"Kara za życiowe wybory" – powiedzą niektórzy. Inni wskażą na fakt, że osoby, które mają potomstwo ponoszą pewien koszt, który – w perspektywie dekad – jest inwestycją z punktu widzenia systemów zabezpieczeń socjalnych.
Niemcy sięgają do kieszeni bezdzietnych
A czy taka danina mogłaby być wprowadzona w Polsce? Otóż patrząc na pewien wskaźnik prezentowany przez OECD można dojść do wniosku, że bykowe w naszym kraju już obowiązuje.
WIDEODemograficzna bomba uderzy w ceny mieszkań? Analityk nie ma wątpliwości
Pod koniec maja przez niemieckie (i polskie) media przemknęła wiadomość o tym, że tamtejszy rząd rozważa podwyższenie składki na tak zwane ubezpieczenie pielęgnacyjne. Informacje podała sieć redakcji RND, jedna z największych tego typu organizacji u naszego zachodniego sąsiada. Ministra zdrowia, Nina Warken, miałaby rozważać podwyższenie dopłaty do składki na ubezpieczenie pielęgnacyjne dla osób bezdzietnych, które skończyły 23. rok życia o 0,1 punktu proc. do poziomu 0,7 proc. W ten sposób ich składka dobiłaby do 4,3 proc. (obecnie wynosi 4,2 proc.) Już z samej tej informacji wynika, że rodzaj "bykowego" u naszego zachodniego już obowiązuje. I rzeczywiście osoby z jednym dzieckiem płacą składkę na poziomie 3,6 proc., osoby z dwójką – 3,35, a osoby, które mają trójkę dzieci – 3,1 proc.. Przy pięciorgu pociech jest to 2,7 proc.
A czym jest "ubezpieczenie pielęgnacyjne"? Jest to rodzaj obowiązkowego ubezpieczenia społecznego zabezpieczającego osoby niesamodzielne, starsze lub przewlekle chore. Środki z tego funduszu przeznaczane są na opiekę w miejscu zamieszkania lub w domu opieki czy dostosowanie mieszkania do potrzeb osoby niepełnosprawnej.
Z uwagi na rozszerzenie świadczeń w ostatnich latach, problemy pocovidowe oraz starzenie się społeczeństwa system staje się coraz bardziej deficytowy. Stąd pomysł, aby sięgnąć do kieszeni osób, które dzieci nie mają. I z perspektywy systemowej trudno jest odmówić pewnej słuszności takiemu rozwiązaniu – jeżeli ktoś dzieci nie ma, to jednocześnie nie ponosi wysiłku związanego z wychowaniem osoby, która w przyszłości będzie ten system podtrzymywać. Można to postrzegać nie tyle jako "karę za życiowe wybory", ile rodzaj "kary za nieinwestowanie" w przyszłe pokolenia.
Demografia wymusza zmiany
A jak sytuacja wygląda w naszym kraju? Przecież jesteśmy jednym z najszybciej starzejących się społeczeństw wśród krajów rozwiniętych. Pozostając w poetyce z poprzedniego akapitu – coraz więcej osób nie decyduje się na trud wychowania przyszłych składkujących. A przynajmniej wielu z nas odsuwa decyzję o rodzicielstwie w bliżej nieokreśloną przyszłość. Brzmi brutalnie i budzi sprzeciw wobec redukowania ludzi do "trybików podtrzymujących system"? Być może, ale z punktu widzenia zabezpieczenia emerytalnego, składek zdrowotnych czy podatków – tym właśnie jesteśmy. Jedni będą się upierać przy "trybikach w maszynie", inni podniosą – słusznie zresztą – argument o odpowiedzialności za innych w społeczeństwie.
Otwórzmy tu pewien nawias i powiedzmy, że państwo nie przejada tych pieniędzy. W ogromnej większości trafiają one do nas samych, kiedy tego potrzebujemy. Otrzymujemy emerytury, korzystamy z wybudowanych dzięki temu dróg, czy chodzimy do przychodni.
I nie, nie jest tak, jak mogłoby pomyśleć wielu, że pieniądze, które płacimy fiskusowi są "przejadane przez administrację". Ilość środków publicznych, które trafiają do urzędników jest naprawdę niewielka w porównaniu do tego, co zazwyczaj myślimy.
Według danych Polskiego Instytutu Ekonomicznego na administrację przeznaczane jest 6 proc. sumy wydatków publicznych. Tymczasem Polacy uważają, że wartość ta jest prawie trzykrotnie wyższa.
Wróćmy do "bykowego" i demografii. Wspomniany już Polski Instytut Ekonomiczny zauważa, że starzejemy się szybciej niż zakładała prognoza demograficzna Głównego Urzędu Statystycznego z 2023 roku. Zmiany oszacowań demograficznych w dół widać już w ciągu trzech lat.
"Według prognozy liczby ludności, którą GUS opublikował w połowie 2023 r., wynika, że w 2025 r. spodziewano się liczby ludności na poziomie 37,412 mln osób. Tym samym po trzech latach różnica ta wyniosła 80 tys. osób" – czytamy w raporcie. "Choć taka liczba w skali całej populacji naszego kraju nie wydaje się duża, to widać tendencję wzrostową, jeżeli chodzi o różnicę między danymi empirycznymi a prognozą – od 2023 r. do najnowszych odczytów wynosiła ona odpowiednio w poszczególnych latach 15 tys., 43 tys. i 80 tys." – kontynuują eksperci.
Jesteśmy obecnie jednym z najszybciej starzejących się społeczeństw na świecie. Mamy również jeden z najniższych współczynników dzietności na świecie poniżej 1,1.
Przypomnijmy, że jest to wskaźnik, który – w dużym uproszczeniu – pokazuje, ile dzieci w trakcie całego okresu rozrodczego urodziłyby kobiety, gdyby rodziły z intensywnością, jaką rodzą panie w danym roku. Współczynnik na poziomie 1,1 oznacza, że 100 kobiet urodziłoby 110 dzieci. A to z kolei przekłada się na ścięcie liczebności kolejnego pokolenia o niemal połowę. Jeżeli dzietność na poziomie około "jedynki" miałaby się utrzymać przez kolejne dwa pokolenia, to te ostatnie będą liczebnie zaledwie jedną czwartą pokolenia "dziadków".
Tak drastyczne starzenie się będzie wywierało silne presje zarówno na system ochrony zdrowia (większa część seniorów w społeczeństwie oznacza więcej środków na opiekę) jak i na system emerytalny. W takim układzie trudno będzie uniknąć drastycznych zmian w opodatkowaniu. Pytanie tylko – jak je przeprowadzić i kto powinien być "dociążony". W tej dyskusji pojawia się wspomniane bykowe.
Nie masz dzieci? Państwo i tak traktuje cię inaczej
Tymczasem okazuje się – jak powiedziałem – że w naszym kraju jest pewien rodzaj takiej daniny. Tylko że w ramach systemu jest on nieco odwrócony. Otóż to osoby posiadające dzieci dostają transfery oraz zwolnienia z danin. I co ważne, są one najhojniejsze w całym OECD - Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju zrzeszającej 38 najbardziej rozwiniętych państw świata.
"Polska plasuje się na 1. miejscu w OECD pod względem skali preferencji podatkowo-transferowych dla rodzin z dziećmi. Różnica między klinem podatkowym małżeństwa z dwojgiem dzieci utrzymującego się z jednego przeciętnego wynagrodzenia a klinem singla wyniosła w Polsce w 2025 r. 20,8 pkt. proc., wobec średniej OECD wynoszącej 8,9 pkt. proc." – czytamy w opracowaniu PIE.
Można więc powiedzieć, że jakiś rodzaj podatku od bezdzietności już istnieje. Nie jest on oczywiście "podatkiem wprost" - jest brakiem ulg i transferów. De facto wychodzi na to samo.
Na marginesie można dodać, że jeżeli weźmiemy pod uwagę kwestie finansowych zachęt do rodzenia dzieci, które w naszym kraju – podkreślmy to raz jeszcze – są największe wśród państw OECD, to widać, że jest to narzędzie wyjątkowo mało skuteczne.
Na dzietność trzeba więc oddziaływać innymi metodami. Przede wszystkim musimy jednak zdać sobie sprawę z tego, że do zastępowalności pokoleń w dającej się przewidzieć przyszłości nie ma powrotu. A to oznacza, że wyrw demograficznych nie zalepimy. Musimy się adaptować. I już dzisiaj przygotowywać rozwiązania podatkowo składkowe na czasy, kiedy będzie nas kilka milionów mniej. A każdy z nas będzie chciał żyć w wygodnym kraju. Niestety tego ostatniego najprawdopodobniej nie da się zagwarantować bez niewygodnych zmian w systemie. Prawdopodobnie mówimy o wydłużeniu wieku emerytalnego dla wszystkich oraz o podwyższeniu składki zdrowotnej. I nie, nie wystarczy opodatkować zamożnych (chociaż by się przydało).