Wyłączą fotowoltaikę w twoim domu? Minister ucina spekulacje
- Nie będzie żadnego wyłączania instalacji prosumenckich. Dyskusja wzięła się z propozycji przedsiębiorstw energetycznych, które merytorycznie uzasadniały potrzebę większej "widzialności" niektórych instalacji - deklaruje w rozmowie z money.pl minister energii. Komentuje też głośną sprawę polskiej firmy, wyrzuconej z budowy we Lwowie. - Jeżeli sprawa trafiłaby do arbitrażu, polska firma wygrałaby - ocenia.
Tomasz Żółciak i Grzegorz Osiecki, dziennikarze Wirtualnej Polski i money.pl: Pojawiły się ostatnio doniesienia o szykowanych przez rząd przepisach, pozwalających wchodzić ludziom do domów i wyłączać ich instalacje OZE, jeśli zajdzie taka potrzeba. Ile w tym prawdy?
Miłosz Motyka, minister energii: Nie będzie żadnego wyłączania instalacji prosumenckich. Dyskusja wzięła się z propozycji przedsiębiorstw energetycznych, które merytorycznie uzasadniały potrzebę większej "widzialności" niektórych instalacji prosumenckich.
Przecież one są widoczne. Każdą instalację fotowoltaiczną zgłasza się do zakładu energetycznego.
Chodzi o to, że zdaniem niektórych firm pewne instalacje mogą być przeskalowane – na przykład mieć większą moc niż oficjalnie zgłoszona. Ale nigdy w rządzie nie było mowy o ich wyłączaniu. Na pewno nie powstanie rozwiązanie dające przedsiębiorstwom energetycznym możliwość zdalnego wyłączania instalacji fotowoltaicznych. Prosumenci nie są i nie będą redysponowani ani odłączani od sieci.
Wyzwanie dotyczy dużych instalacji. W ciągu najbliższych dni ogłosimy ważne inwestycje w magazyny energii – w wielkoskalowe magazyny bateryjne i elektrownie szczytowo-pompowe. To m.in. Żarnowiec i Gryfino. Technologia magazynowania tanieje ekstremalnie – magazyny są coraz pojemniejsze i coraz tańsze.
"Lepiej odkładać mało niż nic". Ekspert zdradza receptę na sukces
A co z istniejącymi elektrowniami węglowymi?
Będą funkcjonowały. Część bloków jest modernizowana. W obecnej sytuacji geopolitycznej okazały się ekonomicznie bardzo uzasadnione. Eksportowaliśmy energię z węgla do Niemiec i będziemy to robić nadal. Pokazujemy w scenariuszach dla KPEiK, że nasze bloki będą potrzebne, szczególnie w miesiącach jesienno-zimowych. Rozmawiamy o rynku mocy i widzimy możliwość finansowania tych bloków. Będą działały dopóty, dopóki nie zostanie uruchomiona elektrownia jądrowa.
Bruksela nie będzie protestować?
Jest zrozumienie, bo gdyby go nie było, nie byłoby dyskusji o przedłużeniu rynku mocy. To nie jest specyfika tylko Polski. Czechy też mają elektrownie węglowe, importują węgiel, a Niemcy mają węgiel brunatny. Jeżeli nie masz dyspozycyjnego atomu i rozbudowanych jednostek gazowych, nie masz alternatywy.
Mamy przed sobą długą falę upałów, być może rekordowych. Czy minister energii obawia się o stan polskich sieci?
Nie obawiam się, bo stan sieci się poprawia – będziemy przedstawiać dane, jak nasze inwestycje na ten stan wpływają. Natomiast jest coś, czego obawia się cały sektor: nie tylko kwestia przeciążenia sieci czy zapotrzebowania na moc, ale przede wszystkim dostęp do wody i chłodzenie. Poziom wód się obniża – widzimy to na przykładzie Wisły. Chłodzenie źródeł wytwórczych w przyszłości może być realnym problemem.
Czy to może skomplikować kwestię atomu? Reaktory też wymagają chłodzenia.
Właśnie dlatego warto zapytać, czy właściwą odpowiedzią nie są zamknięte układy chłodzenia i własne zasilanie w wodę proponowane w ramach projektów jądrowych. Takie rozwiązania są już realizowane na świecie – od Bliskiego Wschodu po Stany Zjednoczone. Technologia zużywa coraz mniej wody. Wyzwania z chłodzeniem dotyczą przede wszystkim bloków konwencjonalnych, węglowych, projektowanych pod zupełnie inne poziomy rzek i inne warunki.
Blackout jest zawsze nieprzewidywalnym zjawiskiem, a przyczyn może być wiele. Natomiast przeciwdziałamy mu, budując odporność na każde możliwe ryzyko każdego dnia: ataki cybernetyczne, przeciążenia sieci latem, wzrost zapotrzebowania na moc, kwestia wody i chłodzenia. Rozmawiamy na ten temat stale, a nie dopiero, gdy zdarzenie nastąpi.
Kijów potwierdza, że na Konferencji Odbudowy Ukrainy w Gdańsku zabraknie Wołodymyra Zełenskiego. Co Polska ma z tej konferencji wyciągnąć?
Przygotowano już 200 porozumień i umów, które zostaną zawarte w Gdańsku pomiędzy polskimi i ukraińskimi firmami. Z naszego punktu widzenia to naprawdę duża liczba kontraktów, które będą podpisywane.
Konferencja pokaże nam potrzeby i przestrzenie, gdzie polskie spółki – prywatne, państwowe i z udziałem Skarbu Państwa – mogłyby zainwestować. Chcemy też rozwijać współpracę energetyczną, m.in. w zakresie sprzedaży gazu, co Polska chce wykorzystać pod kątem własnej, sukcesywnie rozbudowywanej infrastruktury.
Dziś wiemy już na przykład, że w Polsce, na skutek naszych decyzji, powstanie trzeci terminal do obsługi importu skroplonego gazu. To niezwykle ważne dla naszego bezpieczeństwa i rozwoju naszej gospodarki.
O jakich sumach kontraktów mówimy?
To zależy od kontraktu, ale myślę, że będą to setki milionów złotych.
Co niezwykle istotne, widzimy dziś po stronie polskiej potrzebę pewnej integracji rynku. Takie firmy jak Polimex czy Budimex chcą współpracować na rynku ukraińskim. Liczymy, że konferencja pokaże te obszary i że polskie firmy będą mogły zaplanować inwestycje, znając plany strony ukraińskiej.
Pojawiają się zarzuty – m.in. ze strony Pałacu Prezydenckiego - że skoro trwa wojna i nie wiadomo, kiedy ani na jakich warunkach się skończy, to planowanie dziś szczegółów odbudowy Ukrainy to "bajkopisarstwo".
Tyle że my mówimy o kontraktach realizowanych już teraz, o sytuacji bieżącej. O tym też będziemy rozmawiać – choćby o eksporcie gazu przez Polskę na Ukrainę. To będzie aktualne niezależnie od tego, kiedy i jak skończy się wojna.
Czy podziela pan wizję, z którą prezydent Nawrocki pojechał na ostatni szczyt Trójmorza – że Polska może być energetycznym hubem rozprowadzającym surowce w tej części Europy?
Bardzo mnie cieszy, że prezydent Nawrocki popiera rząd w tej sprawie.
Polska będzie organizatorem P-TEC (z ang. The Partnership for Transatlantic Energy Cooperation) – Transatlantyckiego Szczytu Partnerstwa Energetycznego. To największa konferencja pomiędzy państwami Europy a Stanami Zjednoczonymi poświęcona energii.
Planujemy wydarzenie na ponad 1000 uczestników. Jego szczególną rangę podkreśla planowana obecność najwyższych przedstawicieli administracji Stanów Zjednoczonych odpowiedzialnych za politykę energetyczną – sekretarza energii USA Chrisa Wrighta oraz sekretarza spraw wewnętrznych USA Douga Burguma, pełniącego również funkcję przewodniczącego National Energy Dominance Council.
W odpowiedzi na moje zaproszenie oraz w oparciu o bardzo dobre relacje robocze i strategiczny dialog prowadzony z Departamentem Energii USA oraz National Energy Dominance Council (Narodową Radą Dominacji Energetycznej USA), strona amerykańska zdecydowała o organizacji szczytu w Warszawie. Wybór ten stanowi wyraz zaufania do Polski jako partnera oraz uznania dla roli Warszawy jako miejsca sprzyjającego pogłębianiu współpracy transatlantyckiej w sektorze energii.
Tak jak konferencja w Monachium jest szczytem bezpieczeństwa i obronności, tak P-TEC jest jej odpowiednikiem w dziedzinie energii.
Natomiast jeśli chodzi o nasze możliwości to Polska już dziś jest hubem gazowym dla naszego regionu. Pierwsze kontrakty pomiędzy Orlenem a Naftogazem, realizowane przez polskie terminale, już funkcjonują. Dobrze, że prezydent Nawrocki popiera ten plan – tak jak robił to prezydent Duda.
Ale jednocześnie nie zaprosiliście go do Gdańska.
Jeśli chodzi o brak zaproszenia dla prezydenta do Gdańska, to przypomnę, że prowadzenie polityki zagranicznej i spraw gospodarczych jest domeną rządu. Nie jest to kwestia uznaniowa, lecz konsekwencja rozwiązań przewidzianych w konstytucji.
Jeżeli chodzi o umowy gazowe – na jaki wolumen eksportu gazu do Ukrainy liczycie?
Na ten moment przepustowość gazociągu jest wystarczająca, dzięki niej ostatniej zimy byliśmy w stanie bardzo istotnie pomagać Ukrainie. Utrzymanie tej przepustowości w dłuższym horyzoncie czasowym zależy jednak od nadchodzącej aukcji w procedurze incremental (procedura, która pozwala operatorom systemów przesyłowych sprawdzić, czy rynek faktycznie potrzebuje dodatkowych zdolności przesyłowych, zanim zostaną podjęte inwestycje – red.).
Czy myślicie o rozbudowie polsko-ukraińskiej infrastruktury przesyłowej?
Będziemy rozbudowywać infrastrukturę tylko wtedy, kiedy będą gwarancje ze strony ukraińskiej, że ktoś ten gaz odbierze. Jeżeli większych wolumenów nie będzie, wykorzystamy obecną przepustowość. Ona i tak jest spora i daje solidne możliwości importu dla Ukrainy, jak i zarobku dla Polski.
Co jeszcze może się wydarzyć w kwestii energetycznej współpracy z Ukrainą?
Ukraina chce na konferencji w Gdańsku pokazać własną strategię energetyczną na kolejne lata. My ze swojej strony musimy odpowiedzieć, jak w sytuacjach kryzysowych rozbudować sektor energetyczny, by był bardziej odporny.
To zagadnienie ogromnie szerokie: cyberzagrożenia, stricte fizyczna obrona głównych punktów zasilania i elektrowni, siatki antydronowe, kwestie lokalizacyjne nowych inwestycji, systemowe rozproszenie energetyczne. To jest w pełni zbieżne z tym, co postulujemy, i ze stanowiskiem Ukrainy, która uważa, że rozproszenie energetyczne jest drogą do większej suwerenności.
Czy Ukraina wchodzi w grę jako dostawca energii, gdyby zabrakło nam mocy?
Nie. W Polsce nie ma żadnej luki wytwórczej i jej nie będzie.
Fundamentem naszego bezpieczeństwa energetycznego jest system oparty o własne źródła. Nasz miks zmienia się bardzo korzystnie. W najbliższych miesiącach do systemu popłynie pierwszy prąd z offshore'u. Eksportujemy energię, w tym do Ukrainy – to są kontrakty w ramach wymiany handlowej, nikt działalności charytatywnej nie prowadzi. Wszystko jest rozliczane finansowo.
Jest sprawa firmy Control Process, która budowała dużą inwestycję we Lwowie i została wyrzucona z budowy. Jak chronić polskie firmy przed takimi przypadkami?
Jeżeli sprawa tej firmy trafiłaby do arbitrażu, polska firma ten arbitraż wygrałaby. Ale właśnie po to są takie konferencje i spotkania, żeby pewne zasady uszczegółowić i zwrócić stronie ukraińskiej uwagę na takie przypadki – czy to dotyczące przewoźników, kwestii rolnych, czy obecności polskich firm w Ukrainie. Jeżeli dochodzi do łamania zasad, państwo polskie powinno po stronie takich firm stanąć.
Czy wyobraża pan sobie integrację ukraińskiego rynku energetycznego z europejskim?
Ten proces i synchronizacja z europejskim systemem postępują. Natomiast jeżeli chodzi o implementację prawa europejskiego w Ukrainie – to jest znacznie szersze pole do działania. Wdrażanie dyrektyw zależy w dużej mierze od strony ukraińskiej.
Przygotowaliście aktualizację Programu Polskiej Energetyki Jądrowej – w skrócie zakłada dwie elektrownie jądrowe, do 9 gigawatów mocy i ponad 60 mld zł na pierwszą inwestycję. Jak wygląda kwestia drugiej elektrowni?
Widzimy potrzebę drugiej inwestycji. Decyzje o inwestorze i lokalizacji zapadną w kolejnych latach. Nasza gospodarka przechodzi postępujący proces elektryfikacji – od pomp ciepła w domach po transport elektryczny – więc przestrzeń dla kolejnych mocy jądrowych jest. Przyglądamy się też technologii małych reaktorów modułowych. Za kilka dni będziemy w Kanadzie na konferencji Międzynarodowej Agencji Energii, odwiedzimy też elektrownię Darlington. Polska mogłaby być pierwszym krajem w Europie, który rozpocznie budowę SMR.
Ostatnio biznesmen próbujący wejść w temat małych reaktorów jądrowych, Michał Sołowow, narzekał na Orlen i to, że sposób postępowania tej spółki de facto blokuje potencjał inwestycyjny.
Nie nadzoruję Orlenu, natomiast leży nam na sercu systemowy rozwój tej technologii i liczę na porozumienie w tej sprawie. Jeżeli uszczegółowienia wymaga umowa pomiędzy partnerami, to jesteśmy w stanie się włączyć w te negocjacje.
Czy wybór drugiego miejsca i inwestora w polski atom nastąpi do końca tej kadencji?
Sprawa jest otwarta, nie przesądzamy tego. Trwają badania terenowe w dwóch preferowanych lokalizacjach: to Bełchatów i Konin. Jeżeli chodzi o inwestora, prowadzimy konkurencyjny dialog – otrzymaliśmy odpowiedzi od Francuzów, Amerykanów i Kanadyjczyków. Kanadyjczycy są najbardziej zainteresowani własną technologią CANDU.
Czy wąskim gardłem nie okaże się certyfikacja wniosków i możliwości Polskiej Agencji Atomistyki?
Rozmawiamy o tym pomiędzy Ministerstwem Klimatu a Pełnomocnikiem Rządu ds. Strategicznej Infrastruktury Energetycznej. PAA została już wzmocniona etatowo i finansowo, ale wiemy, że to dopiero początek długiej drogi. Jeżeli na horyzoncie pojawią się realne inwestycje w małe reaktory modułowe, potrzeba wzmocnienia PAA będzie większa.
Jaki ma być kierunek strategicznej współpracy przy drugiej elektrowni – Amerykanie jak przy pierwszej czy dywersyfikacja i np. Francja lub Kanada?
To będzie zależało od tego, jakie kryteria zostaną spełnione. Stawiamy je kilkustopniowo: zaangażowanie finansowe inwestora, udział polskich firm w projekcie i w całym łańcuchu dostaw, ewentualny offset. Uważamy, że taka inwestycja powinna być inwestycją w naszą gospodarkę. Podstawowym kryterium pozostaje cena energii – dla pierwszej elektrowni to poniżej 500 zł za MWh, co zostało zapisane we wniosku o prenotyfikację do Komisji Europejskiej.
Co dalej z programem CPN? Od połowy czerwca zniknęła obniżka akcyzy, do końca czerwca obowiązuje obniżony VAT – czy to ostatnie dni tego programu?
Wszystko na to wskazuje, że w kolejnych tygodniach stawka VAT powróci do poprzedniej wysokości. Natomiast elementy pakietu – podatek od nadmiarowych zysków oraz zobowiązania Orlenu dotyczące obniżenia marży detalicznej i promocji – zostaną utrzymane.
Ile zamierzacie zebrać z podatku od nadmiarowych zysków?
Zgodnie z oceną skutków regulacji – 4 miliardy złotych.
Nie boicie się skutków politycznych zakończenia programu? Łatwiej wyborcom coś dać, trudniej odebrać.
Od samego początku deklarowaliśmy, że "CPN" – najbardziej masywny i najskuteczniejszy program osłonowy w Unii Europejskiej w zakresie cen paliw – jest programem na nadzwyczajną sytuację. Gdy cena za baryłkę spada poniżej 80 dolarów, a cena tony diesla w portach do około 800 dolarów, nadszedł czas, by powrócić do stawek rynkowych. My jako ministrowie bierzemy odpowiedzialność za budżet wszystkich obywateli. Jeżeli sytuacja radykalnie się zmieni, możemy dyskutować o nowych działaniach osłonowych.
Przemysław Czarnek z PiS mówi: "wychodzimy z ETS" i twierdzi, że nic nam się nie stanie, a rachunki spadną nawet o połowę. Jak pan to ocenia?
Powinien on posłuchać Mateusza Morawieckiego, który jako premier stwierdził, że technicznej możliwości wyjścia z ETS nie ma. Wyjście oznaczałoby konieczność zapłaty podatku CBAM i innych kar za niewdrożenie przepisów. Co gorsza, poseł Czarnek doskonale o tym wie, bo mówił to jego dzisiejszy sojusznik, gdy był premierem. To propozycja głośna i nośna, ale wyłącznie wyborcza – nigdy nie zostanie zrealizowana.
Rewizja ETS jest jednak realistyczna?
Jest. Prowadzi ją Ministerstwo Klimatu i Środowiska. Dyskutujemy o większej puli uprawnień do emisji – co bezpośrednio wpływa na ich cenę – oraz o specjalnych, dodatkowych uprawnieniach dla przemysłu ponoszącego największe koszty przyspieszonej redukcji emisji.
Czy afera w ochronie zdrowia – w tym sprawa "szybkiej ścieżki" i saloniku VIP w Szpitalu Południowym – szkodzi całej koalicji?
Na pewno nie pomaga. Robimy w rządzie bardzo wiele rzeczy, ale niezależnie od osiągnięć w polityce energetycznej i gospodarczej zawsze wraca pytanie o służbę zdrowia. Jeżeli do tego nakładają się takie problemy, to nie buduje zaufania.
A pan korzystał kiedykolwiek z "saloniku VIP"?
Nigdy.