50–60 proc.), zakłada, że groźby mają głównie charakter negocjacyjny. W tym ujęciu dochodzi do rozmów, a finałem jest częściowe wycofanie się z ceł lub ich opóźnienie. Scenariusz negatywny (szacowany na 30–40 proc.) przewiduje wejście w życie restrykcji od 1 lutego i umiarkowaną odpowiedź Europy. Najmniej prawdopodobny, choć najgroźniejszy scenariusz skrajny (10 proc.), zakłada rozszerzenie odwetu na usługi i przepływy kapitałowe, co uczyniłoby konflikt strukturalnym.
Istnieje również wątek prawny, który może zablokować działania Białego Domu. Bartosz Sawicki wskazuje na oczekiwanie na orzeczenie amerykańskiego Sądu Najwyższego, który może podważyć legalność nakładanych przez prezydenta ceł. - W takim przypadku sobotnie zapowiedzi mogłyby błyskawicznie stracić moc sprawczą. Z drugiej strony, pod dużym znakiem zapytania stoi wynegocjowana w lipcu ubiegłego roku umowa handlowa między USA a UE, która wciąż nie doczekała się ratyfikacji przez Parlament Europejski - pisze.
Eksperci zgodnie zalecają ostrożność. Choć rynki wielokrotnie widziały, jak groźby celne były łagodzone, nadmierna pewność, że "sprawa sama się rozmyje", może być ryzykowna. Jak ostrzega Charana, jeśli tym razem dojdzie do realnych działań, korekta wycen może być gwałtowniejsza właśnie ze względu na pozycjonowanie rynku pod scenariusz deeskalacji. Najwymowniej widać to w opinii Ebury.
Nie wyciągamy pochopnych wniosków. To nie pierwsza taka sytuacja – w większości przypadków Trump nie spełniał swoich gróźb, a nawet jeśli, to prędko się z nich wycofywał. Spodziewamy się powtórki, nieprzewidywalność administracji w Białym Domu oznacza jednak, że niczego nie możemy być pewni - czytamy w komentarzu.
Robert Kędzierski, dziennikarz money.pl