Jacek Losik, money.pl: Czy można wskazać jeden przełomowy moment, który przyspieszył ich ekspansję na polskim rynku? Mówi się tu o pandemii i zerwanych łańcuchach dostaw, ale też o unijnych normach spalin, które Chińczycy w mniejszych maszynach zdają się omijać.
Rafał Jajor, dyrektor biura Związku Producentów i Dystrybutorów Maszyn Roboczych, wydawca magazynu "Robocze News", organizator targów e-robocze show: Nie nazwałbym tego skokiem. To raczej ciągły rozwój trwający od około 10 lat. Na polskim rynku wygląda to tak, że pojawia się jedna chińska firma, która mocniej zdobywa pozycję, potem jej rola nieco maleje, a na jej miejsce wchodzi kolejna. Do tego dochodzi wewnętrzna konkurencja między nimi. Z roku na rok widzimy coraz więcej marek, a nawet jeśli nie przybywa marek, to duże koncerny produkują niemal wszystko i wchodzą z kolejnymi segmentami maszyn na rynek polski i europejski.
Jak to się zaczęło?
Pamiętam, jak pierwsze firmy z Chin wchodziły do Polski, traktując nasz kraj jako okno na Europę. Były duże, szumne zapowiedzi. Firma LiuGong kupiła nawet zakłady w Stalowej Woli, choć potem je sprzedała. Były więc różne etapy tej ekspansji, ale jej kierunek był cały czas ten sam – w górę. Jedna firma zwalniała, druga przyspieszała, ale całościowo udział chińskich firm w polskim rynku stale rósł, rośnie i myślę, że nadal będzie rósł.
DLA CIEBIENajwiększe błędy przy wysyłaniu CV i szukaniu pracy - Filip Sobel II Pierwsza Praca #6
W jakich segmentach sprzętu budowlanego chińskie firmy mają najmocniejszą pozycję w Polsce? Na co jest największy popyt?
Na początku wchodziły z ofertą najpopularniejszych maszyn, gdzie jest największy wolumen sprzedaży. Mam na myśli koparko-ładowarki, minikoparki czy ładowarki – czyli wielozadaniowy sprzęt, najczęściej kupowany przez firmy. Dzisiaj jednak na rynku pojawiają się też chińskie maszyny przeznaczone do bardziej wyspecjalizowanych sektorów i ten trend na pewno będzie postępował. Trudno wskazać jeden segment, w którym się skupiają, ponieważ tych firm jest dużo i każda ma nieco inną ofertę. One systematycznie pokrywają swoją obecnością coraz większy obszar rynku.
Zauważyłem, że różnice w cenie z zachodnią konkurencją bywają ogromne. Nową minikoparkę można znaleźć nawet za 8500 złotych z tym zastrzeżeniem, że nie jest to produkt wiodących chińskich marek np. Sany czy XCMG.
Pytanie, czy te maszyny rzeczywiście spełniają wymogi. Abstrahując od jakości, bo to klient musi ocenić stosunek jakości do ceny, my, jako związek, staramy się pilnować przepisów.
Zaraz do tego przejdziemy, ale najpierw spójrzmy na sprawę z perspektywy małej firmy, która staje przed wyborem: albo nosić ciężkie krawężniki ręcznie, albo kupić nową maszynę, na jaką ją stać, za dosłownie kilka, kilkanaście tysięcy złotych, która kopci i hałasuje?
Zawsze lepiej kupić maszynę. Ludzkiego zdrowia nie da się naprawić, jeśli ktoś zniszczy sobie kręgosłup, przerzucając ręcznie kostkę brukową przez osiem godzin dziennie. Jednak rolą państwa, o czym jako związek przypominamy, jest doprowadzenie do sytuacji, w której ten przedsiębiorca nie będzie mógł kupić maszyny, która – mówiąc wprost – śmierdzi, czyli nie spełnia obowiązujących w Polsce norm. My staramy się o to dbać, na razie działając głównie interwencyjnie, czyli wyszukując takie maszyny i ich dystrybutorów i zmuszając ich do przestrzegania prawa.
Jakie są konsekwencje dopuszczenia do pracy takiej maszyny?
To stwarza poważny problem. Jeśli na maszynie bez legalnego znaku CE dojdzie do wypadku, winny w takiej sytuacji będzie właściciel maszyny. Pracodawca dopuścił bowiem pracownika do pracy na sprzęcie, który jest niebezpieczny i nie ma odpowiednich dokumentów. Na takiej maszynie po prostu nie wolno pracować. Podobnie jest z normami emisji spalin – ich niespełnianie oznacza, że po prostu niszczymy sobie środowisko.
Obawiam się, że dla wielu aspekt ekonomiczny może okazać się ważniejszy.
Mówimy o problemie wieloaspektowym. Po pierwsze, niszczymy naszą gospodarkę, pozwalając na sprzedaż maszyn niespełniających norm. Chociaż Polska nie jest potentatem w produkcji maszyn budowlanych, mamy tu przedstawicielstwa firm z całej Europy i świata. Po drugie, kwestia odpowiedzialności. Gdy operator zatrudniony w gminie ulegnie wypadkowi na takiej maszynie, nawet jeśli tylko skręci kostkę, firma ubezpieczeniowa może odmówić wypłaty odszkodowania, bo pracował na sprzęcie bez znaku CE.
Podobnie będzie, jeśli operator uszkodzi jakąś infrastrukturę. Odpowiedzialność spadnie na właściciela, czyli pracodawcę. Do tego dochodzi problem z serwisowaniem tych maszyn i dostępem do części zamiennych. To wszystko składa się na poważne zagrożenie.
Czy tę ekspansję można w jakiś sposób zatrzymać? W przetargach na infrastrukturę strategiczną, jak drogi czy kolej, wprowadza się ograniczenia dla firm spoza UE. Czy podobne mechanizmy można zastosować wobec maszyn budowlanych?
Jeśli chodzi o geopolitykę, państwo oczywiście może zdecydować, że do sektorów wrażliwych i strategicznych nie będzie dopuszczać maszyn czy urządzeń z określonych krajów. To jest decyzja na poziomie państwowym. Z punktu widzenia naszego związku nie działamy w kierunku blokowania kogokolwiek. Konkurencja nie jest problemem, dopóki nie jest nieuczciwa.
Trudno mówić o uczciwej konkurencji, jeśli ta jest dotowana przez państwo m.in. po to, aby pomóc jej właśnie w tej ekspansji.
Tak, problemem jest też to, że chińskie firmy bywają dotowane przez swoje państwo, na co niestety nie mamy wpływu. My skupiamy się na tym, na czym możemy, czyli na zapewnieniu równych warunków dla wszystkich. Wtedy niech wygra po prostu lepszy produkt. Jeżeli maszyny z Chin okażą się w przyszłości lepsze od europejskich, podobnie jak może się stać z samochodami, to trudno. Rynek nie znosi sztucznych interwencji i zawsze znajdzie sobie jakieś ujście. Z naszego punktu widzenia, dopóki konkurencja jest uczciwa, wszystko jest w porządku.
Tylko czy takie działanie interwencyjne wystarczy?
Chcielibyśmy pójść dalej i mamy w planach poruszyć ten temat z administracją rządową. W Polsce brakuje jasnego systemu kontroli maszyn, na wzór tego, który mamy w przypadku samochodów, czyli obowiązkowych, corocznych przeglądów technicznych. Obecnie takie przeglądy przechodzą tylko maszyny objęte nadzorem Urzędu Dozoru Technicznego, jak dźwigi czy windy. Pozostałe nie, a to byłby idealny moment na wyłapanie nieprawidłowości, sprawdzając zarówno maszynę, jak i jej dokumentację. Możemy wiele zrobić, by uszczelnić rynek.