WAŻNE
TERAZ

Hubert Hurkacz wygrał pierwszy mecz w ramach wielkoszlemowego Rolanda Garrosa 2026

Piwo na mieście a dzietność. Mentzen wie, że dzwonią, ale nie wie w którym kościele [OPINIA]

Sławomir Mentzen usłyszał dzwony, ale nie potrafił namierzyć kościoła. Istnieje korelacja między spadkiem spożycia alkoholu a spadkiem dzietności. Ale od większego picia (najprawdopodobniej) nie będzie więcej dzieci. Tak jak i nie będzie więcej picia od większej liczby dzieci - komentuje słowa lidera Konfederacji Kamil Fejfer, w opinii dla money.pl.

Sławomir MentzenSławomir Mentzen
Źródło zdjęć: © East News | Krzysztof Kaniewski/REPORTER
Kamil Fejfer

Tekst powstał w ramach projektu WP Opinie. Przedstawiamy w nim zróżnicowane spojrzenia komentatorów i liderów opinii publicznej na kluczowe sprawy społeczne i polityczne.

Sławomir Mentzen podczas spotkania z wyborcami w Świebodzinie powiedział coś, co zelektryzowało opinię publiczną. - Jest taka zależność, że współcześni młodzi ludzie mają bardzo mało dzieci. Bardzo rzadko wchodzą w związki. Nie socjalizują się. I to też jest skorelowane z tym, że obecnie młodzi bardzo mało piją alkoholu - mówił jeden z liderów Konfederacji. I tej części wypowiedzi można bronić na gruncie faktów. Dalej jest jednak gorzej.

Populacja a socjalizacja

- Wydaje mi się, że skoro nie piją, to nie mają gdzie kogoś poznać, więc go nie poznają, a na końcu nie ma z tego dzieci. W związku z czym nie wydaje mi się, żeby to było słuszne, to co obecnie robią młodzi ludzie - kontynuował. Internet po tej wypowiedzi zalała fala komentarzy. W tych słowach jest trochę prawdy, jednak widać w nich też szkolny błąd - pomylenie korelacji z przyczynowością.

Zgrzyt w Konfederacji. "Tak to wygląda w każdej koalicji"

Wciąż nie mamy oficjalnych pełnych danych demograficznych z Głównego Urzędu Statystycznego za 2025 rok, jednak według szacunków współczynnik dzietności w ubiegłym roku osiągnął w naszym kraju poziom około 1,1. W uproszczeniu oznacza to, że gdyby kobiety przez cały swój okres rozrodczy rodziły z intensywnością jak w danym roku, to 100 kobiet urodziłoby 110 dzieci. Przypomnijmy, że dla zastępowalności pokoleń wymagany jest wskaźnik 2,1, czyli sytuacja, gdzie 100 kobiet rodzi 210 dzieci.

Problemy demograficzne dotyczą nie tylko naszego kraju, choć rzeczywiście u nas kryzys jest nad wyraz gwałtowny. Jak pisze w swoim głośnym artykule w "Financial Times" John Burn-Murdoch, w ponad dwóch trzecich z około 200 krajów na całym świecie dzietność spadła poniżej zastępowalności pokoleń. W 66 krajach obecnie jest bliższa jedynki niż dwójki.

Zastępowalność pokoleń to problem globalny

Istnieje wysokie prawdopodobieństwo, że dla całej ludzkości współczynnik dzietności już spadł poniżej zastępowalności pokoleń. Nie wiemy tego z pewnością, ponieważ dane z krajów rozwijających się nie są najlepszej jakości. Ale jeśli to się jeszcze nie stało, to z całą pewnością wydarzy się to w nadchodzących góra kilku latach.

Problem jest poważny, bo skrajnie niska dzietność to problemy z systemami zabezpieczeń społecznych, problemy z innowacyjnością, czy z generowaniem PKB niezbędnego do dobrego życia (w tym do finansowania usług publicznych).

Sama demografia jest natomiast tematem medialnie nośnym, bo ma w sobie istotny komponent kulturowy. A ten jest łatwy do wyzyskania politycznie. Jak jest więc z tym piciem i demografią?

Zacznijmy od tego, że nie ma naprawdę dobrych danych, które obrazowałyby, jak wygląda spożycie alkoholu w Polsce dla poszczególnych grup wiekowych. Mamy jednak pewne poszlaki. Według danych Krajowego Centrum Przeciwdziałania Uzależnieniom w 2024 roku statystyczny Polak wypił 8,8 litrów czystego alkoholu. Wyraźny spadek jest widoczny co najmniej od 2021 roku, kiedy było to 9,7 litrów. Zaledwie cztery lata wcześniej spożywaliśmy 10 proc. więcej alkoholu na głowę.

© GUS, KCPU

Tąpnięcie w danych o spożyciu

Według tej samej instytucji w ciągu 20 lat można dostrzec znaczny spadek popularności picia w grupie 15-16 latków. Dane z 2024 roku (analizy są prowadzone od połowy lat 90.) wskazują, że w ciągu ostatnich 30 dni przed badaniem piwo, wino lub wódkę piło 39 proc. uczniów. W 2003 ten odsetek przekraczał 70 proc.

© KCPU

Spadek popularności trunków widać również na co dzień. Przynajmniej wśród członków klasy średniej. Nie chodzi bynajmniej tylko o serie podcastów trzeźwych 30- i 40-latków oraz kolejne kontrowersje wokół celebrytów reklamujących alkohol (swoją drogą, czy ktoś wyobraża sobie takie gorące emocje wokół reklam wódki we wczesnych latach 2000.?). Chodzi również o to, co widzimy wśród znajomych i znajomych znajomych. Alkohol ewidentnie w niektórych kręgach staje się passe.

Ale to, że mamy do czynienia ze spadkiem dzietności oraz ze spadkiem spożycia alkoholu nie musi oznaczać, że jedno powoduje drugie. To, że ludzie w niektóre dni noszą otwarte parasole nie oznacza, że przez to mokną chodniki. Możemy mieć do czynienia z trzecią zmienną, która odpowiada za oba zjawiska (lub z przypadkową korelacją, ale ten wątek zostawmy na boku). W naszej analogii byłoby to oczywiście deszcz.

Czym więc miałaby być ulewa w przypadku spadku dzietności oraz spadku spożycia alkoholu? Zanim dojdziemy do konkluzji, dodajmy jeszcze jeden wątek. Otóż jak pisze wspomniany Burn-Murdoch, w wielu rozwiniętych krajach przez dekady było widoczne zjawisko zmniejszania się liczby dzieci w związkach. Ludzie zakładali rodziny, ale coraz mniej chętnie rozmnażali się, zatrzymując się na jednym, góra dwójce dzieci.

Powodów tego zjawiska było naprawdę wiele. Częściowo wynikały one z lokalnych kontekstów, ale w dużej mierze pod spodem pracowały globalne czynniki wspólne dla całej ludzkości: migracja ze wsi do miast, upodmiotowienie kobiet, wydłużająca się edukacja, wydłużające się trajektorie życiowe oraz dobrobyt, który powodował, że dziecko stawało się coraz większym kosztem alternatywnym (latorośl pozbawia nas zasobów, które moglibyśmy przeznaczyć na inne cele: rozwój, podróże, spotkania ze znajomymi, środki na lepszą edukację dla dziecka, które już mamy). Trend spadającej dzietności wewnątrz związków w wielu rozwiniętych krajach - argumentuje Burn-Murdoch - osiągnął płaskowyż w okolicach lat 90. i wczesnych 2000.

© FT

Smartfonizacja świata

To jednak, co jest widoczne od pewnego czasu to spadek odsetka par w ogóle. Co się więc wydarzyło? Autor stawia tezę, że za obecną fazą spadku dzietności stoją… smartfony. To one ograniczają nam możliwość dobierania się w pary. W jaki sposób? Zabierają nam czas na interakcje twarzą w twarz. W zamian za to tworzą nierealistyczne, niezakorzenione w codziennym doświadczeniu aspiracyjne modele idealnego partnera lub partnerki.

Na dowód swojej tezy dziennikarz pokazuje korelacyjne zestawienia dzietności oraz momentu popularyzacji smartfonów. Okazuje się, że w okolicach 2010 roku dzietność zaczyna lecieć na łeb na szyję.

© FT

Ten sam trend jest widoczny w Stanach Zjednoczonych, w Australii, w Wielkiej Brytanii, w Indonezji, Meksyku, Senegalu, Iranie, Egipcie. Wszędzie, gdzie pojawiały się smartfony, tam wkrótce później było widoczne przyspieszenie trendu spadku dzietności.

To właśnie najprawdopodobniej jest nasz "deszcz". Wszystko się wtedy spina: smartfony podkradają nam czas na spotykanie się twarzą w twarz. Tym samym (mówiąc precyzyjniej: "również dlatego") mniej pijemy. Mamy też mniej sposobności, żeby poznać kogoś, również podczas zakrapianej imprezy.

A jeśli mamy mniej sposobności, żeby kogoś poznać, to nie ma co się dziwić, że młodzi się nie parują. Do tego dochodzi spolaryzowany kontent w samych smartfonach, który kobietom sufluje opowieść o tym, że mężczyźni głównie chcą je zagnać do kuchni, a mężczyznom wizję hipergamicznych kobiet zainteresowanych jedynie ich portfelami. Przy czym rzeczywiście więcej mężczyzn niż kobiet ma konserwatywne poglądy. A u kobiet widoczna jest tendencja do preferowania wyższego statusu społecznego u potencjalnych partnerów. Zjawiska te są jednak znacznie łagodniejsze, niż moglibyśmy wnosić oglądając kolejne rolki na TikToku.

Sławomir Mentzen usłyszał dzwony, ale nie potrafił namierzyć kościoła. Rzeczywiście istnieje korelacja, między spadkiem picia alkoholu i spadkiem dzietności. Ale od większego picia (najprawdopodobniej) nie będzie więcej dzieci. Tak jak i nie będzie więcej picia od większej liczby dzieci. Prawdziwą plagą, która odciąga nas od spotkań, co w konsekwencji prawdopodobnie powoduje zmniejszenie dzietności ,są smartfony. Te, wedle coraz większej liczby dowodów, urastają do miana największego "zaśmiecacza" współczesnej kultury.

Autorem jest Kamil Fejfer, dziennikarz piszący o gospodarce, współtwórca podcastu i kanału na YouTube "Ekonomia i cała reszta"

Wybrane dla Ciebie