WAŻNE
TERAZ

Bonnie Tyler nie żyje. Piosenkarka zmarła w szpitalu

Rynek pracy potrzebuje uczciwych zasad, ale nie może być regulowany strachem [OPINIA]

Cel ustawy wzmacniającej uprawnienia Państwowej Inspekcji Pracy można uznać za słuszny. Kluczowe będzie jednak to, czy PIP będzie działała proporcjonalnie, jednolicie i ze zrozumieniem realiów gospodarczych - pisze w opinii dla money.pl Paweł Łossowski, prezes firmy Ever Grupa, która zatrudnia około 10 tys. osób i specjalizuje się w kompleksowym utrzymaniu obiektów.

Paweł Łossowski, prezes firmy Ever GrupaPaweł Łossowski, prezes firmy Ever Grupa
Źródło zdjęć: © Adobe Stock, Ever Grupa | Seventyfour, ZipZapic.com

Ustawa wzmacniająca uprawnienia Państwowej Inspekcji Pracy, która właśnie weszła w życie, jest jednym z tych aktów prawnych, które formalnie dotyczą prawa pracy, ale w praktyce dotykają znacznie szerszego problemu: tego, jak państwo rozumie przedsiębiorczość, konkurencyjność gospodarki i odpowiedzialność pracodawców. Nie mam też wątpliwości, że patologie na rynku pracy trzeba eliminować.

Środowa zmiana nie jest wyłącznie technicznym wzmocnieniem PIP. To przesunięcie bardzo dużej władzy interpretacyjnej w stronę organu administracyjnego. Inspektor pracy zyskuje możliwość ingerowania w model zatrudnienia firmy, w jej koszty, strukturę organizacyjną i relacje z osobami współpracującymi. A to oznacza, że decyzja administracyjna może w praktyce zmienić ekonomię całego kontraktu, projektu, oddziału czy usługi.

Zatrudnia 10 tys. osób. Mówi, jak rozwiązać problem umów

Dla biznesu realna zmiana polega więc nie tylko na tym, że wzmacnia się organ kontrolny. Realna zmiana polega na tym, że model współpracy, który dotychczas był elementem decyzji organizacyjnej przedsiębiorcy i osoby świadczącej pracę, może stać się przedmiotem administracyjnej oceny, mającej bezpośredni wpływ na koszty, rentowność kontraktów, ceny usług i planowanie zatrudnienia. W praktyce firma będzie musiała nie tylko sprawdzać zgodność zawieranych umów z przepisami, ale także zakładać ryzyko, że po czasie ich charakter zostanie zakwestionowany, a cały model kosztowy danego projektu będzie wymagał zmiany.

Dla dużych organizacji, które działają w usługach pracochłonnych, na wielu kontraktach, w różnych branżach i lokalizacjach, to nie jest abstrakcyjny temat prawny. To jest kwestia codziennego zarządzania tysiącami ludzi, harmonogramów, kosztów, marż i zobowiązań wobec klientów.

Trzeba też jasno powiedzieć, że elastyczność nie jest oczekiwaniem wyłącznie pracodawców. Bardzo często oczekują jej również sami pracownicy, zleceniobiorcy i współpracownicy. Dla części osób umowa cywilnoprawna, kontrakt B2B albo inna forma współpracy nie jest przymusem, lecz świadomym wyborem. Pozwala łączyć kilka aktywności zawodowych, pracować sezonowo, dorabiać, realizować projekty dla kilku podmiotów, dopasować czas pracy do życia prywatnego albo zachować większą samodzielność.

Państwo, tworząc regulacje, powinno widzieć tę różnorodność, a nie zakładać, że każda niestandardowa forma współpracy jest z definicji obejściem prawa.

Polska gospodarka od lat konkuruje nie tylko jakością, ale również zdolnością szybkiego reagowania. Klienci oczekują usług dostępnych natychmiast, często w trybie zmianowym, sezonowym, projektowym albo zależnym od przetargów. Firmy muszą dopasowywać zespoły do kontraktów, zmiennego obłożenia, absencji, lokalizacji i oczekiwań rynku. Jeżeli państwo będzie ograniczało elastyczne formy współpracy bez równoczesnego zmniejszania kosztów i ryzyk zatrudnienia etatowego, to efekt może być odwrotny do zamierzonego.

Nie stworzymy stabilnych miejsc pracy przez samo administracyjne nakazanie etatu. Stabilne zatrudnienie powstaje tam, gdzie przedsiębiorca ma przewidywalne prawo, rozsądne koszty pracy, jasne interpretacje i poczucie, że państwo jest arbitrem, a nie uczestnikiem politycznej presji.

Polityczny kontekst

A kontekst polityczny tej ustawy jest niestety widoczny. Od lat w debacie publicznej umowy cywilnoprawne i B2B przedstawia się często jako patologię samą w sobie. To uproszczenie. Owszem, istnieją nadużycia. Ale istnieją też branże, projekty i osoby, dla których taka forma współpracy jest naturalna, ekonomicznie racjonalna i dostosowana do charakteru pracy, poziomu samodzielności, mobilności albo sezonowości. Wrzucanie wszystkiego do jednego worka może doprowadzić do sytuacji, w której państwo będzie "naprawiać" rynek pracy tam, gdzie on po prostu działa inaczej niż klasyczny model etatowy sprzed kilkudziesięciu lat.

Największe ryzyko widzę jednak w wybiórczości stosowania nowych przepisów.

Jeżeli kontrole będą uruchamiane punktowo - na podstawie skarg, sygnałów, analizy ryzyka albo typowania wybranych branż - podobne modele współpracy mogą być oceniane w różnym czasie i z różną intensywnością. Jedna firma zostanie objęta kontrolą i poniesie natychmiastowe skutki decyzji administracyjnej, podczas gdy inna, działająca w tym samym modelu i na tym samym rynku, będzie funkcjonować bez zmian.

To fundamentalny problem. Państwo, które chce porządkować rynek pracy, nie może robić tego wybiórczo. Jeżeli podobne modele współpracy funkcjonują u wielu przedsiębiorców, to reguły powinny być stosowane wobec wszystkich w taki sam sposób. W przeciwnym razie kontrola nie staje się narzędziem uczciwej konkurencji, lecz czynnikiem przypadkowo zaburzającym rynek.

W branżach niskomarżowych skutki takiej wybiórczości mogą być bardzo poważne. Kilka procent kosztów decyduje o wygraniu lub przegraniu kontraktu. Jeżeli jedna firma zostanie zmuszona do nagłej zmiany modelu współpracy, wzrostu kosztów, rekalkulacji cen i renegocjacji umów, a jej konkurent nadal będzie działał na dotychczasowych zasadach, to rynek zostanie wypaczony. Nie wygra wtedy firma lepsza, bardziej efektywna czy bardziej innowacyjna. Wygra ta, która akurat nie została objęta kontrolą.

To oznacza, że dla wielu przedsiębiorców nowe przepisy będą nie tylko kwestią formalnej zgodności z prawem, ale elementem ryzyka biznesowego. Ryzyka, które trzeba będzie wkalkulować w ceny, marże, decyzje o udziale w przetargach, a czasem również w decyzje o skali prowadzonej działalności.

Realny problem

To nie jest abstrakcyjne ryzyko. To realny problem dla usług, produkcji, budownictwa, logistyki, gastronomii, ochrony, utrzymania czystości, opieki, transportu i wielu innych sektorów, w których koszty pracy są jednym z kluczowych elementów ceny. Wybiórcze stosowanie przepisów może doprowadzić do sytuacji, w której firmy działające zgodnie z decyzją organu będą droższe, mniej elastyczne i mniej konkurencyjne niż podmioty funkcjonujące w tym samym otoczeniu, ale nieobjęte kontrolą.

W efekcie państwo może nie wyrównywać warunków konkurencji, lecz tworzyć nową nierówność. Jedni przedsiębiorcy będą ponosić pełne skutki nowych interpretacji, inni będą funkcjonować dalej bez zmian. Jedni będą musieli podnieść ceny, ograniczyć zatrudnienie albo zrezygnować z części kontraktów, inni będą mogli wykorzystać tę sytuację jako przewagę kosztową.

To szczególnie niebezpieczne w momencie, w którym polskie firmy konkurują już nie tylko lokalnie czy europejsko, ale globalnie. Firmy z Azji, w tym z Chin, działają szybko, elastycznie i agresywnie kosztowo na rynkach międzynarodowych. Inwestują, skalują działalność, dostosowują modele pracy do potrzeb biznesu i ekspansji. Oczywiście nie chodzi o to, aby kopiować rozwiązania państw, które mają zupełnie inny model gospodarczy i społeczny. Chodzi o świadomość, że globalna konkurencja nie odbywa się w warunkach idealnie równych i komfortowych.

Jeżeli Polska będzie usztywniać rynek pracy, zwiększać koszty działania firm i podnosić ryzyko regulacyjne, to nasza konkurencyjność będzie słabła. Będziemy drożsi, wolniejsi i mniej przewidywalni. A w gospodarce globalnej to bardzo niebezpieczne połączenie.

Europa już dziś mierzy się z problemem wysokich kosztów pracy, skomplikowanych regulacji i spadającej konkurencyjności wobec Stanów Zjednoczonych czy Azji. Polska przez lata miała przewagę wynikającą z przedsiębiorczości, elastyczności i zdolności szybkiego działania. Jeżeli tę przewagę ograniczymy, nie budując w zamian prostszego, bardziej przewidywalnego i przyjaznego systemu, to sami osłabimy własne firmy.

Zapłacą przedsiębiorcy, bo wzrosną koszty i ryzyko. Zapłacą klienci, bo usługi staną się droższe. Zapłacą pracownicy, bo część miejsc pracy albo form współpracy po prostu zniknie. Zapłaci też państwo, bo szara strefa nie znika od samego zaostrzenia przepisów. Ona często rośnie wtedy, gdy legalne działanie staje się zbyt skomplikowane, zbyt kosztowne albo zbyt nieprzewidywalne.

Nie chodzi więc o to, aby bronić patologii. Chodzi o to, aby nie mylić walki z patologiami z walką z elastycznością.

Państwo ma pełne prawo kontrolować rynek pracy. Ale powinno robić to w sposób, który odróżnia nadużycie od legalnego modelu biznesowego. Powinno chronić pracownika, ale nie traktować przedsiębiorcy z definicji jak podejrzanego. Powinno wzmacniać uczciwą konkurencję, ale nie tworzyć mechanizmów, które jednych obejmą natychmiast, a innych pozostawią poza kontrolą tylko dlatego, że nie pojawiła się skarga.

Uczciwy rynek pracy wymaga jasnych, powszechnych i przewidywalnych zasad. Przedsiębiorca musi wiedzieć nie tylko, jakie reguły obowiązują, ale również czy będą stosowane jednakowo wobec wszystkich uczestników rynku. Kontrola nie może zależeć od przypadku, skargi, presji politycznej czy indywidualnej interpretacji inspektora.

Polska gospodarka potrzebuje skutecznej ochrony pracowników, ale także realizmu i szacunku dla różnych modeli współpracy. Cel ustawy można uznać za słuszny. Kluczowe będzie jednak to, czy PIP będzie działała proporcjonalnie, jednolicie i ze zrozumieniem realiów gospodarczych.

Od praktyki stosowania tych przepisów zależy, czy uporządkują one rynek pracy, czy jedynie zwiększą niepewność przedsiębiorców. A tej niepewności polska gospodarka ma już dziś wystarczająco dużo.

Paweł Łossowski, prezes Ever Grupa

Wybrane dla Ciebie