Polska wchodzi w nową erę. W grze setki miliardów zł [OPINIA]
Polska wchodzi w nową epokę polityki gospodarczej, epokę gospodarki bezpieczeństwa. Wydatki na obronność rosną do poziomów niewidzianych od czasów zimnej wojny. Już dziś Polska w NATO wydaje najwięcej na obronność w relacji do PKB, przeznaczając około 5,0 proc. gospodarki na wojsko - pisze w komentarzu dla money.pl Piotr Arak, główny ekonomista VeloBanku.
Tekst powstał w ramach projektu WP Opinie. Przedstawiamy w nim zróżnicowane spojrzenia komentatorów i liderów opinii publicznej na kluczowe sprawy społeczne i polityczne. Poniższy tekst nie jest rekomendacją redakcji ws. inwestowania, z którym zawsze wiąże się ryzyko.
To oznacza jedno: bezpieczeństwo kosztuje. I to bardzo dużo. W praktyce mówimy o dodatkowych setkach miliardów złotych w ciągu roku! Pieniądzach potrzebnych na nowoczesne systemy obrony powietrznej, artylerię rakietową czy nowe zdolności technologiczne.
"Nikt sobie nie uświadamia". Porównał Polskę i USA
Unia Europejska uruchamia do tego wspólny kredyt, ale w Polsce po doświadczeniach z opóźnieniem przekazywania środków z KPO połowa polskiej sceny politycznej nie jest optymistycznie nastawiona do tych pieniędzy z dodatkowymi warunkami. Dlatego szuka alternatyw, które obniżą koszt zaciągania zobowiązań, przynajmniej w wysokości długu z UE.
Pokusa złota - sprytne rozwiązanie tylko pozornie
Pierwszy z nich to wykorzystanie rezerw złota NBP. W teorii mechanizm wygląda atrakcyjnie: złoto kupowane przez bank centralny często wiele lat temu ma dziś znacznie wyższą wartość rynkową. Sprzedaż części rezerw pozwoliłaby zrealizować duży zysk księgowy, który następnie mógłby zostać przekazany do budżetu państwa.
Na pierwszy rzut oka wygląda to, jak sprytne rozwiązanie - pieniądze pojawiają się bez formalnego zwiększania długu publicznego. Problem w tym, że rynki finansowe patrzą na takie operacje nie tylko przez pryzmat księgowości. Jeżeli bank centralny zaczyna być wykorzystywany do finansowania wydatków państwa, pojawia się pytanie o jego niezależność.
Co ciekawe, NBP może decydować się na zakup złota na rynku de facto nie zmieniając nic w swoich zasobach kruszca i tworząc stratę, ale zysk w 95 proc. idzie do budżetu, a strata jest księgowana na bilansie NBP. Wszystko jest zgodne z prawem i konstytucją. Choć niekoniecznie z interpretacją wielu ekonomistów. Zwolennikiem takiego podejścia od lat jest prof. Grzegorz Kołodko.
Jeżeli byłaby sprzedaż złota, to nasza waluta mogłaby aprecjonować (jej wartość względem innych walut by rosła - przyp. red.), a przez skup deprecjonować (jej wartość względem innych walut by spadała - przyp. red.), co sprawiałoby, że bilans kursu złotego byłby neutralny. Jeżeli jednak kupujemy dużo za granicą, to nie ma wpływu na bilans płatniczy.
Emisja obligacji a w tle inflacja
Drugi pomysł jest według mnie, mniej kontrowersyjny. Zakłada emisję obligacji skarbowych, które następnie byłyby skupowane przez bank centralny z rynku wtórnego - czyli w praktyce formę luzowania ilościowego (działanie, w którym bank centralny skupuje od banków komercyjnych np. obligacje, zwiększając tym samym ilość gotówki w gospodarce - przyp. red.).
Takie operacje nie są niczym niezwykłym w świecie zachodnim. Po kryzysie finansowym i w czasie pandemii stosowały je największe banki centralne świata. Problem polega jednak na tym, że były one prowadzone w zupełnie innym środowisku makroekonomicznym - przy bardzo niskiej inflacji.
Inflacja w Polsce wraca dopiero do celu banku centralnego, a gospodarka rośnie w tempie przekraczającym 3 proc. W takich warunkach zwiększanie bilansu banku centralnego byłoby trudne do pogodzenia z nadal restrykcyjną polityką stóp procentowych. Choć jeżeli byłoby to dawkowane przez lata, zamiast jednej dużej emisji, to nie musiałoby wywoływać negatywnych efektów.
Co nie oznacza, że nie powstałaby klasyczna niespójność polityki makroekonomicznej: z jednej strony walka z inflacją, z drugiej zwiększanie podaży pieniądza. Rynki finansowe zwykle reagują na takie sygnały wyższymi rentownościami obligacji i słabszą walutą.
SAFE nie angażuje banku centralnego
Ostatnią opcją i raczej domyślną jest SAFE - Security Action for Europe. To rozwiązanie przypomina mechanizm zastosowany po pandemii w funduszu odbudowy: Komisja Europejska emituje wspólny dług, a następnie udziela państwom członkowskim pożyczek na określone cele. W pierwszej transzy Polska mogłaby liczyć na kilka miliardów euro.
Ekonomicznie taki instrument ma kilka bardzo istotnych zalet. Po pierwsze, koszt finansowania. Wspólny dług unijny jest zwykle tańszy niż obligacje emitowane przez pojedyncze państwa, bo stoi za nim najwyższy rating kredytowy i ogromna skala gospodarki europejskiej. Różnica oprocentowania może sięgać kilkudziesięciu, a nawet ponad stu punktów bazowych, co przy wieloletnim finansowaniu robi realną różnicę dla budżetu (około 2 mld zł rocznie w porównaniu z finansowaniem własnym).
Po drugie, SAFE nie angażuje banku centralnego. Nie ma tu luzowania ilościowego, nie ma kreatywności z bilansem NBP. Z makroekonomicznego punktu widzenia to rozwiązanie znacznie bardziej "czyste".
SAFE ma również pewną naturalną zaletę techniczną: walutę. Jeśli pieniądze trafiają do Polski w euro, a część wydatków obronnych i tak jest realizowana za granicą, na przykład przy zakupie sprzętu wojskowego, powstaje naturalne zabezpieczenie bilansu płatniczego. W praktyce oznacza to mniejsze ryzyko dla złotego i mniejszą presję na kurs walutowy.
Wspólne pieniądze w UE rzadko są całkowicie bezwarunkowe. Komisja Europejska może powiązać dostęp do środków z określonymi kryteriami: od zasad praworządności po kierunki wydatków. Z punktu widzenia Brukseli to sposób na koordynację polityk bezpieczeństwa, ale dla rządów krajowych oznacza to zawsze pewien poziom negocjacji i sporów.
Dlatego SAFE raczej nie będzie dla Polski rozwiązaniem całego problemu finansowania zbrojeń. Nasza roczna skala wydatków jest bowiem większa niż 184 mld PLN. Tylko w tym roku wydamy na wojsko 200 mld PLN.
Co, gdzie i za ile chcemy kupić. Oto prawdziwy wybór
Debata o finansowaniu zbrojeń sprowadziła się do technicznych dyskusji o instrumentach finansowych. Tymczasem w rzeczywistości chodzi o coś więcej: o model gospodarki w czasie geopolitycznego napięcia. Co chcemy kupować? Gdzie chcemy to produkować? Jakie efekty mnożnikowe chcemy uzyskać? Jaka ma być ta armia, która ochroni polskie granice i przy okazji sprawi, że będziemy prowadzić aktywną politykę przemysłową?
Polska stoi dziś przed wyzwaniem podobnym do tego, które w XX wieku przechodziły państwa zachodnie: jak zwiększyć wydatki na bezpieczeństwo, nie tracąc stabilności makroekonomicznej. RFN, czy Francja całkiem skutecznie wyszły na świadomym budowaniu przemysłu w oparciu na inwestycjach państwowych. Planujemy zrobić to samo? Mam nadzieję, ale te kwestie się nie przebijają.
Najbezpieczniejsza odpowiedź jest jednocześnie najmniej spektakularna. Stojąc obok egzystencjalnego zagrożenia jakim jest groźba wojny, powinniśmy korzystać ze wszystkich instrumentów do dyspozycji, ale w proporcjach, które nie powodują zbyt wielu kosztów.
Planujemy kupować coś na rynku europejskim? Świetnie, sfinansujmy to wszystko z SAFE. Mamy walutę do zabezpieczenia transakcji.
Budujemy huty stali i fabryki amunicji? Pewnie to będzie finansowane z polskiego długu.
Mamy problem z wysokością deficytu i narastaniem długu? Wykorzystajmy zyski NBP, by poprawić bilans fiskalny państwa.
Dostosujmy instrumenty finansowe do tego, co chcemy kupić, a nie dostosowujmy tego, co chcemy kupić do formy kredytu, czy finansowania.
Innymi słowy, skoro grozi Polsce najgorsze, to państwo powinno współpracować, by zaradzić temu zagrożeniu przy najmniejszym koszcie.
Piotr Arak, główny ekonomista VeloBank