Najnowszy wariant pocisku przechwytującego do systemu Patriot, PAC-3 MSE, ma być produkowany na dużo większą skalę po porozumieniu Pentagonu z koncernem Lockheed Martin. Celem jest podniesienie mocy wytwórczych do ok. 2 tys. sztuk rocznie, ale producent ma zakładać, że osiągnie ten poziom dopiero pod koniec 2030 r.
W tle pozostaje presja na zapasy. Amerykańsko-izraelska wojna z Iranem obciąża zasoby pocisków Patriot, które i tak były już nadwyrężone przez zaangażowanie amerykańskiej armii w ostatnich dwóch latach oraz dalsze walki w Ukrainie, doświadczającej ponad czterech lat rosyjskich ataków. Jednocześnie zamówienia na przechwytujące pociski od sojuszników USA mają być rekordowo wysokie.
Odbudowa zapasów do poziomu sprzed wojny z Iranem może potrwać co najmniej trzy lata. Tak wynika z analizy Center for Strategic and International Studies (CSIS), o której pisze "The Wall Street Journal". Według tych samych doniesień potrzeba też większych środków, niż Kongres przeznaczył na amunicję.
Pociski do Patriotów trafiły do Ukrainy? Generał: to nie rozbrajanie
Na nowe pociski Patriot trzeba czekać latami
Lockheed Martin ma mierzyć się z szeregiem barier, które utrudniają szybkie zwiększenie produkcji: od wąskich gardeł w dostępie do komponentów po napiętą sytuację na lokalnym rynku pracy. - Firma współpracuje z rządem i dostawcami, aby "eliminować wąskie gardła i skracać terminy realizacji, gdzie tylko to możliwe, przy jednoczesnym utrzymaniu rygorystycznych standardów wydajności i bezpieczeństwa" - przekazała rzeczniczka Lockheed Martin.
Zależności w łańcuchu dostaw są rozbudowane. Lockheed Martin korzysta z części dostarczanych przez ponad 400 firm. Dodatkowo, według danych przywoływanych za firmą Govini, ponad 80 proc. podmiotów na tzw. drugim poziomie (dostawcy dostawców dla PAC-3) zaopatruje więcej niż jeden program rakietowy. To ma utrudniać zwiększanie produkcji jednego typu pocisku bez ryzyka zakłóceń przy innych, poszukiwanych systemach.
Wąskie gardło w fabryce Boeinga
Zwrócono też uwagę na problem z niektórymi elementami elektroniki. Część układów w przechwytujących pociskach ma być uznawana za komercyjnie przestarzałą, co zmusza USA do opierania się na droższym sprzęcie od zagranicznych dostawców. Wskazano również, że "seeker" w nosie pocisku, czyli kluczowy element umożliwiający naprowadzenie na nadlatujące rakiety i samoloty, pochodzi z jednej fabryki Boeinga.
Boeing deklaruje przyspieszenie wytwarzania tego komponentu dzięki dodaniu robotyki oraz pozyskaniu nowych dostawców części, takich jak karty obwodów. Z kolei L3Harris ma planować zwiększenie możliwości produkcyjnych silników rakietowych poprzez włączanie kolejnych wytwórców do swojego łańcucha dostaw. - Potrzebujesz, żeby cały ekosystem się zgrał - mówił szef L3Harris Chris Kubasik na niedawnej konferencji dla inwestorów. - Jeśli poczwórzymy produkcję pocisku, musimy poczwórzyć obudowy. Musimy poczwórzyć zapłonniki, zawory, przepustnice. To świetna okazja - dodał.
Źródło: "The Wall Street Journal"