Na Zondzie polityczny kapitał już zbito. Z prawdziwym idzie gorzej [OPINIA]

Karolina Wysota
ZondacryptoW sprawie Zondy wszyscy mówią o pieniądzach poszkodowanych, ale każdy gra nimi w inną grę
Źródło zdjęć: © AI, Getty Images | Pier Marco Tacca • Zdjęcie wygenerowane przy pomocy AI

W Warszawie są "przełomy", miliony i polityczne rozliczenia. W Tallinie – 167 tys. euro zidentyfikowanego majątku, niemal 432 mln euro długów i wierzyciele, którzy sami muszą zadbać nawet o tłumacza. W aferze Zondy każdy gra swoją partię. Tylko rachunek ciągle trafia do poszkodowanych.

Afera Zondacrypto coraz bardziej przypomina tragikomedię, tyle że rachunek za ten spektakl nie jest ani zabawny, ani fikcyjny. Donald Tusk przekuwa sprawę w polityczne rozliczenie prawicy, a jednocześnie publicznie cieszy się z przewagi KO nad PiS w sondażach.

W Polsce mówi się o "przełomie" w śledztwie i ponad 100 mln zł zabezpieczonych przez organy ścigania. Minister sprawiedliwości i prokurator generalny Waldemar Żurek zapowiada zabezpieczenie takiej ilości środków, aby poszkodowani mogli odzyskać stracone pieniądze, a Roman Giertych, poseł KO i jednocześnie obrońca Przemysława Krala, mówi o "ogromnym majątku", który jego klient miał oddać do dyspozycji prokuratury.


DLA CIEBIE
Przetestował setki zawodów. Który wybrałby na start? - Wojciech Kaczmarczyk II Pierwsza praca #4 

W Tallinie tymczasem pisze się kolejny rozdział tej historii, znacznie mniej optymistyczny. Tysiące Polaków za pośrednictwem pełnomocników próbują ustalić, gdzie są ich pieniądze i czy w ogóle jest jeszcze co odzyskiwać.

Naga prawda w Tallinie

17 września w stolicy Estonii odbyło się pierwsze zgromadzenie wierzycieli BB Trade Estonia OÜ, operatora Zondacrypto, podczas którego powołano trzyosobowy komitet wierzycieli. Weszli do niego Damian Przybyłowski z Krajowego Centrum Obsługi Długów, reprezentujący grupę "Zonda Odzyskaj", Marek Keiman z kancelarii Magnusson oraz mec. Robert Nogacki z Kancelarii Skarbiec.

Już sam przebieg spotkania dobrze pokazał, jak ta historia wygląda z perspektywy wierzycieli. Kamery i mikrofony pozostawione pod kontrolą uczestników łączących się zdalnie momentami utrudniały prowadzenie obrad, ale poważniejszym problemem była bariera językowa. Syndyk prowadził zgromadzenie po estońsku i choć na sali była tłumaczka, z przekładem radziła sobie różnie. Najbardziej wymowne jest jednak to, kto zadbał o jej obecność: ani syndyk, ani polskie państwo, lecz pełnomocnik pokrzywdzonych Damian Przybyłowski.

W dniu zgromadzenia wartość zgłoszonych roszczeń wynosiła około 20–30 mln euro, czyli 87–131 mln zł. To znacznie mniej niż ponad 700 mln euro, czyli około 3,05 mld zł, o których pod koniec sierpnia mówił syndyk Margus Lentsius w rozmowie z estońskim dziennikiem "Äripäev". Podkreślał wówczas "niezwykle, niezwykle duże" zainteresowanie ze strony polskich wierzycieli.

Licznik nadal bije, bo do 27 października można zgłaszać roszczenia na obecnych zasadach, a z relacji pełnomocników wynika, że ich łączna wartość będzie rosła. Kto zrobi to później, a jego wierzytelność zostanie uznana, trafi na koniec kolejki do zaspokojenia.

Gdzie są pieniądze?

Giertych twierdzi, że majątek wskazany przez Krala, wraz z tym zabezpieczonym wcześniej przez śledczych, powinien wystarczyć do zaspokojenia wszystkich pokrzywdzonych zgłoszonych w postępowaniu karnym. Brzmi krzepiąco, tyle że majątek ma tę niewygodną właściwość, że poza konferencją prasową trzeba go jeszcze wskazać, policzyć, przejąć i zamienić na realne pieniądze.

Zwłaszcza gdy jednym z najważniejszych aktywów wykazywanych przez spółkę jest portfel z 4503 bitcoinami. Kral w czerwcu 2025 r. poświadczył notarialnie, że spółka ma do niego "nieograniczony, pełny i wyłączny dostęp", by w kwietniu 2026 r. twierdzić już, że kluczy nie ma, bo miał je zaginiony założyciel giełdy Sylwester Suszek, po którym przejął stery w firmie.

Majątek, który zarządcy udało się dotychczas zidentyfikować, to około 167 tys. euro. Po drugiej stronie bilansu spółki jest niemal 432 mln euro długów. Jak relacjonują pełnomocnicy pokrzywdzonych, syndyk powiedział wprost, że w samej Estonii właściwie nie ma czego zabezpieczać. Trudno się temu dziwić: spółka była tam zarejestrowana, ale operacyjnie działała w wielu krajach, także poza Europą, a lwią część jej klientów stanowili Polacy.

Wszystko kręci się wokół Krala

Poszukiwanie majątku biegnie dwoma torami. W Polsce trwa postępowanie karne, w którym prokuratura zabezpiecza aktywa i bada odpowiedzialność konkretnych osób. W Estonii syndyk ustala skład masy upadłości i próbuje odzyskać majątek dla wierzycieli. Samo zgłoszenie się do polskich śledczych nie daje miejsca w postępowaniu upadłościowym BB Trade Estonia, a o podziale majątku spółki decyduje postępowanie prowadzone w Estonii.

Pełnomocnicy wchodzący w skład komitetu wierzycieli chcą, aby polscy śledczy sprawnie przekazywali syndykowi informacje oraz majątek, który będzie mógł zasilić masę upadłości. Dopiero wtedy okaże się, ile z milionów zabezpieczanych w Polsce faktycznie przełoży się na pieniądze dla wierzycieli, a ile pozostanie efektowną liczbą puszczoną w obieg.

Komitet wierzycieli chce ponownie odpytać Krala. Wcześniej szczegółową listę pytań skierował do niego sam syndyk, próbując ustalić rzeczy fundamentalne: gdzie znajduje się majątek BB Trade Estonia, jakie spółka ma zobowiązania i należności, gdzie prowadzi rachunki, jakie zawierała umowy, jakie posiada zabezpieczenia oraz gdzie przechowywana jest dokumentacja pozwalająca to wszystko zweryfikować.

Przemysław Kral odpowiedział obszernie – na 28 stronach. Problem w tym, że – jak wynika z analizy mec. Roberta Nogackiego – za objętością nie poszły konkrety. Kral wielokrotnie zasłaniał się brakiem dostępu do informacji: dokumenty, serwery i kopie zapasowe zabezpieczyła polska prokuratura, część dokumentacji ma znajdować się u księgowej, a dostęp do innych danych ma ograniczać prowadzone śledztwo. W efekcie syndyk dostał długi dokument, ale niewiele odpowiedzi na pytania, które naprawdę go interesowały.

Wybrane dla Ciebie