A(I)pokalipsa na rynku. Co tak naprawdę kryje się za kurtyną strachu? [OPINIA]
Kolejne narzędzia AI powodują spadki kursów giełdowych spółek. Ostatnio dotknęło to nawet giganta - IBM - który zaliczył historyczny krach. Firma założyciela Twittera, Jacka Dorseya, ogłosiła zwolnienie ponad 4 tys. osób z powodu rozwoju AI. Gdy jednak zajrzy się za kurtynę strachu i spojrzy na niuanse, przyszłość nie jest tak jednoznacznie mroczna.
IBM to kolejna giełdowa "ofiara" produktów, które pokazuje światu firma Anthropic - twórca modelu językowego Claude. Akcje giganta spadały o ponad 13 proc. w poniedziałek 23 lutego po tym, jak Anthropic opisało, że ich Claude Code - AI-owy model do programowania - może automatyzować, analizować i upraszczać COBOL. Jest to język programowania używany przez IBM w wielkoskalowych systemach do rozliczania i przetwarzania transakcji.
AI uderzyło w biznes IBM. Ale diabeł tkwi w szczegółach
COBOL swoje korzenie ma jeszcze w latach 50. XX wieku i obecnie ok. 95 proc. bankomatów w USA działa właśnie na nim. Anthropic w informacji na ten temat wyjaśniło, iż codziennie setki miliardów linijek kodu COBOL-a zasilają finanse, linie lotnicze i instytucje rządowe. Jednocześnie coraz mniej jest osób, które ten język rozumieją i potrafią naprawiać w nim błędy. Tymczasem Claude Code ma od teraz pomagać w modernizowaniu baz danych COBOL i identyfikować ryzyka, których znalezienie "zajęłoby człowiekowi miesiące".
Zrozumienie kodu, a tym bardziej modernizowanie go, było więc szalenie kosztowne dla firm. I na tym, między innymi, wielkie pieniądze zarabiał IBM: dostarczał usługi związane z tymi systemami. Anthropic twierdzi, że ten problem rozwiązuje. Rynek zareagował natychmiast: akcje IBM spadły o 13 proc. Inwestorzy uznali, że firmy z biegiem lat będą mogły przestać kupować te usługi od IBM i same będą w stanie - za pomocą Claude - modernizować systemy stworzone na COBOL.
Poszedł po miliony w USA. Oto co usłyszał o Polakach
Czy to oznacza, że cały COBOL-owy biznes IBM jest skończony? Bynajmniej. Po panicznej reakcji rynku zaczęły bowiem pojawiać się głosy wyjaśniające niuanse całej sytuacji. Jak wskazał inżynier John Crickett, IBM ma już AI-owe narzędzie, które służy do szybkiego modernizowania swoich systemów postawionych na COBOL, przy jednoczesnym zachowaniu niskiego ryzyka.
Najszybciej nie oznacza najbardziej stabilnie
I to ten ostatni aspekt, jak podkreśla Crickett, jest kluczowy dla klientów IBM. - Oni nie kupują najnowszego ani najlepszego. Kupują to z najniższym ryzykiem - wskazuje. Korzystanie z usług IBM jest gwarantem stabilności tych systemów, podczas gdy samodzielne próby modernizacji przy pomocy Claude mogłyby skończyć się różnie. Banki czy linie lotnicze tego ryzyka raczej nie podejmą, bo ich biznes opiera się w dużej mierze na stabilności i zaufaniu.
Analitycy w rozmowie z VentureBeat wskazują też, że jakość pracy dużych modeli językowych, jak Claude, jest aktualnie zbyt niepewna, by modernizować za ich pomocą np. systemy bankowe. A instytucje finansowe potrzebują pewności. Czy więc Claude może mieć konkurencyjną wobec IBM usługę związaną z COBOL? W teorii tak. Pytanie jednak czy będzie faktycznie szybszy, bardziej efektywny i przede wszystkim stabilny oraz wiarygodny. Dzisiaj odpowiedzi nie znamy, ale klienci IBM musieliby zacząć na większą skalę korzystać z Claude, abyśmy się tego dowiedzieli. Obecnie nic na to nie wskazuje.
Zresztą, jak dodają analitycy w rozmowie z serwisem VentureBeat, "problem", który ma rozwiązywać Claude, od lat już jest zaadresowany też przez inne firmy - m.in. Google czy Amazona. Obaj giganci oferują bowiem migracje z serwerów COBOL-owych do chmury. Ale i z tą konkurencją IBM sobie radzi. - Aplikacje nie działają na mainframe’ach (serwerach zaprojektowanych do przetwarzania ogromnych ilości danych w czasie rzeczywistym - przyp. red.), bo są one napisane w COBOL. Działają na nich, bo mainframe’y dostarczają odpowiedni poziom pewności, skalowalności i niezawodności, których inne serwery nie dają - wyjaśnia Steve McDowell, szef analiz w NAND Research.
W przeciwieństwie do inwestorów, w przypadku których można mówić o panicznej reakcji na kursie IBM, sam gigant nie zareagował w żaden istotny sposób na te doniesienia. Choć na pewno przygląda się rosnącej konkurencji i możliwym skutkom. Jak wyjaśniał szef komunikacji IBM Steven Tomasco dla VentureBeat, "tłumaczenie COBOL to łatwa część tego biznesu".
Wielkie pieniądze, wielkie emocje
Sytuacja IBM pokazuje więc, że reakcje rynkowe niekoniecznie trafnie oceniają potencjał AI do zastępowania kolejnych biznesów. Na koniec trzeba też pamiętać, że rynek rządzi się swoimi prawami i emocjami.
Wcześniej produkty wypuszczone na rynek przez Anthropic powodowały spadki w innych branżach, m.in. cyberbezpieczeństwa. Po prezentacji narzędzia w Claude, analizującego oprogramowanie pod kątem luk bezpieczeństwa, spadały akcje choćby:
- CrowdStrike (-15 proc.),
- Okta (-12 proc.),
- Zscaler (-11 proc.),
- a także cały ETF iShares Cybersecurity and Tech (-6 proc.).
Jeszcze wcześniej rynkowa rzeź odbyła się po pokazaniu nowych funkcji w Claude Cowork AI, czyli agenta pozwalającego pracować na współdzielonych plikach. Na skutek tego akcje Intuit spadały o 35 proc., a Atlassian o 35 proc. Traciły też mniejsze firmy SaaS (software as a service, ang. oprogramowanie jako usługa - przyp. red.), m.in. HubSpot, LegalZoom, AppLovin czy Varonis Systems. Potem jednak następowało odbicie ich kursów.
Czy to oznacza, że wszystkie te spółki czeka rychła śmierć? Niekoniecznie. W felietonie dla money.pl trafnie opisywał to Jarosław Królewski, twórca i prezes Synerise. Jak podkreślał, sztuczna inteligencja uderzy przede wszystkim w te firmy, które rozwijały się za pomocą sprzedaży i marketingu, a nie technologii.
Jak łatwo jest zastąpić Bloomberga?
Nie zawsze też inwestorzy i szerzej rynek, a nawet liczni pseudoeksperci od technologii czy AI, rozumieją niuanse w usługach, modelach biznesowych czy wartości dostarczanej przez konkretne firmy. A to właśnie one często decydują, na ile jakiś produkt czy usługa może zostać zastąpiona przez sztuczną inteligencję.
W miniony czwartek na platformie X głośno było o tym, że ktoś za pomocą Claude'a stworzył kopię "terminalu Bloomberga" - najpotężniejszego na świecie narzędzia analitycznego, zbierającego dane makroekonomiczne, giełdowe i newsy z niemal wszystkich dostępnych źródeł prywatnych i publicznych.
Szybko jednak osoby ze środowiska finansowego wskazały, że największą wartością posiadania terminalu Bloomberga nie jest sam dostęp do danych czy analityka, ale… chat. Na nim bowiem dostępni są wszyscy użytkownicy terminalu, a więc analitycy, menedżerowie, inwestorzy, zarządzający bankami czy funduszami inwestycyjnymi z całego świata. Wymieniają się tam informacjami, obserwacjami, doświadczeniami. I są na wyciągnięcie ręki. Takiej wartości nie da się ot, tak zreplikować przez AI.
Twórca Twittera jednym wpisem zwolnił 4 tys. osób
Niewątpliwie jednak ofiary AI-owej rewolucji będą się pojawiać - i pewnie szybciej dotknie ona pracowników niż całe firmy. W miniony czwartek twórca Twittera, obecnie CEO firmy Block, Jack Dorsey, ogłosił, że zwolni ponad 4 tys. osób. Jak podkreślił, jest "to jedna z najtrudniejszych decyzji w historii firmy". Ściął zatrudnienie z 10 tys. do nieco poniżej 6 tys. osób.
Dorsey tłumaczył, że Block nie zwalnia, bo ma kłopoty. Według niego biznes jest silny, liczba klientów rośnie, a wraz z nią rentowność.
Coś jednak się zmieniło. Widzimy już, że narzędzia AI, które tworzymy i których używamy, połączone z mniejszymi i bardziej płaskimi zespołami, pracują w zupełnie nowy sposób, który fundamentalnie zmienia to, jak zarządza się firmą. I to przyspiesza gwałtownie - wyjaśnił miliarder.
Dodał, że mógł zwalniać stopniowo, miesiąc po miesiącu, albo naraz. Wybrał to drugie rozwiązanie, bo ciągłe odejścia są destrukcyjne dla morale i skupienia.
Dorsey zwrócił się przy tym także do pracowników, którzy zostają w firmie. - Zbudujemy tę firmę z inteligencją (AI) jako rdzeniem wszystkiego, co robimy. Jak pracujemy, tworzymy, służymy naszym klientom. Nasi klienci także odczują tę zmianę i pomożemy im w niej nawigować - stwierdził.
Decyzja CEO Blocka odbiła się szerokim echem w świecie biznesu z kilku powodów. Jest to jedno z pierwszych tak jasno określonych masowych zwolnień związanych z AI. Zostało też przeprowadzone w dosyć bezceremonialny sposób, bo pracownicy dowiedzieli się o zwolnieniach z... wpisu Dorseya na X. Czy tak powinno się ogłaszać rozstanie z 4 tys. osób, to już temat na osobną dyskusję. Jedno pozostaje faktem: Dorsey bez żadnych ceregieli, szybkim cięciem dokonał amputacji twierdząc, że sztuczna inteligencja skutecznie zastąpi odciętą kończynę.
Reakcja rynku była entuzjastyczna. Akcje Block podskoczyły o 24 proc. I podobnie jak w przypadku IBM, mogła to być reakcja przesadzona. Nie można bowiem wykluczyć, że dla Dorseya AI to tylko pretekst do redukcji przerośniętego zatrudnienia. Analitycy szybko bowiem przypomnieli, że Block w ciągu trzech lat (2019-2022) potroił liczbę pracowników z 3,9 tys. do ponad 12 tys. Dorsey odniósł się do tych danych i przyznał wprost, że Block dokonał nadmiernego zatrudnienia w czasie pandemii z powodu "nieprawidłowego" budowania dwóch struktur firmowych zamiast jednej. Przedsiębiorca uważa ponadto, że zostało to "skorygowane" w połowie 2024 r., kiedy zwolniono około tysiąca osób.
Dorsey wyjaśnił, że obecnie firma celuje w 2 mln dol. zysku brutto na osobę, tj. chce czterokrotnie zwiększyć efektywność w stosunku do stanu sprzed pandemii (ok. 500 tys. dol. na osobę). Z drugiej zaś strony, Dorsey już wcześniej dokonywał masowych zwolnień po tym, jak okazywało się, że jego firmy cierpią na przerost zatrudnienia.
Czarny scenariusz dla 2028 r.
Niezależnie jednak, czy Block dokonał dalszej "korekty" zatrudnienia, czy też faktycznie uważa AI za zbawienne dla efektywności, jedno jest pewne: pracownicy mogą czuć się - i jak widać, jest to obawa w pewnym stopniu uzasadniona - zagrożeni.
Czy jednak czeka nas A(I)pokalipsa?
Tak twierdzi firma badawcza Citrini Research, która stworzyła scenariusz dla lat 2026-2028 dotyczący gospodarki i zatrudnienia w USA związany z upowszechnianiem AI. Analiza opisuje perspektywę z 2028 r., analizującą wstecz to, co się stało. Był to jeden najgorętszych tematów dyskusji w biznesie na całym świecie, z prostego powodu: wieszczy masową utratę pracy przez "białe kołnierzyki" w Stanach na rzecz AI.
Citrini w swoim scenariuszu założyło 10,2 proc. stopy bezrobocia w 2028 r. w USA, podczas gdy obecnie (luty 2026) wynosi ono 4,3 proc. Ostatni raz takie poziomy Stany notowały na początku pandemii. W kwietniu 2020 padło rekordowe 14,7 proc., co było nie tylko najwyższym poziomem w historii publikacji tych danych (od 1948 r.), ale też największym jednomiesięcznym skokiem. Wówczas jednak wskaźnik ten relatywnie szybko spadał - już w sierpniu 2020 wynosił 8,4 proc. Od września 2021 stopa bezrobocia w USA utrzymuje się zaś na poziomie poniżej 5 proc. w ujęciu miesięcznym.
Przed pandemią ostatni raz wynik rzędu 10 proc. bezrobocia padł w październiku 2009 r., czyli w okresie kryzysu finansowego. Był to jednorazowy przypadek, ale wówczas bezrobocie cały czas - aż do 2016 r. - utrzymywało się na poziomie ponad 5 proc. Citrini w swoim scenariuszu prognozuje więc wpływ AI na rynek pracy o rażeniu porównywalnym do kryzysu finansowego, choć w oczywisty sposób okoliczności makroekonomiczne i społeczne tych sytuacji byłyby zupełnie różne.
Jak AI może wpłynąć na rynek pracy. Scenariusz Citrini Research
Oczywiście, w scenariuszu Citrini stopa bezrobocia nie wynikałaby tylko bezpośrednio z zastąpienia pracowników przez AI, ale też z efektów pośrednich. Tak Citrini opisuje transformację gospodarki, która mogłaby nastąpić w latach 2026-2028:
Powinno być jasne cały czas, że jeden klaster obsługujący procesory GPU w Północnej Dakocie, generujący wydajność poprzednio przypisaną do 10 tys. białych kołnierzyków z Manhattanu, jest bardziej gospodarczą pandemią niż panaceum. Przepływ pieniędzy się wypłaszczył. Skupiona na człowieku gospodarka konsumpcyjna, generująca wówczas 70 proc. PKB, zwiędła. Mogliśmy zorientować się w tym wcześniej niż później, gdybyśmy zadali sobie pytanie ile pieniędzy maszyny wydają na uznaniowe dobra konsumpcyjne (czyli dobra nie będące niezbędne do życia). Podpowiedź: zero.*
"Możliwości AI się polepszyły, firmy potrzebowały mniej ludzi, liczba zwolnień białych kołnierzyków rosła, osoby tracące pracę wydawały mniej, presja marżowa popchnęła firmy do większych inwestycji w AI, możliwości AI się polepszyły… To była pętla negatywnego sprzężenia zwrotnego bez naturalnego hamulca" - opisuje w swoim scenariuszu Citrini.
Citrini w tej spekulacji podkreśla, że firmy tworzące oprogramowanie - jak opisane wcześniej - to był dopiero początek. Rewolucja AI w ich scenariuszu dotyka praktycznie wszystkie biznesy z białymi kołnierzykami, a dobrze trzymają się zawody "błękitnych kołnierzyków" (prace fizyczne). Problem zaś wziąłby się z tego, że w 2026 r. negatywny wpływ AI na rynki czy rynek pracy był traktowany jako problem sektorowy:
Oprogramowanie i konsulting były miażdżone, płace i kadry się chwiały, ale szersza gospodarka wydawała się w porządku. Rynek pracy, chociaż miękł, nie spadał. Konsensusem był pogląd, że kreatywna destrukcja to część każdego innowacyjnego cyklu technologicznego. Byłoby boleśnie w portfelach, ale pozytywy z AI przeważyłyby negatywne skutki. W naszym memo makroekonomicznym ze stycznia 2027 r. twierdziliśmy jednak, że to był zły model mentalny. USA to gospodarka oparta o usługi białych kołnierzyków, które reprezentowały 50 proc. zatrudnienia i odpowiadały za 75 proc. wydatków na uznaniowe dobra konsumpcyjne. Biznesy i miejsca pracy, które pożerało AI, nie były drugoplanowe dla gospodarki USA, one były gospodarką USA*.
Scenariusz ten podsumowano słowami: "Po raz pierwszy w historii najbardziej produktywne aktywo w gospodarce wytwarza mniej, a nie więcej, miejsc pracy". Ale podkreślić należy, że nie jest to raport, badanie ani model ekonometryczny, a jedynie scenariusz dotyczący tego, jak przyszłość mogłaby wyglądać, gdyby spełniły się pewne założenia.
Krytyka scenariusza Citrini
I choć Citrini wywołało spore poruszenie swoim tekstem, to zostało także mocno skrytykowane za wiele uproszczeń czy naiwnych lub nierealistycznych założeń. Jednym z nich jest uznanie, że skoro AI/agenci będą tańsi niż ludzie, a równie efektywni, to na pewno wyprą pracowników.
Firma nie uwzględnia także w żaden sposób polityki, regulacji czy tkanki społecznej. Scenariusz ten należy więc traktować bardziej jako ćwiczenie intelektualne i przestrogę pod hasłem "co by było, gdyby". Dobrze, że o nim rozmawiamy, ale nie należy traktować tego jako prawdy objawionej. Tymczasem, niestety, wielu influencerów ze świata biznesu czy technologii tak potraktowało tekst Citrini.
Na artykuł ten, w bardzo konkretny sposób, odpowiedziała Citadel Securities, jedna z największych firm finansowych w USA, tzw. market maker. Autorzy raportu powołują się m.in. na dane dotyczące adaptacji generatywnej AI w pracy w USA, na dane o rosnącej liczbie nowo powstających biznesów czy poprawiające się dane z rynku pracy - w tym dynamicznie rosnącą liczbę ofert pracy dla inżynierów oprogramowania.
"Dane są zaskakująco stabilne i nie dają dowodów na nadciągające ryzyko wyparcia (pracowników z rynku)" - oceniają eksperci Citadel. Jak dodają, obecny dyskurs wokół AI łączy dwa wątki: potencjału technologii i oczekiwań dot. rozwoju gospodarczego.
Innymi słowy, ponieważ systemy AI mogą ulepszać same siebie i przyspieszać własne zdolności, komentatorzy ekstrapolują to na przyszłość, w której automatyzacja i produktywność wykładniczo rośnie w nieskończoność. Tymczasem dyfuzja technologiczna historycznie układała się w krzywą w formie litery S. Wczesna adaptacja jest powolna i droga. Wzrost przyspiesza, gdy spadają koszty i rozwija się komplementarna infrastruktura. Ostatecznie, następuje nasycenie, a marginalny użytkownik (w teorii dyfuzji innowacji są to osoby, które na końcu cyklu zaczynają korzystać z nowej technologii - red.) jest mniej produktywny lub mniej zyskowny, co powoduje spowolnienie wzrostu - opisuje Citadel*.
Citadel podkreśla, że pomimo to rynki często ekstrapolują fazę przyspieszenia na przyszłość, stąd przesadzone prognozy dotyczące wpływu technologii na gospodarkę. Historycznie zaś tempo adaptacji zawsze ma jakieś wyżyny, osiągane ze względu na fakt, że w prawdziwej gospodarce integracja danej innowacji w organizacjach jest kosztowna, pojawiają się regulacje, a zwroty z inwestycji w nią są coraz mniejsze. Ryzyko wypierania pracowników przez innowację zmniejsza się wraz ze zwalniającym tempem adaptacji.
Fizyczne ograniczenia dla sztucznej inteligencji
Citadel wskazuje także, że trenowanie modeli AI i ich dalszy rozwój wymaga znaczących możliwości półprzewodnikowych, centrów danych oraz zasobów energii. Aby zaburzyć istotnie rynek pracy białych kołnierzyków, oceniają eksperci, należałoby zużyć większą moc obliczeniową niż wynosi obecny poziom jej wykorzystania. To zaś powoduje, że gdy automatyzacja rozwija się gwałtownie, to rośnie zapotrzebowanie na moc obliczeniową, a tym samym rośnie jej koszt. Jeśli zaś koszt mocy obliczeniowej przewyższa koszt ludzkiej pracy dla niektórych zadań, zjawisko zastąpienia człowieka maszyną nie występuje. Citadel określa to jako "naturalną granicę ekonomiczną".
Dynamika ta, jak twierdzą eksperci, kontrastuje ostro z narracją, wedle której następuje praktycznie bezoporowa replikacja inteligencji. Nawet gdyby algorytmy samoczynnie i nieustannie poprawiały swoje działanie, to ich zastosowanie ekonomiczne pozostaje ograniczone przez kapitał, dostępność energii, regulacje i zmianę organizacyjną. Analitycy firmy dodają, że każda technologiczna rewolucja: silnik parowy, elektryczność, silnik spalinowy czy komputery, podążała tą ścieżką.
Citadel argumentuje, że narody demokratyczne, które stałyby przed ryzykiem wyparcia pracowników z rynku przez AI, zapewne zwróciłyby się w stronę regulacji i polityki fiskalnej równoważącej najgorsze skutki.
Co więcej, mało jest dowodów na zaburzenie przez AI rynku pracy w aktualnych danych. W zasadzie, wskaźniki rynku wybiegające w przyszłość poprawiły się, a budowanie nowych centrów danych AI zdaje się powodować wzrost zatrudnienia w budownictwie - wskazuje raport.
Prognozy dotyczące AI. Każdy medal ma dwie strony
Eksperci zaznaczają także, że gospodarka składa się z wielu zadań: fizycznych, relacyjnych, regulacyjnych, nadzorczych, "które są drogie w automatyzacji". W grę wchodzą tam kwestie odpowiedzialności czy zaufania. "Zdaje się, że AI będzie bardziej elementem komplementarnym niż zastępującym w wielu obszarach" - wskazują. I dodają, że historycznie rewolucje technologiczne raczej zmieniały charakter zadań w pracy niż eliminowały pracę jako wkład. Jako przykład podaje pojawienie się pakietu Microsoft Office dla pracowników biurowych. Przed upowszechnieniem mógł on budzić obawy jako substytut pracowników, ale po fakcie wiemy już, że uzupełniał ich pracę.
Oczywiście, ekspertyzy tego typu nie przeszkadzają kolejnym specjalistom, influencerom czy szefom firm z branży AI straszyć zapaścią na rynku pracy.
CEO Anthropic Dario Amodei w jednym z ostatnich wywiadów stwierdził, że zaskakuje go jak mało uwagi poświęcamy temu, iż zaraz przebijemy sufit możliwości AI. Jego zdaniem, powstaną "miasta geniuszy w jednym data center". Od miesięcy twierdzi też, że AI wytnie połowę prac na poziomie podstawowym (np. juniorskim) białych kołnierzyków w ciągu pięciu lat.
Ten sam Amodei jednak prognozował w 2025 r., że 90 proc. programowania będzie wykonywać AI. Faktycznie tak się stało, ale tylko w jego firmie. Na rynku technologicznym ten odsetek jest znacznie niższy (do 40 proc.), a poza branżą tym bardziej. Pokazuje to, że prezesi czy eksperci z branży mogą mieć zakrzywiony obraz tego, jak szybko nowe technologie są przyjmowane w gospodarce i społeczeństwie.
Gdy więc następnym razem trafimy na "czarny scenariusz" dla rynku pracy związany z AI, pamiętajmy, że twórcy tego typu prognoz również na nich zarabiają. A w przypadku firm technologicznych są one także elementem marketingu własnych produktów, nawet jeśli jest w nich ziarno prawdy.
Michał Wąsowski, zastępca redaktora naczelnego money.pl
* Tłumaczenia fragmentów scenariusza Citrini i raportu Citadel zostały wykonane przez autora tekstu.