Afera Zondacrypto coraz bardziej przypomina tragikomedię, tyle że rachunek za ten spektakl nie jest ani zabawny, ani fikcyjny. Donald Tusk przekuwa sprawę w polityczne rozliczenie prawicy, a jednocześnie publicznie cieszy się z przewagi KO nad PiS w sondażach.
W Polsce mówi się o "przełomie" w śledztwie i ponad 100 mln zł zabezpieczonych przez organy ścigania. Minister sprawiedliwości i prokurator generalny Waldemar Żurek zapowiada zabezpieczenie takiej ilości środków, aby poszkodowani mogli odzyskać stracone pieniądze, a Roman Giertych, poseł KO i jednocześnie obrońca Przemysława Krala, mówi o "ogromnym majątku", który jego klient miał oddać do dyspozycji prokuratury.
DLA CIEBIEPrzetestował setki zawodów. Który wybrałby na start? - Wojciech Kaczmarczyk II Pierwsza praca #4
W Tallinie tymczasem pisze się kolejny rozdział tej historii, znacznie mniej optymistyczny. Tysiące Polaków za pośrednictwem pełnomocników próbują ustalić, gdzie są ich pieniądze i czy w ogóle jest jeszcze co odzyskiwać.
Naga prawda w Tallinie
17 września w stolicy Estonii odbyło się pierwsze zgromadzenie wierzycieli BB Trade Estonia OÜ, operatora Zondacrypto, podczas którego powołano trzyosobowy komitet wierzycieli. Weszli do niego Damian Przybyłowski z Krajowego Centrum Obsługi Długów, reprezentujący grupę "Zonda Odzyskaj", Marek Keiman z kancelarii Magnusson oraz mec. Robert Nogacki z Kancelarii Skarbiec.
Już sam przebieg spotkania dobrze pokazał, jak ta historia wygląda z perspektywy wierzycieli. Kamery i mikrofony pozostawione pod kontrolą uczestników łączących się zdalnie momentami utrudniały prowadzenie obrad, ale poważniejszym problemem była bariera językowa. Syndyk prowadził zgromadzenie po estońsku i choć na sali była tłumaczka, z przekładem radziła sobie różnie. Najbardziej wymowne jest jednak to, kto zadbał o jej obecność: ani syndyk, ani polskie państwo, lecz pełnomocnik pokrzywdzonych Damian Przybyłowski.
W dniu zgromadzenia wartość zgłoszonych roszczeń wynosiła około 20–30 mln euro, czyli 87–131 mln zł. To znacznie mniej niż ponad 700 mln euro, czyli około 3,05 mld zł, o których pod koniec sierpnia mówił syndyk Margus Lentsius w rozmowie z estońskim dziennikiem "Äripäev". Podkreślał wówczas "niezwykle, niezwykle duże" zainteresowanie ze strony polskich wierzycieli.
Licznik nadal bije, bo do 27 października można zgłaszać roszczenia na obecnych zasadach, a z relacji pełnomocników wynika, że ich łączna wartość będzie rosła. Kto zrobi to później, a jego wierzytelność zostanie uznana, trafi na koniec kolejki do zaspokojenia.
Gdzie są pieniądze?
Giertych twierdzi, że majątek wskazany przez Krala, wraz z tym zabezpieczonym wcześniej przez śledczych, powinien wystarczyć do zaspokojenia wszystkich pokrzywdzonych zgłoszonych w postępowaniu karnym. Brzmi krzepiąco, tyle że majątek ma tę niewygodną właściwość, że poza konferencją prasową trzeba go jeszcze wskazać, policzyć, przejąć i zamienić na realne pieniądze.
Zwłaszcza gdy jednym z najważniejszych aktywów wykazywanych przez spółkę jest portfel z 4503 bitcoinami. Kral w czerwcu 2025 r. poświadczył notarialnie, że spółka ma do niego "nieograniczony, pełny i wyłączny dostęp", by w kwietniu 2026 r. twierdzić już, że kluczy nie ma, bo miał je zaginiony założyciel giełdy Sylwester Suszek, po którym przejął stery w firmie.
Majątek, który zarządcy udało się dotychczas zidentyfikować, to około 167 tys. euro. Po drugiej stronie bilansu spółki jest niemal 432 mln euro długów. Jak relacjonują pełnomocnicy pokrzywdzonych, syndyk powiedział wprost, że w samej Estonii właściwie nie ma czego zabezpieczać. Trudno się temu dziwić: spółka była tam zarejestrowana, ale operacyjnie działała w wielu krajach, także poza Europą, a lwią część jej klientów stanowili Polacy.
Wszystko kręci się wokół Krala
Poszukiwanie majątku biegnie dwoma torami. W Polsce trwa postępowanie karne, w którym prokuratura zabezpiecza aktywa i bada odpowiedzialność konkretnych osób. W Estonii syndyk ustala skład masy upadłości i próbuje odzyskać majątek dla wierzycieli. Samo zgłoszenie się do polskich śledczych nie daje miejsca w postępowaniu upadłościowym BB Trade Estonia, a o podziale majątku spółki decyduje postępowanie prowadzone w Estonii.
Pełnomocnicy wchodzący w skład komitetu wierzycieli chcą, aby polscy śledczy sprawnie przekazywali syndykowi informacje oraz majątek, który będzie mógł zasilić masę upadłości. Dopiero wtedy okaże się, ile z milionów zabezpieczanych w Polsce faktycznie przełoży się na pieniądze dla wierzycieli, a ile pozostanie efektowną liczbą puszczoną w obieg.
Komitet wierzycieli chce ponownie odpytać Krala. Wcześniej szczegółową listę pytań skierował do niego sam syndyk, próbując ustalić rzeczy fundamentalne: gdzie znajduje się majątek BB Trade Estonia, jakie spółka ma zobowiązania i należności, gdzie prowadzi rachunki, jakie zawierała umowy, jakie posiada zabezpieczenia oraz gdzie przechowywana jest dokumentacja pozwalająca to wszystko zweryfikować.
Przemysław Kral odpowiedział obszernie – na 28 stronach. Problem w tym, że – jak wynika z analizy mec. Roberta Nogackiego – za objętością nie poszły konkrety. Kral wielokrotnie zasłaniał się brakiem dostępu do informacji: dokumenty, serwery i kopie zapasowe zabezpieczyła polska prokuratura, część dokumentacji ma znajdować się u księgowej, a dostęp do innych danych ma ograniczać prowadzone śledztwo. W efekcie syndyk dostał długi dokument, ale niewiele odpowiedzi na pytania, które naprawdę go interesowały.