Polacy znów płacą rachunek za czyjąś wojnę. Czas z tym skończyć [OPINIA]
Pakiet "Ceny Paliw Niżej" gasi pożar. Ale kto wreszcie zajmie się instalacją czujnika dymu? Polska ma dziś szansę, jakiej nie miała od lat – przejść od gaszenia kryzysów paliwowych do budowy systemu, w którym te kryzysy po prostu nie będą nas dotyczyły – pisze w opinii dla money.pl Michał Hetmański, prezes think-tanku Instrat.
Opinia Michała Hetmańskiego, prezesa fundacji Instrat, powstała w ramach projektu #RingEkonomiczny money.pl. To format dyskusji na ważne, ale kontrowersyjne tematy społeczne i ekonomiczne. 20. edycję Ringu poświęciliśmy ocenie rządowego pakietu "CPN" ("Cena Paliw Niżej"). Równolegle publikujemy opinię dra Radosława Piwowarskiego, ekonomisty z Uniwersytetu Łódzkiego, oraz omówienie wyników sondy na temat reakcji rządu na kryzys paliwowy, w której udział wzięło 46 ekonomistów.
Zacznijmy od pytania, które powinniśmy sobie zadać po każdym kryzysie na rynku ropy: dlaczego znowu? Dlaczego za każdym razem, gdy na Bliskim Wschodzie zagotuje się polityka, polscy przedsiębiorcy i rodziny przy kasie na stacji benzynowej płacą rachunek za czyjąś wojnę? Odpowiedź jest prosta – bo cały nasz transport stoi na jednej nodze. Na ropie. A jak stoisz na jednej nodze, to każdy podmuch cię przewraca.
Polacy doskonale rozumieją logikę dywersyfikacji, bo przeszli ją na własnej skórze. Zostaliśmy jej europejskim liderem. Kiedy budowaliśmy Baltic Pipe i terminal LNG w Świnoujściu, krytycy w całej Europie mówili, że to za drogo, że gaz z Rosji jest tańszy, że rynek sam to ureguluje. A potem przyszedł luty 2022 roku i nagle okazało się, że infrastruktura gazowa, za którą płaciliśmy latami, jest warta każdej złotówki.
Dokładnie tę samą lekcję musimy teraz odrobić z transportem. Tak jak zdywersyfikowaliśmy źródła gazu, tak teraz musimy zdywersyfikować źródła zasilania naszych aut i ciężarówek. Energia elektryczna z OZE i nawet częściowo z węgla – wszystko lepsze niż zależność od tankowców z Zatoki Perskiej.
Turystyka paliwowa rośnie. Rząd uspokaja kierowców
I nie, to nie jest ideologia. To jest geopolityka. Przyjrzyjmy się, kto na świecie traktuje elektryfikację transportu poważnie, a kto się jeszcze opiera. Chiny – największy importer ropy z Bliskiego Wschodu – od lat konsekwentnie elektryfikują swoją flotę. Efekt? Obecny kryzys w cieśninie Ormuz boli ich mniej niż nas. Tymczasem Europa wciąż kurczowo trzyma się auta i silnika spalinowego, które przez dekady były jej hitem eksportowym. Problem w tym, że ten hit się kończy – klienci wolą alternatywy.
Czy działamy przeciwko trendom?
Liczby nie kłamią: europejska produkcja samochodów osobowych spadła aż o jedną trzecią w ciągu niespełna dekady. W Polsce – o ponad połowę w tym samym czasie. To nie jest cykliczne spowolnienie. To zmierzch technologii, której świat powoli mówi "dziękuję, wystarczy".
Europa opiera się elektryfikacji nie dlatego, że ma lepszy pomysł – ale dlatego, że jest przywiązana do modelu, który kiedyś działał. To trochę jak operator telegrafów, który w 1910 roku tłumaczył, że telefon to chwilowa moda. Dorożkarze na ulicach Nowego Jorku też zagradzali autom drogę i rozsiewali obrzydzające konkurencję plotki.
Chiny budują przyszłość motoryzacji, a my debatujemy, czy ta przyszłość w ogóle nadejdzie. Tymczasem ona nadchodzi – z naszym udziałem lub bez. Ich auta są tańsze, bo nadal nie spełniają europejskich standardów konsumenckich i po prostu mają niższe koszty pracy i materiałów. Tak szybko nas nie zaleją swoim towarem, więc mamy jeszcze przestrzeń na przestawienie się na podobne, ale własne, europejskie tory. Według ostatnich badań Transport & Environment, Europa jest tylko i aż trzy lata w tyle za Chinami – nadal możemy tę lukę nadrobić i nie ma lepszej okazji na to niż obecny kryzys.
Jak na kryzys reagują klienci?
A skoro o rynku mowa: konsumenci głosują portfelami. Najnowsza analiza danych platformy Ootmoto potwierdza wyraźny wzrost realnego zainteresowania klientów samochodami elektrycznymi. Od końca lutego 2026 r. liczba bezpośrednich zapytań w tej kategorii wzrosła o blisko 39 proc., przy jednoczesnej korekcie popytu na pojazdy z silnikami diesla. To nie deklaracje w ankiecie – to realne kliknięcia ludzi, którzy szukają auta i porównują koszty.
I trudno się dziwić. Firmy taksówkarskie masowo przesiadają się na elektryki – nie dlatego, że chcą ratować planetę, ale dlatego, że im się to zwyczajnie opłaca. Kiedy taksówkarz, który liczy każdą złotówkę, wybiera auto elektryczne zamiast LPG, to najlepsza recenzja technologii, jaką można dostać. Żadna kampania marketingowa nie zastąpi kalkulatora. Sam korzystam od dwóch lat z auta elektrycznego i nie żałuję – kolejny model na pewno też będzie elektryczny.
Wiecie, kto nas wyprzedza w adopcji aut elektrycznych? Ukraina, kraj o sile nabywczej (PKB) nawet trzy razy niższej od Polski – notuje dynamiczny rozwój elektromobilności. Mimo wojny import używanych aut elektrycznych rośnie lawinowo. W 2025 roku Ukraina zarejestrowała więcej aut elektrycznych niż Polska. Na Białorusi, pomimo sankcji, elektryczne busy i auta stają się codziennością w Mińsku.
Te kraje nie elektryfikują się z luksusowej fanaberii – one to robią, bo generuje to gigantyczne oszczędności dla konsumentów. Tłumaczenie, że "Polskę na to nie stać", jest po prostu nieprawdziwe, skoro robią to kraje biedniejsze od nas.
"CPN" nie wystarczy
Pakiet "Ceny Paliw Niżej" jest potrzebny tu i teraz – nie kwestionuję tego. Ale jeśli za trzy lata będziemy uchwalać kolejny pakiet ratunkowy, bo kolejny konflikt wywinduje ceny ropy, to będzie znaczyło, że zmarnowaliśmy ten moment. A moment jest wyjątkowy.
Mamy największą w UE fabrykę baterii do m.in. aut elektrycznych pod Wrocławiem, mamy całkiem nieźle rosnącą sieć ładowarek, mamy coraz więcej Polaków, którzy po prostu umieją liczyć i widzą, że "litr" prądu kosztuje trzy złote, a litr diesla – prawie osiem. Mamy wreszcie unijne środki na transformację, które czekają na sensowne projekty.
Dywersyfikacja źródeł energii w transporcie to nie lewicowy kaprys i nie brukselski wymysł. To jest dokładnie ta sama logika bezpieczeństwa, która kazała nam budować gazoport i rurociąg po dnie Bałtyku. Tylko że tym razem chodzi o kable, przez które płynie prąd, a nie gaz.
Obecny kryzys paliwowy to dzwonek alarmowy, ale i szansa. Szansa, żeby wreszcie przestać łatać dziury i zacząć budować system, w którym cena baryłki ropy nie decyduje o tym, czy Polaków stać na wyjazd na wakacje. Kto tego nie widzi, niech jeszcze raz spojrzy na paragon ze stacji paliw.
Autorem opinii jest Michał Hetmański, ekonomista, prezes think-tanku Fundacja Instrat, Visiting Senior Fellow na London School of Economics. Tekst powstał przy wsparciu narzędzi AI.