Pod koniec czerwca podczas konferencji w Płocku Agnieszka Dziemianowicz-Bąk oświadczyła, że za jej rządów nie będzie podwyższania wieku emerytalnego. Oznaczać to może trzy rzeczy. Albo malejące emerytury w porównaniu do ostatnich pensji, albo rosnące zadłużenie po stronie państwa, albo prywatyzację problemów ekonomicznych na starość. A najprawdopodobniej będzie oznaczać trzy problemy naraz.
Polityczna deklaracja, ekonomiczny rachunek
Szefowa resortu pracy musi sobie zdawać z tego sprawę. Niestety jest zakładniczką lewicowego postulatu utrzymania niskiego wieku emerytalnego. Pomysłu, który – najprawdopodobniej – odbije się czkawką w przyszłości całemu systemowi gospodarczemu Polski oraz samym emerytom.
Emerytury dla artystów. Ostre słowa Czarnka. "Żadnej emerytury dla Jasia Kapeli"
- To jest moja jasna deklaracja i zobowiązanie do tego, że tak długo, jak długo jestem ministrem pracy, tak długo wiek emerytalny kobiet i mężczyzn podnoszony nie będzie - mówiła ministra pracy podczas konferencji w Płocku 22 czerwca.
- Jesteśmy otwarci na rozmowę o zrównywaniu tego wieku, ale zrównywaniu w dół - dodała. Jeżeli ministra pracy oponuje przeciwko jakiemukolwiek podwyższeniu wieku emerytalnego, to oznaczałoby, że proponuje obniżenie wieku emerytalnego mężczyzn (przypomnijmy obecnie prawo do świadczeń przysługuje kobietom w wieku 60 lat i mężczyznom w wieku 65 lat). Ten ostatni postulat to kompletny absurd w kontekście konstrukcji systemu i zmian demograficznych. Więc po kolei.
Zacznijmy od tego, jak – w sporym uproszczeniu – jest skonstruowany dzisiejszy system. Większość z nas płaci składki emerytalne. Ich wysokość jest waloryzowana, a w momencie przejścia na emeryturę "zgromadzony" kapitał jest dzielony przez czas, który został nam do przeżycia. O tym, ile czasu – oczywiście statystycznie – będziemy żyć wie GUS na podstawie danych na temat zgonów w populacji. Jedni z nas będą mieli fart żyć dłużej, inni krócej, ale na poziomie całego kraju wszystko się bilansuje.
Tutaj ważna uwaga – nie istnieje żaden sejf, w którym zdeponowane są nasze środki. Dlatego słowo "zgromadzone" napisałem powyżej w cudzysłowie. Dzisiejsze emerytury de facto opłacają obecni pracujący. Taki kształt systemu nazywa się repartycyjnym.
Przy wydłużającym się życiu i zachowaniu tego samego wieku emerytalnego spada tak zwana stopa zastąpienia, czyli stosunek emerytury do ostatniej pensji. Dzieje się tak ponieważ oskładkowane środki trzeba dzielić na większą liczbę lat. Żebyśmy wiedzieli o czym mówimy: w połowie lat 90-tych oczekiwana długość życia mężczyzn w Polsce wynosiła nieco ponad 65 lat. Obecnie to około 75 lat. U kobiet wzrost długości życia był mniej gwałtowny. Również dlatego, że panie od dekad żyją dłużej niż panowie. W połówce ostatniej dekady ubiegłego wieku oczekiwana długość życia kobiet wynosiła ponad 75 lat. Dzisiaj jest to ponad 82 lata. Oczywiście oczekiwana długość życia nie będzie się wydłużać w nieskończoność, ale mamy jeszcze trochę (zwłaszcza mężczyźni) zapasu.
Ta matematyka nie jest taka prosta, bo poza wydłużającą się długością życia rosną również nasze pensje. A więc składkujemy większe kwoty, co przekłada się na wyższe emerytury.
Dzielmy ten włos na czworo dalej – dzisiejsze pokolenia pracowników pracują krócej niż pokolenia wcześniejsze. Dlaczego? Ponieważ znacznie dłużej się uczą, co opóźnia ich moment wejścia na rynek pracy, a więc i składkowania.
Jeżeli weźmiemy to wszystko do kupy, to okaże się, że większość dzisiejszych 40-latków (o ile nie wydłużymy wieku emerytalnego) otrzyma emerytury minimalne. Ich wysokość obecnie to około 2 tys. brutto. W przyszłości na pewno wzrosną, ale i tak nie pozwolą na w miarę godne funkcjonowanie. Jednym ze sposobów na zmianę tego stanu rzeczy byłoby podwyższenie wieku emerytalnego, a więc wydłużenie składkowania (oraz niezmniejszanie liczby osób składkujących).
Możemy oczywiście "sztucznie" podwyższyć emerytury dopłacając do świadczeń z budżetu (dopłacanie zresztą już ma miejsce). Tylko, że tu pojawia się następujący problem – emerytury to największy wydatek publiczny. Żeby podwyższyć zauważalnie obecne świadczenia, musielibyśmy dosypać do systemu kilkadziesiąt, a wkrótce może 100 miliardów złotych. Albo i więcej. Takich pieniędzy nie ma skąd wziąć. Nawet jeżeli byśmy opodatkowali bogatych (co jest bardzo pożądane) i wprowadzili daniny od firm technologicznych (co również by się przydało), to zbierzemy dodatkowe kilkanaście mld, może 20-30 mld zł. Ale nie 50, ani 150 mld. A co z innymi zadaniami państwa?
Możemy również po prostu zadłużać się w celu zwiększenia puli środków na emerytury. Sam ten pomysł nie jest z gruntu zły. Ale jeśli chodzi o dług publiczny, to już zaczynamy dobijać do niebezpiecznych poziomów (przebijamy 60 proc. długu względem PKB, co stanowi punkt ostrzegawczy dla UE).
Demografia uderza w świadczenia
W tej układance jest jeszcze co najmniej jeden niezwykle ważny element. Chodzi oczywiście o kryzys demograficzny. I znów – dla kontekstu – jest wysoce prawdopodobne, że w 2026 r. urodzi się około 210 tys. dzieci. Wyż demograficzny sprzed 40 lat liczył w swoim szczycie około 720 tys. osób.
To oznacza, że coraz mniej osób będzie się składało na emerytury coraz większej liczby osób. Obecnie w wieku produkcyjnym jest około 22 mln Polaków. W wieku poprodukcyjnym – 9 mln. Za 25 lat ludzi w wieku produkcyjnym będzie 19 mln, a tych w wieku poprodukcyjnym – 11 mln. Według opracowania OECD "Pensions at a Glance 2025" w 2024 r. w Polsce na 100 osób w wieku produkcyjnym (20-64) przypadały 34 osoby w wieku 65 plus. W 2054 będzie to 67 osób. Co będzie stanowić jeden z najwyższych poziomów tak zwanego obciążenia demograficznego wśród 38 krajów organizacji.
Pozostańmy jeszcze na chwilę przy opracowaniu OECD. Otóż okazuje się, że niższy niż w Polsce wiek emerytalny dla kobiet obowiązuje tylko w Kolumbii i w Turcji (tutaj absurdalne 49 lat). Równie niski wiek obowiązuje jeszcze w Chile. W pozostałych 34 państwach OECD panie idą na emeryturę później.
Dla polskich mężczyzn wiek emerytalny jest w okolicach średniej. Ale jednocześnie jesteśmy jednym z niewielu krajów, które nie planują jego podwyższenia w przyszłości.
Biorąc pod uwagę to, że polska zapaść demograficzna jest jedną z najgłębszych nie tylko w Europie, ale i na świecie zapowiedzi Agnieszki Dziemianowicz-Bąk o tym, żeby rozmawiać o zrównaniu wieku emerytalnego w dół są po prostu kuriozalne.
Powtórzymy to raz jeszcze – rośnie obciążenie demograficzne, młodzi składkują krócej niż starsi, rośnie oczekiwana długość życia, w tym życia w dobrym zdrowiu (co oznacza, że wysyłamy na emerytury rocznie dziesiątki tysięcy sprawnych i zdrowych ludzi), a ministra proponuje obniżenie wieku emerytalnego mężczyzn ze średniego dla krajów OECD do poziomu wieku emerytalnego kobiet, który jest jednym z najniższych w rozwiniętych krajach. Co może pójść nie tak?
- Ludzie po dziesiątkach lat pracy mają prawo do wyboru, czy chcą od tej pracy odpocząć, czy chcą dłużej pozostawać aktywnymi, a jeżeli chcą dłużej pozostawać aktywnymi, wówczas państwo powinno im to umożliwiać i tworzyć dobre dla nich warunki na miejscu i na rynku pracy – mówiła ministra pracy. Problem jest taki, że według danych ZUS 90 proc. osób przechodzi na emeryturę najpóźniej rok po osiągnięciu praw emerytalnych. Do tego – niecałe 14 proc. osób pracuje już pobierając emeryturę.
Innymi słowy domyślnym sposobem funkcjonowania seniorów jest po prostu przejście na świadczenie i niepracowanie. To się zmienia, ale powoli. I niewiele tutaj dają dodatkowe systemowe zachęty. Ludzie po prostu – jak to zwykle bywa – idą utartą drogą.
Wybór emeryta czy problem budżetu?
Propozycja Agnieszki Dziemianowicz Bąk jest więc pozostawianiem w systemie domyślnej ścieżki, w której większość osób przechodzi na emeryturę niemal od razu. Tak, to prawda że będzie rosła liczba osób pobierających świadczenia i jednocześnie pracujących (już to obserwujemy). Wciąż jednak trudno sobie wyobrazić, żeby ten trend był masowy.
Nasz system zmierza więc w kierunku niskiej emerytury łatanej albo prywatną pracą, albo programem "mieszkanie na wynajem" (dla zamożniejszych), albo pomocą ze strony dzieci i rodziny. Problem z tym rozwiązaniem jest następujący – seniorzy nie będą mieli wystarczających środków (bo nie dadzą już rady pracować) w momencie, kiedy pieniądze będą im najbardziej potrzebne, czyli daleko po 70 roku życia.
Paradoksalnie więc to, co proponuje Agnieszka Dziemianowicz Bąk to prywatyzacja problemów ekonomicznych starszych ludzi w przyszłości. Cóż, jak to mówią – dobrymi chęciami piekło jest wybrukowane.