"Aż odjęło mi mowę". Rafał Brzoska mówi, co usłyszał od prezydenta Francji
Podczas konferencji Impact'26 Łukasz Kijek, szef redakcji Money.pl, rozmawiał z Rafałem Brzoską, twórcą i prezesem InPostu. Tematem były m.in.: przyszłość polskiej gospodarki, bariery w relacjach biznesu z administracją państwową, a także plany globalnej ekspansji i wycofania spółki z giełdy.
Czy Polska może być za kilka lat w trójce najbardziej decydujących państw w Europie? - Myślę, że takie trzeba przyjąć założenie. Taki powinien być cel i na ten cel absolutnie wszyscy powinni pracować ponad podziałami - mówi w rozmowie z money.pl Rafał Brzoska, twórca i prezes InPostu.
- Albo możemy pracować więcej, bardziej wydajnie i innowacyjnie, żeby relacja długu do PKB nie była tak drastycznie zła, jak jest dzisiaj. Albo możemy robić to, co obecnie, czyli postępować nieco mniej ambitnie i zacząć zaciskać pasa. Ja należę do pierwszej grupy – uważam, że mamy wszelkie podstawy, by absolutnie być liderem gospodarczym, tak jak byliśmy nim przez ostatnie dobre trzydzieści lat. Trzeba sobie jednak powiedzieć wprost, że wymaga to dużo więcej ciężkiej pracy. Zróbmy to - ocenia.
"Takich słów nigdy nie usłyszałem z ust żadnego polityka w Polsce"
Ujawnia też, jak wyglądała jego rozmowa z prezydentem Francji Emmanuelem Macronem. - Prezydent Macron bardzo mnie zaskoczył. Najbardziej tym, że wchodząc do pokoju, w którym na niego czekałem, już na powitanie podziękował mi, że znalazłem czas, by na spotkanie z nim przylecieć do Gdańska. Aż odjęło mi mowę. Kilkanaście sekund później padło konkretne pytanie: "Usiądźmy i powiedz mi, jak mogę ci pomóc, żebyś robił więcej biznesu we Francji?". Takich słów nigdy nie usłyszałem z ust żadnego polityka w Polsce. Nie mówię tu tylko o własnym przypadku, ale nie słyszałem, by takie deklaracje padały w kierunku moich koleżanek czy kolegów ze świata biznesu. W Polsce biznes nieustająco znajduje się pod presją i pręgierzem, panuje przekonanie, że z przedsiębiorcami wręcz nie wolno się spotykać - twierdzi.
Muszę tu jednak absolutnie pochwalić klasę polityczną, rząd, premiera Tuska i wszystkich polityków wspierających deregulację. To jedyny projekt, który powierzono przedsiębiorcom jako pomysłodawcom - zaznacza. - Można zaklinać rzeczywistość i twierdzić, że nic nie dowieźliśmy w ramach deregulacji 1.0, ale przygotowaliśmy dwieście projektów, które bezpośrednio dotykają społeczeństwa. To na przykład prostsze pozwolenia na budowę, ułatwienia w procedurach medycznych i umawianiu się ze specjalistami, a za chwilę także prostszy wniosek o 800+ czy rejestracja samochodów online bez konieczności stania w kolejkach w urzędach - wylicza.
- Często uważamy to za coś naturalnego, ale to nie dzieje się samo z siebie. To efekt pracy sześciuset osób, które przez sto dni przygotowały ponad pięćset propozycji. Sto pięćdziesiąt z nich nadal ma szansę wejść w życie i będziemy głośno przypominać o umowie, że wszystkie uzgodnione punkty miały zostać dowiezione - podkreśla Brzoska.
Biznesmen tłumaczy też, brak wdrożenia której propozycji najbardziej go irytuje. - Kwestia odpowiedniego vacatio legis. Kiedy tylko mam okazję rozmawiać z ministrem finansów, przypominam, że to było obiecane, a przewidywalność zmian podatkowych to absolutny fundament zaufania do państwa - zaznacza przedsiębiorca. - Druga sprawa to łatwiejszy dostęp do sądów, zwłaszcza w sprawach gospodarczych. Złożyliśmy kilka konkretnych propozycji, które niestety utknęły w Ministerstwie Sprawiedliwości. Dzięki nim każdy podatnik i każda firma mieliby szansę rozstrzygać swoje spory znacznie szybciej, zamiast czekać na wyroki po trzy lub cztery lata - dodaje.
- Na szczęście zaszła już inna fundamentalna zmiana: domniemanie niewinności podatnika. Wcześniej to my musieliśmy udowadniać przed urzędami skarbowymi, że nie jesteśmy wielbłądem. Teraz te role się odwróciły. Prace nad deregulacją były momentem, w którym uwierzyłem, że coś się zmienia. Przydałoby się więcej takich inicjatyw i przede wszystkim brak wstydu w rozmowach z biznesem. Nie ma nic zdrożnego w zapytaniu o opinię kogoś, kto ma większe doświadczenie gospodarcze. Ostatecznie to politycy podejmują decyzje i nie uzurpuję sobie prawa do mówienia im, co dokładnie mają robić, ale niech przynajmniej pytają nas o zdanie - podkreśla.
Co dalej z rozwojem InPostu
- Już jesteśmy liderem w segmencie dostaw out of home w Wielkiej Brytanii oraz we Francji. Jesteśmy numerem jeden w Polsce, a numerem dwa we Włoszech i w Hiszpanii. Mam nadzieję, że koniec tego roku przyniesie nam pozycję lidera również na tych dwóch ostatnich rynkach - zapowiada.
Odnosi się też do obecnej struktury właścicielskiej InPostu i planów w tej materii na przyszłość. - Nasz debiut na giełdzie w Amsterdamie przypadł na moment, w którym rynek e-commerce po pandemii zdawał się rosnąć w nieskończoność. Wycena spółki była wtedy bardzo atrakcyjna dla funduszy sprzedających akcje. Podkreślam jednak: sam nie sprzedałem ani jednej akcji, wręcz przeciwnie – dokupowałem je. Weszliśmy na giełdę przy bardzo wysokiej wycenie, ale później cały globalny rynek e-commerce drastycznie się ostudził. Kurs akcji InPostu spadł do 4,80 euro, a rynek przestał wierzyć, że możemy dalej skutecznie zmieniać tę branżę - przypomina przedsiębiorca.
- Taka sytuacja trwała przez lata. Jeszcze 1 stycznia tego roku kurs wynosił 10 euro, mimo że w ciągu pięciu lat spółka urosła pięciokrotnie pod względem wolumenu, przychodów i zysków. Staliśmy się pięć razy więksi niż w dniu debiutu, a nasza kapitalizacja spadła o czterdzieści procent. Dla mnie jako założyciela sygnał był jasny: inwestorzy nie wierzą w tę firmę. Dlatego wspólnie z konsorcjum funduszy, z Adventem i FedEx, zdecydowaliśmy zaoferować akcjonariuszom premię i zaproponować cenę 15,60 euro za akcję. To blisko pięćdziesiąt procent premii wobec wyceny z 1 stycznia. Skoro giełda nie wierzyła w nas przez ostatnie pięć lat, niech inwestorzy zrealizują zyski z tej premii i przeniosą kapitał do spółek, w które wierzą - wyjaśnia.
- Ja w InPost wierzę, inwestuję w niego więcej i zwiększam swój stan posiadania. Jesteśmy pierwszą polską firmą, która trwale zmienia światowy e-commerce w zakresie dostaw i nie tylko. Naszą intencją jest doprowadzenie do momentu, w którym InPost będzie znowu firmą prywatną, nienotowaną na giełdzie - zapowiada.
Brzoska odpowiada też na pytanie, czy InPost to obecnie nadal polska firma. - Pytającym odpowiadam wprost: oceńcie sami. Założycielem firmy jest Polak, spółka powstała i była budowana w kraju, jej główna siedziba mieści się przy ulicy Pana Tadeusza 4 w Krakowie. Zatrudniamy w Polsce dziewięćdziesiąt procent naszej kadry, tutaj produkujemy maszyny, prowadzimy działy R&D (badania i rozwój - przyp. red.) i od lat płacimy rekordowe podatki. Nie transferujemy zysków do Amsterdamu czy Luksemburga. Nasz zarząd składa się w zdecydowanej większości z Polaków, połowę przychodów generujemy w kraju, a sam brand jest zarejestrowany w Polsce - wylicza.
- Twierdzenie, że nie jesteśmy polską firmą, to jak wmawianie Szwedom, że Spotify nie jest szwedzki, bo notuje się go na amerykańskim NASDAQ, a Daniel Ek ma w nim raptem 12 procent akcji. Idąc tym tropem, należałoby powiedzieć Elonowi Muskowi, że Tesla i SpaceX nie są amerykańskie, bo udziały w nich posiadają fundusze z całego świata. Podobnie wygląda struktura właścicielska Volvo czy Amazona, w którym Jeff Bezos ma około jedenastu procent akcji, a reszta należy do globalnych funduszy. Tak po prostu funkcjonuje wolny rynek. Jeśli znajdzie się w Polsce przedsiębiorca gotowy odpowiedzieć na wezwanie i wyłożyć osiem miliardów euro, by wspólnie ze mną budować InPost wyłącznie w oparciu o krajowy kapitał, serdecznie zapraszam. Prawda jest jednak taka, że nie dysponujemy dziś w kraju kapitałem pozwalającym na rozwój bez wsparcia z zewnątrz. Nie ma w tym nic złego, robią tak wszyscy na całym świecie - tłumaczy.
- Jestem w pełni zdeterminowany na kolejne długie lata ciężkiej pracy, aby marka wywodząca się z Polski – marka, którą ludzie obserwują dziś w Barcelonie, Wenecji czy Manchesterze – jak najdłużej pozostawała pod moimi sterami - podkreśla.