WAŻNE
TERAZ

Szalony czeski finał. Jest nowa mistrzyni Wimbledonu!

100 zł za litr. "Podatki od grzechu" w górę? Rząd wysłał sygnał [OPINIA]

Przy tak gwałtownie narastającym zadłużeniu naprawdę potrzebujemy dopływu środków. "Podatki od grzechu" wydają się najmniej kontrowersyjnymi daninami. Nie ma powodu, żeby bronić możliwie szerokiego dostępu cenowego do słodkich napojów. Tak samo jak nie ma powodu, żeby "małpki" były tak tanie – pisze w opinii dla money.pl Kamil Fejfer.

Minister finansów i szef rząduMinister finansów Andrzej Domański i premier Donald Tusk
Źródło zdjęć: © KPRM, PAP | Albert Zawada, Flickr
Kamil Fejfer

Tekst powstał w ramach projektu WP Opinie. Przedstawiamy w nim zróżnicowane spojrzenia komentatorów i liderów opinii publicznej na kluczowe sprawy społeczne i polityczne.

Wraca temat podatku cukrowego i daniny od najmniejszych "litraży" wysokoprocentowych napojów. - Mnie by nie przeszkadzało opodatkowanie "małpek" – mówił w zeszłą środę premier Donald Tusk, nawiązując do propozycji zmian, jakie pojawiły się na rządowej stronie z wykazem prac legislacyjnych. - Ja bym nie miał nic przeciwko temu, żeby – jeśli mamy gdzieś ściągać pieniądze – to z alkoholu i z cukru. Bo to powinno przynieść też korzyści zdrowotne – mówił dalej premier.

Jeżeli wydaje się Państwu, że brzmi to trochę jak przygotowanie gruntu pod skok na nasze pieniądze, to mają Państwo prawdopodobnie rację. Ale tak zwane "podatki od grzechu" (ang. sin tax; danina płacona de facto przez konsumentów za towary szkodliwe zdrowotnie) mają nie tylko udowodnione działanie prozdrowotne, ale też zmniejszają dysproporcje między stanem zdrowia bardziej i mniej zamożnych.

Do tego przy tak gwałtownie narastającym zadłużeniu naprawdę potrzebujemy dopływu środków. A podatki od cukru i małpek wydają się najmniej kontrowersyjnymi daninami.

Wiek emerytalny do zmiany. Co gdy kobieta nie ma dziecka? Oto propozycja

"Dostępność alkoholu w małych opakowaniach rośnie. W 2021 r. za przeciętne wynagrodzenie można było nabyć 841 sztuk tzw. małpek, w 2025 r. już o 185 butelek więcej, czyli 1026 sztuk" – czytamy na rządowej stronie.

Wstępna propozycja legislacyjna mówi aż o czterokrotnym podwyższeniu opłaty. Miałaby ona wzrosnąć z obecnych 25 zł do 100 zł za litr 100-procentowego alkoholu sprzedawanego w butelkach poniżej 300 ml. Warto pamiętać, że podatek jest naliczany nie od konkretnej butelki, tylko właśnie od sumy sprzedawanego "litrażu" w małpkach w danym punkcie.

Kolejny akt prawny ma podwyższyć z 0,50 zł do 0,70 zł tak zwaną stałą opłatę za zawartość cukru lub innej substancji słodzącej równą lub mnniejszą niż 5 gramów w 100 ml napoju. Do tego rząd planuje podwyżkę z 5 gr do 10 gr za każdy kolejny gram cukru powyżej wspomnianej granicy 5 gramów.

Ile milionów spływałoby do budżetu

Z jakimi wpływami mielibyśmy do czynienia? Portal RynekZdrowia.pl, cytując szacunki Narodowego Funduszu Zdrowia, mówi o wpływach rzędu niecałych 300 mln zł z daniny od "małpek" oraz 1,5 mld zł z podatku cukrowego. Co ważne, w przypadku tej pierwszej opłaty połowa zysków ma trafić do samorządów. Jeśli chodzi o podatek cukrowy, 96,5 proc. z niego trafia do NFZ, a reszta do budżetu państwa.

Teoretycznie wpływy miałyby być przeznaczane na konkretne cele, takie jak wsparcie leczenia skutków spożywania alkoholu oraz cukrzycy. Piszę "teoretycznie", ponieważ raport Najwyższej Izby Kontroli z zeszłego roku pokazał, że środki po prostu trafiały do wspólnego worka (opłata cukrowa i od małpek zostały wprowadzone z początkiem 2021 r.).

"Wpływy z obu źródeł – łącznie ponad 5,2 mld zł w latach 2021-2023 – zasiliły budżet NFZ i w założeniu miały być dodatkowym wsparciem leczenia negatywnych skutków zdrowotnych spożywania napojów słodzonych i alkoholu. W rzeczywistości jednak miały charakter fiskalny i stały się kolejnym źródłem finansowania ogółu świadczeń, a nie konkretnych i celowanych działań zawartych w ustawie o zdrowiu publicznym oraz ustawie o przeciwdziałaniu alkoholizmowi. Co więcej, nie spowodowały realnego wzrostu wydatków na te działania" – wskazała w raporcie Najwyższa Izba Kontroli.

Przychody NFZ z opłaty cukrowej
© NIK | oprac. własne

Dług publiczny gwałtownie rośnie

Jest więc całkiem możliwe, że środki, które trafią do NFZ, po prostu pomniejszą dopłatę, która trafia do NFZ z budżetu. I wcale nie zostaną precyzyjnie wycelowane.

Paradoksalnie nie jest to zła wiadomość, ponieważ w związku z wydatkami zbrojeniowymi (oraz poważnym uczuleniem polskich polityków na pomysły progresji podatkowej) w ostatnich latach gwałtownie rośnie nam dług publiczny. Pieniądze, które trafią do NFZ z danin od małpek i słodzonych napojów, to więc środki, które nie będą musiały być przepompowane z budżetu.

Od 2022 r. rokrocznie przekraczamy rekomendowany przez Unię Europejską próg ostrożnościowy w wysokości 3 proc. deficytu budżetowego w relacji do PKB. Według Eurostatu w kolejnych latach było to kolejno: 3,4 proc., 5,3 proc., 6,4 proc. oraz 7,4 proc. Ta ostatnia wartość z ubiegłego roku plasuje nas niemal na samym szczycie najszybciej zadłużających się gospodarek w Unii. Wyprzedzała nas tylko Rumunia.

To oczywiście nie znaczy, że czeka nas "scenariusz grecki". Ale dług publiczny (w uproszczeniu: suma wszystkich deficytów budżetowych) zaczyna nam powoli ciążyć. Zarówno według szacunków Ministerstwa Finansów, jak i Komisji Europejskiej, w tym roku przebijemy kolejny próg ostrożnościowy w wysokości 60 proc. w relacji do PKB. A w kolejnych latach będzie tylko gorzej. Komisja szacuje, że w przyszłym roku nasz dług publiczny wyniesie 68 proc. PKB.

Nie dziwi więc, że rządzący szukają pieniędzy, gdzie się da. Zwłaszcza że boją się ruszać tematu nie tylko progresywnego opodatkowania pracy, ale nawet uporządkowania systemu podatkowo-składkowego, w którym obecnie ogromne przywileje mają najbogatsi kosztujący system grube miliardy.

Podatki prozdrowotne? Są na to badania

Dobrze, ale po co w tym wszystkim mówić o zdrowiu? Ponieważ, choć brakuje dobrych badań z Polski, to na świecie istnieje bardzo dużo dowodów wskazujących, że "podatki od grzechu" rzeczywiście działają prozdrowotnie. Kilka lat temu tę kwestię przeanalizował Narodowy Instytut Zdrowia Publicznego – Państwowy Zakład Higieny w raporcie "Przegląd rozwiązań legislacyjnych i organizacyjnych w zakresie 'sin tax' w wybranych krajach i na świecie".

Przykładowo autorzy przytaczanej przez PZH analizy symulacyjnej z Australii zauważają, że wprowadzenie 20-proc. podatku na napoje słodzone mogłoby przynieść korzyści zdrowotne dla osób o najniższym statusie socjoekonomicznym. Jest to wynik dwóch nakładających się na siebie zjawisk. Po pierwsze, biedniejsi niemal na całym świecie cechują się gorszym zdrowiem niż bogatsi. Co wynika zarówno z prowadzonego przez nich mniej zdrowego trybu życia, jak i gorszego dostępu do lekarzy.

Po drugie, osoby z płytszymi portfelami są bardziej wrażliwe na wprowadzanie podatków. Jest to pochodna oczywistego faktu – mają mniej pieniędzy do rozdysponowania, bardziej więc przyglądają się każdej złotówce. Tymczasem klasa średnia i wyższa nie bardzo wiedzą, jakie są ceny poszczególnych produktów spożywczych. Potraficie Państwo powiedzieć, ile kosztuje litr coli w pobliskich sklepach? A no właśnie.

Cytowana przez PZH metaanaliza (badanie badań) potwierdza wnioski z australijskiej symulacji: podatki od grzechu silniej oddziałują na osoby uboższe. Można oczywiście mówić, że jest to "polityka dyscyplinowania klas niższych". Z drugiej strony – co zauważają badacze – "podatki od grzechu" przyczyniają się do zmniejszenia klasowych nierówności w zdrowiu.

To jeszcze jedna ciekawostka z raportu PZH: "W społeczeństwie amerykańskim 10-proc. podatek na napoje dosładzane jest pięciokrotnie skuteczniejszy w zmniejszaniu różnic w zdrowiu niż sama kampania medialna na rzecz profilaktyki".

Trudno bronić podatkowego status quo

Jak napisałem, w Polsce trudno jest znaleźć badania, biorące pod lupę prozdrowotny wpływ polityki. Ale istnieją analizy, które pokazują spadek zarówno spożycia napojów słodzących, jak i alkoholu sprzedawanego w "małpkach".

"Analizy Centrum Monitorowania Rynku wykazały, że wprowadzenie opłaty cukrowej spowodowało wyraźny wzrost cen słodzonych napojów bezalkoholowych – napojów gazowanych nawet o 36 proc., wód smakowych o ok. 22 proc., a herbat mrożonych o 18 proc. Jednocześnie spadł popyt na te produkty, odpowiednio o: 20 proc. w przypadku napojów gazowanych, 21 proc. wód smakowych oraz 5 proc. herbat mrożonych" – czytamy na stronie Najwyższej Izby Kontroli.

Po pięciu latach od wprowadzenia prawa sprzedaż wróciła do poziomów sprzed regulacji. Dlaczego? Odpowiedź jest prosta – więcej zarabiamy. A podatek pozostawał na tym samym poziomie. Zwiększała się więc dostępność cenowa.

I tu pojawia się paradoks – działający "sin tax" obniża skłonność ludzi (mniej zamożnych) do kupna towarów nim obłożonych. Teoretycznie więc skuteczny podatek mógłby powodować, że wpływy z niego będą mniejsze, a nie większe.

Bez względu na to, jak ostatecznie będzie wyglądał bilans fiskalny przedsięwzięcia, trudno jest bronić podatkowego status quo. Nie ma powodu, żeby bronić możliwie szerokiego dostępu cenowego do słodkich napojów. Tak samo jak nie ma powodu, żeby "małpki" były tak tanie, jak są. A jeśli będą podwyższenia danin, będzie profit dla budżetu lub NFZ-u, to też dobrze. Najlepiej oczywiście byłoby, jakby dziurę budżetową łatali najbogatsi. Ale na (podatkowym) bezrybiu i rak ryba.

Wybrane dla Ciebie