Publiczna debata o minimalnym wieku emerytalnym rozgorzała w Polsce na nowo za sprawą Katarzyny Pełczyńskiej-Nałęcz. Ministra funduszy i polityki regionalnej w jednym z lipcowych wydań programu "Tłit" Wirtualnej Polski powiedziała, że należy skończyć ze zróżnicowaniem tego wieku ze względu na płeć. Obecnie mężczyźni nabywają uprawnienia emerytalne w wieku 65 lat, kobiety zaś w wieku 60 lat.
Liderka Polski 2050 podjęła ten temat nie po raz pierwszy, ale tym razem przedstawiła nową propozycję zrównania minimalnego wieku emerytalnego kobiet i mężczyzn. Według niej tylko kobiety bezdzietne powinny pracować równie długo co mężczyźni (nie jest jednak jasne, czy do 65. roku życia, bo zapytana o konkrety Pełczyńska-Nałęcz powiedziała, że wiek emerytalny kobiet i mężczyzn "powinien się gdzieś spotkać"), natomiast matki mogłyby zachować prawo do wcześniejszej emerytury.
U źródeł tego pomysłu leży założenie, że niższy wiek emerytalny kobiet stanowił swego rodzaju rekompensatę za ich nieodpłatną pracę w domu, zwłaszcza związaną z rodzicielstwem. Skoro rośnie odsetek kobiet bezdzietnych, a w rodzinach z dziećmi podział obowiązków między ojcami i matkami stopniowo się wyrównuje, ten argument na rzecz zróżnicowania wieku emerytalnego traci aktualność.
WIDEOPolacy żyją coraz biedniej? Szczere reakcje mieszkańców Podlasia
System emerytalny nie nadąża za realiami
Na to, że parametry naszego systemu emerytalnego coraz słabiej przystają do uwarunkowań demograficznych i społecznych, zwróciła też uwagę w niedawnej wypowiedzi na antenie Radia Zet Anna Maria Żukowska, szefowa klubu parlamentarnego Lewicy. Według niej minimalny wiek emerytalny kobiet i mężczyzn należałoby zrównać, podwyższając go dla jednej płci, a obniżając dla drugiej.
Politycy Lewicy są jednak w tej kwestii podzieleni. Ministra rodziny, pracy i polityki społecznej Agnieszka Dziemianowicz-Bąk pomysł Pełczyńskiej-Nałęcz uznała za skandaliczny i okrutny. I oświadczyła, że dopóki Lewica współtworzy rząd, dopóty podwyżek minimalnego wieku emerytalnego nie będzie. Jedyną zmianą w tym obszarze, którą szefowa MRPiPS mogłaby poprzeć, byłoby zrównanie wieku emerytalnego kobiet i mężczyzn w dół, na poziomie 60 lat.
W podobnym tonie wypowiedziała się ministra ds. równości Katarzyna Kotula. Według niej podział nieodpłatnej pracy w domu pomiędzy mężczyznami i kobietami nie zrównał się jeszcze na tyle, aby można było myśleć o wyrównywaniu minimalnego wieku emerytalnego. - Tu nie chodzi o codzienne obowiązki domowe, lecz o systemowy problem nieodpłatnej pracy opiekuńczej, którą w Polsce wykonują głównie kobiety - tłumaczyła w rozmowie z WP ministra Kotula.
Zwolennikom tezy, że niższy wiek emerytalny kobiet to rozwiązanie sprawiedliwe, niwelujące "systemowe nierówności", zdaje się umykać to, że w polskim systemie emerytalnym wbudowany jest mechanizm premiujący kobiety kosztem mężczyzn. I działałby on nawet po zrównaniu minimalnego wieku emerytalnego.
Mężczyźni dopłacają do świadczeń kobiet
Do ustalenia wysokości świadczenia emerytalnego ZUS stosuje prosty algorytm. Dzieli zgromadzony przez ubezpieczonego kapitał (zwaloryzowaną sumę wpłaconych składek oraz - w przypadku osób, które pracowały przed reformą emerytalną z 1999 r. - tzw. kapitał początkowy) przez oczekiwaną długość życia na emeryturze. Każdy kolejny rok pracy podwyższa więc świadczenie w dwójnasób: zwiększa licznik (kapitał) i obniża mianownik (dalsze trwanie życia).
Ten algorytm jest ślepy na fakt, że kobiety żyją średnio rzecz biorąc sporo dłużej niż mężczyźni. Dla wszystkich ubezpieczonych, bez względu na płeć, emerytura obliczana jest na podstawie tej samej tablicy średniego dalszego trwania życia, bazującej na aktualnych statystykach umieralności. To sprawia, że kapitał zgromadzony przez mężczyzn dzieli się na większą liczbę lat niż przeciętnie mają szansę przeżyć po przejściu na emeryturę, a kapitał zgromadzony przez kobiety - na mniejszą liczbę lat.
Nie jest to różnica kosmetyczna. Według danych Eurostatu w 2024 r. 65-letni mieszkaniec Polski mógł oczekiwać jeszcze 18,5 roku (222 miesięcy) życia. Obowiązująca tablica ZUS wskazuje, że obecnie - tuż po ukończeniu 65. roku życia - dalsze średnie trwanie życia mężczyzn i kobiet nad Wisłą jest bliższe 223 miesiącom. Za tą średnią kryją się jednak duże rozbieżności. 65-letnia Polka może liczyć na to, że przeżyje jeszcze 20,3 roku (niemal 244 miesiące), podczas gdy jej rówieśnik ma przed sobą przeciętnie o cztery lata życia mniej.
Pod względem różnicy w oczekiwanej długości życia kobiet i mężczyzn Polska od lat jest w unijnej czołówce. W całej populacji UE wynosi ona 3,4 roku. Wyraźnie większa niż nad Wisłą (nawet 5 lat) jest ona tylko w trzech krajach bałtyckich, a podobna (3,9-4,1 roku) jeszcze w Bułgarii, Rumunii, na Węgrzech i w Hiszpanii. Co więcej, w Polsce – inaczej niż w całej UE - zróżnicowanie długości życia ze względu na płeć nie maleje. W pierwszych latach tego stulecia było niemal dokładnie takie samo jak dziś.
Jakie ma to przełożenie na wysokość świadczeń emerytalnych? Przyjmijmy hipotetyczny scenariusz, w którym 65-letni mieszkaniec Polski przechodzi na emeryturę w 2050 r., a ZUS stosuje nadal dzisiejsze tablice dalszego trwania życia. Na ich podstawie ustala świadczenie ubezpieczonego - niezależnie od płci - na 10 000 zł brutto miesięcznie (co odpowiadałoby 5760 zł przy dzisiejszych cenach w gospodarce). Opóźnienie zakończenia kariery zawodowej o rok podwyższałoby nominalną wysokość emerytury o mniej więcej 10,5 proc. (a realną o niespełna 8 proc.).
Gdyby jednak ZUS stosował tablice dalszego trwania życia z podziałem na płeć ubezpieczonych, a inne założenia naszego hipotetycznego scenariusza - np. dotyczące zgromadzonego kapitału emerytalnego - pozostałyby bez zmian, to 65-letnia kobieta otrzymałaby świadczenie na poziomie niespełna 9060 zł, a 65-letni mężczyzna na poziomie 11 190 zł. Te różnice są niemal dokładnie takie same jak te z tytułu przesunięcia o rok momentu przejścia na emeryturę. To zaś oznacza, że gdyby kobieta chciała otrzymać takie samo świadczenie jak mężczyzna, musiałaby pracować o dwa lata dłużej.
To matematyka, nie etyka
Istnieją oczywiście dobre argumenty, aby ZUS nie stosował tablic dalszego trwania życia z uwzględnieniem różnic między płciami. Tak samo postępują instytucje zarządzające systemami emerytalnymi w zdecydowanej większości państw Organizacji ds. Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD) - wyjątkiem jest Chile, które w związku z tym wprowadziło dodatek dla kobiet, wyrównujący ich świadczenia. Jeśli chodzi o UE, to w 2011 r. Europejski Trybunał Sprawiedliwości orzekł, że korzystanie z odrębnych tablic śmiertelności dla mężczyzn i kobiet przez ubezpieczycieli przy wyliczaniu wszelkich annuitetów (rent dożywotnich) byłoby naruszeniem zasady równości płci. Świadczenia dwojga ubezpieczonych, którzy nie różnią się niczym poza płcią, byłyby bowiem różne.
Równe annuitety - w tym równe emerytury - przekładają się na nierówne sumy wypłat, na które przeciętnie liczyć mogą kobiety i mężczyźni. Zostawmy na boku etyczne rozważania, czy jest to sprawiedliwe. Jest to po prostu matematyczny fakt. Co więcej, w Polsce - ze względu na dużą różnicę w długości życia kobiet i mężczyzn - skala tej nierówności jest ponadprzeciętna. To, że kobiety mogą przechodzić na emeryturę znacząco wcześniej niż mężczyźni, jeszcze ją uwypukla.
Widać to dobrze w danych OECD dotyczących zróżnicowania faktycznych, obecnie wypłacanych emerytur. W Polsce w 2024 r. przeciętna emerytura kobiet po 65. roku życia jest o 14,5 proc. niższa od przeciętnej emerytury mężczyzn po 65. roku życia. W nielicznych państwach tej organizacji ta różnica - tzw. luka emerytalna - jest jeszcze mniejsza. Średnio wynosi niemal 23 proc., a w skrajnych przypadkach przekracza 35 proc.
Jednocześnie Polska jest jednym z nielicznych państw tej organizacji, w których minimalny wiek emerytalny jest zróżnicowany ze względu na płeć. W większości jest równy, a tam, gdzie jest inaczej, kobiety zwykle nabywają uprawnienia emerytalne później niż nad Wisłą (wyjątkami są Turcja i Kolumbia). Jak już wspomnieliśmy, odsunięcie w czasie momentu przejścia na emeryturę o rok podwyższa świadczenie o około 10,5 proc. (przy innych warunkach niezmienionych).
To oznacza, że 65-letnia Polka, która jest na emeryturze od 60. roku życia, powinna otrzymywać świadczenie o około 40 proc. niższe niż 65-letni Polak, który również zakończył karierę zawodową w pierwszym możliwym momencie. I to bez uwzględnienia różnic w poziomie dochodów w okresie aktywności zawodowej.
Renty rodzinne i wdowie wyrównują świadczenia
Dlaczego w praktyce dochody polskich emerytek nie są tak wyraźnie niższe niż dochody emerytów? Jednym z powodów jest to, że rzeczywisty (efektywny) wiek kończenia aktywności zawodowej nie jest aż tak zróżnicowany jak minimalny wiek emerytalny. Według OECD mężczyźni nad Wisłą w 2024 r. wycofywali się z rynku pracy w wieku 63,7 roku (co nie oznacza, że otrzymywali od razu świadczenie emerytalne), kobiety zaś w wieku 61,4 roku. To częściowo niweluje różnice w zakumulowanym kapitale emerytalnym mężczyzn i kobiet.
Po drugie, w Polsce powszechne jest wykorzystanie rent rodzinnych i (od 2025 r.) wdowich, co oznacza, że kobiety otrzymują często świadczenia zbliżone do tych, które mieli ich zmarli mężowie. Takie uprawnienia również można uznać za rekompensatę dla kobiet za to, że w okresie aktywności zawodowej uzyskiwały niższe dochody, m.in. za sprawą większego obłożenia nieodpłatną pracą w domu.
I z jakiegoś powodu nie słychać głosów, że jest to rozwiązanie "okrutne", bo różnicuje uprawnienia emerytalne kobiet w zależności od ich życiowych wyborów i możliwości - tak samo, jak propozycja Katarzyny Pełczyńskiej-Nałęcz, aby uzależnić wiek emerytalny kobiet od tego, czy mają dzieci.
Trzecią przyczyną tego, że zróżnicowanie emerytur ze względu na płeć jest w Polsce niewielkie, jest właśnie duża różnica w długości życia kobiet i mężczyzn. Im ta różnica jest większa, tym większa jest bowiem korzyść emerytek z tego, że ich świadczenia są ustalane na podstawie uśrednionych tablic trwania życia. Dlatego, jak pokazuje wykres powyżej, w krajach OECD widać wyraźną negatywną zależność pomiędzy dysproporcjami w długości życia a luką emerytalną.
Zasada obliczania emerytur na podstawie tej samej dla obu płci tabeli średniego dalszego trwania życia jest cechą polskiego systemu emerytalnego, którą można uznać za wyrytą w kamieniu. To zaś oznacza, że dopóki mężczyźni żyją istotnie krócej niż kobiety, dopóty trudno będzie uzasadnić potrzebę przyznawania kobietom dodatkowych emerytalnych przywilejów, takich jak niższy minimalny wiek emerytalny.