Kluczowe 60 godzin dla ropy. Wskazali, ile jej brakuje [OPINIA]
Według jednego z największych banków inwestycyjnych obecna wyrwa w dostawach ropy sięga nawet 17 mln baryłek dziennie. Na szczęście mamy zapasy, które wystarczą nam na przetrwanie nawet w przypadku konfliktu trwającego wiele miesięcy – pisze w opinii dla money.pl ekspert ds. rynku paliw Dawid Czopek.
Tekst powstał w ramach projektu WP Opinie. Przedstawiamy w nim zróżnicowane spojrzenia komentatorów i liderów opinii publicznej na kluczowe sprawy społeczne i polityczne.
Poniedziałkowy poranek zszokował wiele osób, które miały możliwość sprawdzenia aktualnych cen ropy naftowej. Wzrost ceny o blisko 25 proc. od piątkowego zamknięcia musiał wywołać pytanie, co takiego wydarzyło się w ciągu 60 godzin, że cena zmieniła się tak bardzo.
Próbowałem szukać jakichś bezpośrednich przyczyn wzrostu, ale poza tym, co wydarzyło się już w minionym tygodniu, czyli atakami na infrastrukturę przemysłową, statki i praktyczną blokadą Cieśniny Ormuz, trudno znaleźć jakieś nowe wydarzenia, które wpłynęłyby tak istotnie na rynek.
Można oczywiście powiedzieć, że sytuacja się nie uspokaja, a każdy dzień blokady to coraz większy problem dla świata.
"Nie wykluczam żadnego scenariusza". Wicepremier o cenie baryłki ropy
Wyrwa w dostawach ropy. Co z rurociągami?
Myślę, że istotną rolę odegrał też raport jednego z największych banków inwestycyjnych, który wskazał, że obecna wyrwa w dostawach ropy sięga nawet 17 mln baryłek dziennie (bbl/d), co jest zdecydowanie większą wartością od ok. 10 mln bbl/d, jaką można było do tej pory oszacować.
Wskazuje on, że taki poziom braku dostaw jest nawet dziesięciokrotnie większy niż w 2022 roku, czyli po wybuchu pełnoskalowej wojny w Ukrainie (wtedy ceny w szczycie zbliżyły się do 140 dol. za baryłkę).
Jako przyczynę większego, niż do tej pory sądzono, ubytku w dostawach ropy wskazuje się niskie wykorzystanie rurociągów, które omijają Cieśninę Ormuz.
W rejonie są dwa takie rurociągi – jeden z nich kończy się na wybrzeżu Morza Czerwonego, a drugi omija cieśninę i kończy się w Omanie.
Ich łączne zdolności przesyłowe sięgają 7 mln baryłek dziennie, ale wykorzystanie w poszczególnych dniach konfliktu jest zdecydowanie niższe.
Zastanówmy się, co oznacza ubytek 17 mln baryłek dziennie i czy świat może bez nich funkcjonować.
Co pokazał nam kryzys energetyczny sprzed lat
W czasie szczytu kryzysu covidowego, w kwietniu 2020 roku, zapotrzebowanie na ropę spadło o około 20 mln bbl/d, a w całym 2020 roku o około 10 mln bbl/d (świat zużywa około 105 mln bbl/d).
Oznacza to, że gdybyśmy dzisiaj chcieli zrezygnować ze zużycia brakujących baryłek, musielibyśmy ograniczyć swoją aktywność do poziomu bliskiego miesiącom covidowym.
Chyba każdy zdaje sobie sprawę, co to oznacza.
Na szczęście nie jest aż tak źle – możemy sięgnąć po zapasy obowiązkowe. Skoro mają one nam wystarczyć przez co najmniej 90 dni, to biorąc pod uwagę, że brakuje nam niecałe 20 proc. dostaw, jesteśmy w stanie wykorzystywać je pięć razy dłużej, czyli przez ponad rok. Oczywiście nikt nie zejdzie z zapasami do poziomów niższych niż 30-40 proc. obecnych poziomów, ponieważ gdyby się okazało, że ktoś zamierza wyrządzić nam krzywdę, nasi żołnierze musieliby udać się na linię frontu na piechotę. Ale jest to przykład dość skrajny.
Tak czy inaczej mamy zapasy, które wystarczą nam na przetrwanie nawet w przypadku konfliktu trwającego wiele miesięcy.
Oczywiście cena paliwa wzrośnie, ale z punktu widzenia zbilansowania rynku to dobrze. Wysoka cena ogranicza zużycie. Część wybierze do pracy komunikację miejską, inni pojadą z sąsiadem albo zmniejszą prędkość na autostradzie, co ograniczy spalanie.
Wydaje mi się, że nie ma co specjalnie przesadzać z tym efektem, bo nie będzie on miał wielkiego wpływu na konsumpcję, ale trochę powinien ograniczyć popyt.
Tak zresztą działa ekonomia – jeżeli jakiegoś towaru zaczyna brakować, to rynek szuka takiego poziomu cen, przy którym konsumenci wycofują się z jego zakupów, aż do momentu, gdy popyt i podaż się zbilansują.
Niestety popyt na paliwo nie jest elastyczny, co w praktyce oznacza, że cena paliwa musi wzrosnąć bardzo mocno, aby popyt ograniczyć stosunkowo niewiele.
Długotrwała blokada cieśniny. Co się może wydarzyć?
Nie tak dawno pisałem o tym, że zamknięcie Cieśniny Ormuz może oznaczać wzrost ceny ropy do poziomu 150 dol. za baryłkę. W poniedziałek rano cena ropy sięgnęła 120 dol., przy czym niektóre gatunki ropy, przede wszystkim te z rejonu Zatoki Perskiej, kosztują nawet 20 dol. drożej.
Nadal podtrzymuję, że długotrwała blokada cieśniny może spowodować wzrost cen ropy do tych poziomów. Tak jak wtedy pisałem, paliwo na stacjach może wtedy kosztować nawet 10 zł za litr. Szczególnie może to dotyczyć oleju napędowego (diesla), którego cena w ubiegłym tygodniu rosła na światowych rynkach dwukrotnie szybciej niż cena samej ropy.
Olej napędowy eksportowany jest z nowoczesnych rafinerii w zatoce do wielu krajów świata, a brak możliwości jego wywozu z tego rejonu jest nawet bardziej dotkliwy niż w przypadku samej ropy.
Żeby była jasność – nie bardzo wierzę w te ceny, a na pewno w ich utrzymanie w dłuższym terminie.
USA dobrze zabezpieczone, ale zbliża się "driving season"
Stany Zjednoczone są stosunkowo dobrze zabezpieczone przed skutkami braku eksportu ropy z krajów zatoki. Nie mają także problemu z dostępem do oleju napędowego.
Jest natomiast jedna ważna rzecz, którą amerykańska administracja musi brać pod uwagę.
W maju zaczyna się tzw. driving season, czyli okres wyjazdów wakacyjnych. W tym czasie w Stanach zdecydowanie rośnie zapotrzebowanie na benzynę. Jeżeli w ciągu najbliższych tygodni sytuacja na świecie się nie ustabilizuje, amerykański wyborca będzie zmuszony płacić wysoką cenę za paliwo na stacjach. Pewnie nie będzie problemu z zakupem benzyny, ale też nie można tego całkowicie wykluczyć.
Zatem może to być jeden z argumentów dla amerykańskiej administracji do opanowania sytuacji w cieśninie.
My przez pewien czas musimy liczyć się z podwyższonymi kosztami zakupu paliw. Być może rząd wprowadzi ulgi, które pozwolą nam tankować paliwo o kilkadziesiąt groszy taniej, co w przypadku przedłużającego się konfliktu może nie być takie korzystne ze względu na czynniki popytowe, o których pisałem wcześniej.
Poza tym pozostaje nam obserwować sytuację na Bliskim Wschodzie i liczyć na to, że sytuacja ulegnie poprawie. Im dłużej będzie trwał konflikt, tym trudniej będzie przywrócić równowagę na rynkach.
Jako pozytyw można dodać, że jeżeli rzeczywiście uda się przywrócić pokój w rejonie Zatoki Perskiej, nie ma dziś żadnego powodu, żeby paliwo kosztowało więcej niż 6 zł za litr, a obecne ceny na poziomie 7 zł za benzynę i ponad 8 zł za olej napędowy będą niemiłym wspomnieniem, jak zdjęcia pylonów na stacjach paliw z 2022 roku.
Dawid Czopek, zarządzający Polaris FIZ, ekspert ds. rynku surowców