Pensje blisko 10 tys. zł, ale ubywa etatów. Słodko-gorzkie dane GUS
Główny Urząd Statystyczny opublikował najnowsze dane o rynku pracy. Choć średnie wynagrodzenie w firmach rośnie i zbliża się do granicy 10 tys. zł, to jednocześnie ubywa etatów. Eksperci ostrzegają, że złote czasy dla pracowników mogą powoli dobiegać końca.
Najnowszy raport statystyczny przynosi słodko-gorzkie informacje dla polskich pracowników. Z jednej strony portfele zatrudnionych w sektorze przedsiębiorstw znów się powiększyły. Przeciętna pensja w marcu 2026 roku wyniosła nieco ponad 9652 złote brutto. Oznacza to zauważalny wzrost w porównaniu z lutym, a także wyższe zarobki niż w analogicznym okresie ubiegłego roku. To wyraźne odbicie w zestawieniu z lutowym odczytem, kiedy to średnia płaca wyniosła niewiele ponad 9002 zł i rozczarowała część analityków. Jednocześnie zarobki znów kierują się w stronę psychologicznej bariery, o którą otarły się pod koniec ubiegłego roku, gdy grudniowe pensje były również blisko poziomu 10 tys. zł. Nominalnie w marcu płace skoczyły o ponad sześć procent w ujęciu rocznym.
Skąd wziął się ten wiosenny zastrzyk gotówki? Urząd tłumaczy, że marcowy skok wynagrodzeń to w dużej mierze efekt wypłacania dodatkowych świadczeń. W tym okresie na konta pracowników trafiały nie tylko wyższe pensje zasadnicze, ale również różnego rodzaju premie kwartalne, roczne czy świąteczne. Nie bez znaczenia pozostaje także fakt, że na początku roku podniesiono ustawową płacę minimalną, która od stycznia wynosi 4806 złotych brutto. To naturalnie pcha w górę całą siatkę płac w firmach.
Prezes UOKiK w "Biznes Klasie". "Raz miałem wbity nóż w oponę". Premiera w niedzielę o 17:00
Koniec eldorado? Ubywa miejsc pracy
Rosnące zarobki to jednak tylko jedna strona medalu. Druga, wymagająca większej uwagi, dotyczy samej liczby miejsc pracy. Z danych GUS wynika, że przeciętne zatrudnienie w firmach nieznacznie spadło w porównaniu z poprzednim miesiącem i wynosi obecnie około 6,4 miliona etatów. Patrząc z perspektywy rocznej, ten spadek zatrudnienia jest jeszcze wyraźniejszy i potwierdza trend obserwowany od kilku miesięcy.
Eksperci rynkowi zwracają uwagę, że polska gospodarka wysyła sygnały ostrzegawcze. Andrzej Gwiżdż, analityk platformy inwestycyjnej Portu, zauważa w swoim komentarzu, że choć rynek pracy wciąż jest w niezłej formie, to wyraźnie zaczyna tracić dotychczasowy impet. Ekspert zwraca szczególną uwagę na zjawisko spadku realnej dynamiki wynagrodzeń. W praktyce oznacza to, że mimo wyższych kwot przelewanych na konta, przez rosnącą inflację siła nabywcza naszych pensji nie rośnie już tak szybko, jak wynikałoby to z suchych danych nominalnych.
Zjawisko kurczenia się liczby etatów jest zauważalne od dłuższego czasu, zwłaszcza w takich branżach jak przemysł, handel czy transport. – Kluczowym sygnałem schłodzenia jest malejąca liczba ogłoszeń o pracę, co oznacza słabszy popyt na pracowników i pogorszenie pozycji negocjacyjnej pracowników – tłumaczy Andrzej Gwiżdż. Według oceny analityka Portu, rynek pracy coraz wyraźniej przesuwa się z tak zwanego rynku pracownika w kierunku rynku pracodawcy.
Co dalej z naszymi portfelami?
Czy to oznacza powody do poważnego niepokoju? Przedstawiciel platformy Portu prognozuje, że w kolejnych miesiącach sytuacja może ulec pewnej poprawie, jeśli chodzi o realną wartość naszych wypłat. Zmiany podatkowe, takie jak planowana obniżka VAT i akcyzy na paliwa, mogą wpłynąć na spadek presji inflacyjnej. To z kolei sprawi, że podwyżki pensji będą ponownie bardziej odczuwalne w domowych budżetach, amortyzując wcześniejsze szoki cenowe.
Dodatkowo, przed drastycznym załamaniem rynku chronią nas uwarunkowania strukturalne, w tym przede wszystkim demografia. Społeczeństwo się starzeje, a to sprawia, że firmy wciąż będą musiały zabiegać o wykwalifikowaną kadrę, co powinno łagodzić skutki gospodarczego spowolnienia.
Sytuacja na polskim rynku pracy staje się jednak znacznie jaśniejsza, gdy spojrzymy na nią w szerszym, wielomiesięcznym kontekście. Obserwowana dziś redukcja etatów nie jest zaskoczeniem – już kilka tygodni temu ekonomiści alarmowali, że notowany na początku roku tak ostry spadek zatrudnienia to zjawisko niezwykle rzadkie. Niedługo po tym potwierdziły to kolejne niepokojące raporty, z których wynikało, że mamy do czynienia z najsłabszymi danymi dotyczącymi miejsc pracy od 18 lat, co poskutkowało uruchomieniem swoistego alertu analitycznego.
Z drugiej strony, strach przed masowymi zwolnieniami zdecydowanie łagodzą potężne przetasowania demograficzne. Jak tłumaczyliśmy niedawno na naszych łamach, gospodarka wkracza w nową erę z powodu masowego przechodzenia na emeryturę roczników z powojennego wyżu. Firmy ratują się jak mogą – potężna luka pokoleniowa sprawia nawet, że by uzupełniać kadry, polski rynek pracy coraz mocniej wciąga osoby dotychczas z niego wykluczone, m.in. starszych pracowników na niepełne etaty. To zjawisko w dużej mierze amortyzuje ubytek etatów i stanowi potężny bufor ochronny dla pracujących Polaków.