Tak blackout sparaliżował Hiszpanię. Polska "jako jedyna" odrobiła lekcję
- Pracujemy nad specjalną ustawą antyblackoutową z rekomendacjami dla energetyki rozproszonej i prosumenckiej - mówi w wywiadzie dla money.pl Grzegorz Onichimowski, prezes Polskich Sieci Elektroenergetycznych (PSE). Rok po blackoucie w Hiszpanii, Portugalii i części Francji ekspert zapowiada też kolejne zmiany, które mają poprawić bezpieczeństwo systemu.
- Rekomendacje to kluczowy element raportu, który powstał po blackoucie na Półwyspie Iberyjskim - mówi w rozmowie z money.pl Grzegorz Onichimowski.
- Prezes Polskich Sieci Elektroenergetycznych podsumowuje ostatni rok zmian w systemie i zapowiada kolejne rozwiązania, które mają poprawić bezpieczeństwo odbiorców.
- "To skrajna głupota" - tak szef PSE ocenia odwrót PiS od odnawialnych źródeł energii. Wyjaśnia również, czego uczy nas kolejny kryzys energetyczny, związany z wojną na Bliskim Wschodzie.
Tomasz Setta, dziennikarz money.pl: Mamy raport poświęcony blackoutowi, który dotknął rok temu Hiszpanię, Portugalię i niewielką część Francji. Dokument powstał przy współpracy ekspertów PSE. Wiemy już, jaka była sekwencja zdarzeń i co doprowadziło do tak poważnej awarii?
Grzegorz Onichimowski, prezes Polskich Sieci Elektroenergetycznych (PSE): Znamy przebieg wydarzeń, ale jeśli chodzi o ich diagnozę, to ta nie jest już tak dokładna, jak byśmy chcieli. We współczesnym systemie jest bardzo dużo elementów niepewności i problemów, które nakładają się na siebie kaskadowo. Ten dylemat, co było pierwsze: kura czy jajko, jest w tym sensie nierozwiązywalny. Następstwa często mieszają się z przyczynami. Tutaj mamy klasyczny przykład tego, jakie konsekwencje niosą problemy napięciowe. Było za wysokie napięcie w tej gałęzi, która odpowiadała za fotowoltaikę, co powodowało wyłączenia, a te z kolei generowały kolejne kłopoty.
"Elektryki" zyskają na popularności? "Mówię to jako prezes firmy naftowej"
Rozumiem, że trudno wskazać precyzyjnie jedną przyczynę i mówimy raczej o splocie różnych okoliczności?
Tak, bo dziś bardzo łatwo pomylić przyczyny ze skutkami. Dlatego najważniejszą część raportu stanowią rekomendacje, czyli środki zaradcze dla operatorów sieci.
Pytanie, jak ten zestaw zaleceń przedstawiony w raporcie ma się do polskiego pakietu antyblackoutowego, który powstał już kilka miesięcy temu?
Jeden z naszych kolegów z zarządu skonfrontował ten raport i jego zalecenia z naszymi propozycjami, które były przedstawione już trzy miesiące po hiszpańskim blackoucie. Okazało się, że zgodność tych rekomendacji wynosi 95 proc. A to oznacza, że wiemy, co należy zrobić, ale w energetyce niewiele można zdziałać z piątku na sobotę. Po stronie politycznej i regulacyjnej jest oczekiwanie, żeby ceny energii były jak najniższe, a bezpieczeństwo systemu coraz większe. Zachodzi tu pewien konflikt i musimy to odpowiednio wyważyć.
Wróćmy do polskiego pakietu - co w ciągu ostatniego roku udało się nam zmienić? Na ile nasz system jest dziś bardziej odporny niż w trakcie blackoutu w Hiszpanii?
Jeśli mówimy o aktach prawnych, udało nam się zmienić ustawę sieciową. Udało się też uchwalić ustawę o cyberbezpieczeństwie, gdzie znalazły się zapisy pochodzące z naszego pakietu. Oczywiście te akty prawne dopiero wchodzą w życie, w związku z czym nie widzimy jeszcze ich następstw. Cały czas poprawiamy też nasze procedury, usprawniamy działanie Krajowej Dyspozycji Mocy (służba dyspozytorska operatora systemu, nadzorująca pracę sieci przesyłowej - red.), a także narzędzia, jakie mają dyspozytorzy. Podnieśliśmy też znacznie poziom fizycznego zabezpieczenia naszych obiektów - to już nie ma nic wspólnego z wydarzeniami w Hiszpanii, tylko z tym, gdzie jesteśmy na mapie Europy.
Wspólnie z Ministerstwem Energii pracujemy też nad specjalną ustawą antyblackoutową, zawierającą szereg naszych rekomendacji dotyczących energetyki rozproszonej i prosumenckiej (chodzi o użytkowników fotowoltaiki, którzy jednocześnie produkują i konsumują prąd - red.), uzupełnioną o pewne następstwa wspomnianej już ustawy o krajowym systemie cyberbezpieczeństwa.
Warto podkreślić, że Polska nie powinna mieć tutaj żadnych kompleksów - jesteśmy jedynym krajem, gdzie taki zestaw rekomendacji był rozpatrywany na szczeblu rządowym i został przyjęty. Jak dotąd jesteśmy też drugim krajem w Europie (po Wielkiej Brytanii) i pierwszym w Unii Europejskiej, gdzie dokonano wreszcie reformy sieci.
Pamiętajmy też, że mieliśmy trudną zimę i dosyć niskie temperatury, przez co przeszliśmy swobodnie. Mieliśmy wtedy rekordowe zapotrzebowanie na moc, a mimo to Polska jeszcze eksportowała energię. Ale to wspólny wysiłek całego systemu energetycznego - my tylko nim zarządzamy.
Celem tego pakietu rekomendacji jest taka zmiana, która pozwoli na "ręczne sterowanie" systemem elektroenergetycznym w sytuacjach kryzysowych?
Nie do końca. Chodzi bardziej o to, żeby ten system był oparty o źródła rozproszone, a jednocześnie był odporny. Chcemy mieć dostęp do danych o pracy fotowoltaiki na dachach wszystkich domów czy parkingów. Wszystko po to, żebyśmy mogli reagować na bieżąco, a interwencje nie były tak gwałtowne. Te rozdrobnione elementy systemu mogą go wspierać, a nie obciążać. Technologie z tym związane są już dostępne i trzeba po nie sięgać.
W naszej strategii mówimy o tym, że do 2035 roku tego typu narzędzia - oparte na magazynach energii, odnawialnych źródłach - w wyjątkowych okolicznościach będą umożliwiać pracę systemu w zasadzie bez wykorzystania tzw. źródeł dyspozycyjnych, czyli np. elektrowni węglowych czy gazowych.
Zmiany prawne i techniczne z pewnością są bardzo ważne, ale najsłabszym ogniwem każdego systemu jest człowiek. Kilka miesięcy temu byłem świadkiem, jak w jednej z prywatnych, warszawskich przychodni doszło do awarii zasilania i nikt z personelu nie wiedział, co robić. Nie było dodatkowego zasilania ani latarek, najwyraźniej nie było też procedur na taką okoliczność…
Pamiętajmy, że blackout a awaria zasilania w skali jednego domu czy jednej wsi to dwie różne sprawy. Nie zmienia to faktu, że musimy budować odporność społeczną na tego typu sytuacje - od najniższego do najwyższego szczebla. Zapałki, baterie, latarka, jakiś zapas gotówki - to wszystko powinno się mieścić w naszym domowym plecaku ewakuacyjnym. Jeśli ogrzewamy się za pomocą pompy ciepła, dobrze byłoby, żeby na wypadek lokalnej awarii mieć w domu agregat prądotwórczy albo źródło ciepła niezależne od zasilania z sieci.
Blackout to inaczej wielka awaria systemowa w skali państwa lub kilku krajów, która wbrew pozorom może być czasem nawet mniej dolegliwa z indywidualnego punktu widzenia, bo takie sytuacje najczęściej trwają dość krótko. Awarie lokalne, obszarowe mogą z kolei trwać dłużej niż kilkanaście godzin.
W przypadku Hiszpanii - ze względu na silne oddziaływanie fotowoltaiki - przywrócenie systemu do normalnej pracy zajęło dość długo. Trzeba było czekać aż do zmroku na odpowiednie warunki. Warto zatem pomyśleć, jak do systemu bezpieczeństwa włączyć prosumentów. Chodzi o to, żeby każda instalacja prosumencka, która ma taki potencjał, stała się instalacją, która uniezależnia nas od sieci. Dziś bardzo mało osób o tym myśli. Myślę, że budowanie tego typu niezależności i odporności byłoby kolejnym krokiem uświadamiania sobie przez ludzi dobrodziejstw transformacji energetycznej.
Pan chce w sprawie OZE zrobić krok do przodu. Z kolei kandydat PiS na premiera Przemysław Czarnek - ujmę to delikatnie - dość niepochlebnie wypowiada się na temat odnawialnych źródeł energii. Rozumie pan ten polityczny zwrot?
Nie. Moim zdaniem to współczesny luddyzm, czyli próba wzniecenia buntu przeciwko postępowi naukowo-technicznemu. Jeśli energię elektryczną - przy nawet bardzo kosztownych inwestycjach - możemy potem pozyskiwać bez kosztów bieżących, to oznacza nieprawdopodobną rewolucję. Dlatego uważam, że takie stwierdzenia to nawet nie jest błąd, to skrajna głupota. Są granice, których nie powinniśmy przekraczać.
Wiele wydarzeń - zwłaszcza tych ostatnich - zwiększa naszą wrażliwość na myślenie o tym, że powinniśmy mieć swoje źródła energii czy paliwa kopalne w rezerwie, po które można sięgnąć "w razie czego". Ale jeśli chcemy to robić, to musimy powiedzieć społeczeństwu, jakie będą dodatkowe koszty z tym związane, i musimy wspólnie w dyskusji społecznej zastanowić się, czy te koszty mają być w rachunku za energię, czy poza tym rachunkiem. To jest kwestia budowy odporności i bezpieczeństwa państwa, a nie sprawa czysto gospodarcza.
Rozmawiamy w Katowicach, na południu Polski, gdzie dotąd tradycyjnie koncentrowały się przemysł i energetyka. Teraz budujemy farmy wiatrowe na Bałtyku i planujemy budowę pierwszej elektrowni atomowej na Pomorzu. To w istotny sposób zmienia układ sił na energetycznej mapie kraju?
Oczywiście, i to główna przyczyna tak dużych inwestycji w sieci przesyłowe. Gdyby nie to, podejrzewam, że inwestycje PSE mogłyby się koncentrować przede wszystkim wokół odporności i bezpieczeństwa państwa. A tak tę zmianę geografii musimy wliczyć do rachunku. Stąd bardzo kibicujemy zarządowi PGE w sprawie przyszłości rejonu bełchatowskiego, gdzie mamy bardzo rozległą infrastrukturę. Gdyby udało się tam ulokować drugą elektrownię atomową, a do tego małe reaktory, to z punktu widzenia istniejącej infrastruktury byłby to duży plus.
Bardzo ważną lekcją dla nas jest też konflikt w Ukrainie. Tamtejszą energetykę udało się uchronić dzięki dwóm elementom: energetyce jądrowej (pomijając zajęcie Zaporoskiej Elektrowni Atomowej) i energetyce rozproszonej, wliczając w to OZE, ale też małe jednostki gazowe, przywiezione do Ukrainy w ramach pomocy temu państwu. I tutaj zgoda z panem ministrem Domańskim (minister finansów - red.), że mamy pewne zastrzeżenia związane z rozwojem morskiej energetyki wiatrowej, bo trudno sobie wyobrazić ochronę takich farm.
Jesteśmy świadkami kolejnego kryzysu energetycznego w ostatnich latach. Jaka lekcja płynie z tego, co obserwujemy teraz w Zatoce Perskiej?
To lekcja podobna do doświadczeń z wojny w Ukrainie. Stawiajmy na to, co mamy, czyli przede wszystkim odnawialne źródła energii, bo dziś koszty pozyskiwania jakichkolwiek paliw kopalnych w Polsce - wliczając w to węgiel - są bardzo wysokie. Elektryfikujmy też gospodarkę.
Ktoś, kto ma dzisiaj samochód elektryczny - a jednocześnie jest szczęśliwym posiadaczem domu jednorodzinnego z panelami fotowoltaicznymi, po podliczeniu kosztów może powiedzieć, że praktycznie przez osiem miesięcy w roku tankuje "za darmo". Gdybyśmy to wszystko zsumowali, to okazałoby się, że leasing taniego samochodu elektrycznego by nam się zwrócił - a o tym mało się mówi. To samo dotyczy pomp ciepła w porównaniu do innych rodzajów paliw. Ci, którzy przerzucili się na pellet, chyba w tym roku nie zyskali. Związek z wojną w Iranie jest tutaj akurat niewielki, ale to pokazuje, że każdy rodzaj paliwa ma w sobie element ryzyka.
Oczywiście, musimy mieć też energetykę dyspozycyjną i traktować ją jako backup na czas, kiedy z powodu mało wietrznej i mało słonecznej pogody nie pozyskujemy wystarczająco dużo energii ze źródeł odnawialnych - zwłaszcza jeśli nie mamy jeszcze energetyki jądrowej - ani tej "dużej", ani tej "małej", chociaż to powinien być niezbędny element naszego krajobrazu. Do tego wszystkiego potrzeba jednak kapitału, którego musimy poszukiwać poza rachunkiem za energię. Obejmuje to skalę Europy, bo te inwestycje będą oddziaływać na cały rynek energetyczny. I tylko to naprawdę napędzi elektryfikację.
Rozmawiał Tomasz Setta, dziennikarz money.pl