"Handelsblatt" opiera swoje ustalenia na informacjach przekazanych przez dwie dobrze poinformowane osoby ze świata biznesu. Dokładne plany dotyczące wyniesienia satelitów są na razie tajne, a projekty wciąż w fazie przygotowań.
Wysokiej rangi przedstawiciel Bundeswehry powiedział gazecie, że ich dokładna liczba zależy od struktury i budowy planowanych konstelacji satelitów, które armia omawia obecnie z potencjalnymi dostawcami i może się jeszcze zmienić. Plan zakłada co najmniej tysiąc lub nawet 1,2 tysiąca satelitów, które Bundeswehra może umieścić w kosmosie.
Armie NATO biją się o polski produkt. Wycena 44 miliardów złotych
Jeśli te liczby się zmaterializują, Bundeswehra miałaby drugą co do wielkości konstelację na świecie, po amerykańskim Starlinku firmy SpaceX - zauważa gazeta. I dodaje, że nawet jeśli w kolejnych latach powstaną nowe konstelacje budowane przez Chiny czy koncerny technologiczne, takie jak Amazon, Niemcy prawdopodobnie i tak znalazłyby się w pierwszej piątce pod względem liczby aktywnych satelitów.
Ulrich Walter, były astronauta i były profesor techniki lotów kosmicznych na Uniwersytecie Technicznym w Monachium, powiedział "Handelsblattowi", że największa część satelitów ma być potrzebna dla jednego z najnowocześniejszych systemów rozpoznania "Spock 2", wyposażonego w radar i specjalne kamery, który ma dostarczać wojsku precyzyjny obraz pola walki. Według szacunków system wymagałby użycia około tysiąca satelitów.
"Handelsblatt" podaje, że o projekt ubiegają się konsorcja: Airbus, Rohde & Schwarz, niemiecki koncern Rheinmetall wraz z fińsko-polską firmą od satelitów radarowych Iceye, a także bremeńska firma kosmiczna OHB wraz z monachijskim dostawcą oprogramowania i uzbrojenia Helsing i norweskim koncernem zbrojeniowym Kongsberg. Przedstawiciele przemysłu spodziewają się podpisania umowy za około dwa lata. Pierwsze satelity mogłyby wówczas zostać wyniesione w kosmos najwcześniej za trzy lata.
Coraz więcej krajów chce mieć swojego Starlinka
W ubiegłym tygodniu również południowokoreańska agencja kosmiczna KASA zapowiedziała budowę do 2035 r. krajowego odpowiednika systemu Starlink. Sieć setek satelitów umieszczonych na niskiej orbicie okołoziemskiej ma wesprzeć infrastrukturę 6G i gwarantować Korei Południowej "suwerenność telekomunikacyjną". - Wiodące państwa czynią usilne starania, by budować sieci satelitarne na niskiej orbicie, stanowiące kluczową infrastrukturę dla bezpieczeństwa narodowego - powiedział w ubiegły piątek szef KASA Oh Te Sok.
Tym samym Korea Południowa stara się dołączyć do elitarnego grona państw realizujących misje księżycowe, do którego należą obecnie: Stany Zjednoczone, Rosja, Chiny, Indie oraz Japonia.
Z kolei w maju Olivier Roussat, prezes francuskiej grupy Bouygues, ocenił w rozmowie z CNBC, że Europa zbyt mocno opiera się na amerykańskiej infrastrukturze. Wskazał zwłaszcza na sektor satelitarny i sztuczną inteligencję, podkreślając, że kontynent potrzebuje własnych rozwiązań, by utrzymać technologiczną suwerenność.
- Europa nie zdaje sobie do końca sprawy, jak niebezpieczne jest poleganie jedynie na amerykańskiej infrastrukturze - stwierdził. - Nie ma pewności, że naprawdę potrzebujemy Starlinka albo podobnego rozwiązania. Europa potrzebuje czegoś, co da jej trochę suwerenności - dodał.
"Niekontrolowany eksperyment geoinżynieryjny"
Jak podał w maju zespół badaczy z University College London (UCL) w Wielkiej Brytanii, wynoszenie na orbitę megakonstelacji satelitów powoduje silne zanieczyszczenie górnych warstw atmosfery. To niekontrolowany eksperyment geoinżynieryjny - ostrzegli.
Zespół przeanalizował zanieczyszczenie emitowane przez rakiety wynoszące satelity, a także spadające szczątki rakiet i zużytych satelitów. Wnioski? Widać wyraźne zagrożenie dla środowiska - informują naukowcy. I zwracają uwagę na generowany przez te źródła czarny węgiel (składnik sadzy), który utrzymuje się w górnej atmosferze dużo dłużej, niż jego odpowiednik pochodzący ze źródeł na powierzchni Ziemi. W efekcie oddziałuje on na klimat aż 500 razy silniej.