Dla jednych transformacja energetyczna to wykresy emisji, cele klimatyczne i nowe moce OZE. Dla regionów górniczych — pytanie o pracę, pensje, szkoły branżowe, lokalne firmy, wpływy z podatków i przyszłość miast, które przez dekady rosły wokół kopalń i elektrowni.
Właśnie dlatego powstał Fundusz na rzecz Sprawiedliwej Transformacji. Jego założenie jest proste: odejście od węgla nie może oznaczać, że koszty zmian spadną wyłącznie na pracowników i samorządy. Regiony, które najwięcej tracą na transformacji, mają dostać pieniądze na nowe inwestycje, przekwalifikowanie, firmy, efektywność energetyczną, rekultywację terenów i infrastrukturę.
Polska otrzymała z FST 3,85 mld euro. Komisja Europejska zatwierdziła plany dotyczące pięciu obszarów: Śląska, Małopolski, Wielkopolski, Dolnego Śląska i Łódzkiego.
Odkrycie w wagonie z węglem. Pociąg z Białorusi wzbudził podejrzenia
To największa pula w UE. I trudno się dziwić. Polska gospodarka przez dekady była oparta na węglu bardziej niż większość państw Unii. W wielu regionach kopalnia albo elektrownia to nie tylko zakład pracy. To centrum lokalnego układu gospodarczego: z podwykonawcami, usługami, transportem, szkołami, klubami sportowymi i budżetem gminy.
Co zamiast kopalni?
Największa część pieniędzy trafiła do Śląska i zachodniej Małopolski. Komisja Europejska wskazywała, że regiony te otrzymają 2,4 mld euro. Środki mają wspierać mieszkańców i przechodzenie na zieloną gospodarkę, w tym inwestycje w MŚP, OZE, czystą mobilność i inne zielone sektory.
Na papierze brzmi to dobrze. W praktyce najtrudniejsze pytanie brzmi: co konkretnie zastąpi dobrze płatne miejsca pracy w energetyce i górnictwie? Nie wystarczy powiedzieć pracownikowi, że "powstaną nowe branże". Musi wiedzieć, gdzie będzie pracował, za ile, na jakich warunkach i czy jego kwalifikacje będą jeszcze coś warte.
Dlatego FST obejmuje nie tylko inwestycje infrastrukturalne, ale też szkolenia i przekwalifikowanie. Komisja wskazywała, że środki mają pomóc przeszkolić 100 tys. pracowników zatrudnionych w sektorze paliw kopalnych, a w wyniku działań przewidzianych dla Śląska ma powstać bezpośrednio 27 tys. nowych miejsc pracy.
To liczby, które robią wrażenie. Ale dla mieszkańców regionów górniczych ważniejsze od zapowiedzi będzie tempo. Jeżeli nowe miejsca pracy pojawią się zbyt późno, lokalne społeczności odczują lukę: najpierw zamykany zakład, potem odpływ ludzi, spadek wpływów w gminie, problemy usług i dopiero po latach próba odbudowy.
Wokół kopalń i elektrowni działa sieć firm, które dostarczają usługi, części, transport, remonty, ochronę, catering czy specjalistyczne prace techniczne. Jeśli duży zakład ogranicza działalność, uderzenie idzie szerzej niż w samą załogę.
Dlatego część środków ma trafiać do małych i średnich przedsiębiorstw. W Śląskiem ogłaszane są nabory dla MŚP, m.in. na projekty łagodzące skutki transformacji regionu dla gospodarki, zatrudnienia, społeczeństwa i środowiska. W jednym z naborów wsparcie mogły otrzymać projekty z siedmiu podregionów województwa śląskiego, obejmujące m.in. środki trwałe, roboty budowlane, wartości niematerialne i prawne oraz szkolenia.
To ważne, bo transformacja powiedzie się tylko wtedy, gdy pieniądze nie zatrzymają się na poziomie strategii. Muszą dotrzeć do firm, które realnie tworzą miejsca pracy. Do przedsiębiorców, którzy są w stanie wejść w nowe usługi, turystykę przemysłową, energetykę, efektywność energetyczną, recykling, technologie środowiskowe czy produkcję niezależną od węgla.
Ale dla przedsiębiorców dotacja też nie jest prostym prezentem. Trzeba mieć wkład własny, dokumenty, zdolność finansowania, pomysł i odporność na procedury. Mała firma z regionu pogórniczego może potrzebować wsparcia nie tylko w formie pieniędzy, ale też doradztwa i prostych zasad.
Teren po węglu też kosztuje
Transformacja to również pytanie, co zrobić z terenami poprzemysłowymi. Hałdy, zdegradowane działki, infrastruktura po zakładach i szkody środowiskowe nie znikają w dniu zamknięcia kopalni. Ich uporządkowanie kosztuje, ale może otworzyć przestrzeń pod nowe funkcje: przemysł, usługi, logistykę, rekreację, kulturę albo energetykę.
Komisja Europejska wskazywała, że FST ma zainwestować w rekultywację i dekontaminację 2,8 tys. hektarów terenów pogórniczych. To mniej medialny element transformacji, ale gospodarczo bardzo istotny. Bez przygotowanych terenów trudno przyciągać inwestorów. A bez inwestorów trudno mówić o nowych miejscach pracy.
W regionach górniczych pamięć przemysłowa może być także zasobem. Śląskie wybrało do dofinansowania projekt Muzeum Górnictwa Węglowego w Zabrzu "Wsparcie procesu transformacji poprzez zachowanie tożsamości regionu". Dofinansowanie wyniosło ponad 17,3 mln zł.
To przykład pokazujący, że transformacja nie musi oznaczać wymazania przeszłości. Może oznaczać próbę wykorzystania przemysłowego dziedzictwa w nowych funkcjach — turystyce, edukacji, kulturze i usługach. Tyle że to dodatek, a nie pełna odpowiedź na pytanie o przyszłość gospodarki.
Eksperci ostrzegają: po 2027 r. może być luka
Najnowszy spór dotyczy tego, co będzie po obecnej perspektywie finansowej. Raport Instytutu Badań Strukturalnych przygotowany na zlecenie Polskiej Zielonej Sieci wskazuje, że FST stał się jednym z kluczowych narzędzi wspierających polskie regiony węglowe, ale brak kontynuacji po 2027 r. może osłabić zdolność państwa i samorządów do łagodzenia skutków odchodzenia od węgla. Analiza objęła projekty z podpisanymi umowami według stanu na 1 marca 2026 r.
Według autorów wartość projektów objętych analizą przekroczyła 17,5 mld zł, z czego 10,5 mld zł stanowiło dofinansowanie z FST. Wsparcie objęło około 97,5 tys. osób, a projekty mają umożliwić utworzenie tysięcy miejsc pracy.
To ustawia najważniejszy konflikt. Transformacja energetyczna jest procesem rozpisanym na dekady, a fundusze unijne działają w perspektywach budżetowych. Jeżeli po 2027 r. nie będzie stabilnego źródła finansowania, część rozpoczętych działań może wyhamować dokładnie wtedy, gdy regiony będą wchodzić w najtrudniejszy etap zmian.
Sprawiedliwa, czyli jaka?
Słowo "sprawiedliwa" w nazwie funduszu nie jest ozdobnikiem. Oznacza, że transformacja ma uwzględniać koszty społeczne. W praktyce chodzi o to, czy pracownik dostanie realną ścieżkę do nowej pracy. Czy gmina znajdzie nowe źródła dochodów. Czy lokalna firma przetrwa utratę dużego klienta. Czy tereny po przemyśle zostaną przygotowane pod nowe inwestycje. Czy młodzi ludzie zobaczą w regionie przyszłość.
Unijne miliardy mogą pomóc, ale nie zastąpią strategii państwa i samorządów. FST jest narzędziem, nie gwarancją sukcesu. Jeżeli pieniądze zostaną rozproszone, efekt będzie ograniczony. Jeżeli trafią w projekty tworzące trwałe miejsca pracy i nową bazę podatkową, mogą złagodzić jedno z największych gospodarczych ryzyk najbliższych lat.