Propozycję bonu mieszkaniowego dla rodziców wysunęli w ubiegłorocznej książce "Jak uniknąć demograficznej katastrofy" Bartosz Marczuk, wiceminister rodziny, pracy i polityki społecznej w rządach PiS oraz Michał Kot, współtwórca fundacji Instytut Pokolenia. W ostatnich dniach zrobiło się o niej głośno za sprawą wywiadu, którego pierwszy z autorów udzielił "Plusowi Minusowi", weekendowemu wydaniu "Rzeczpospolitej".
Do tej rozmowy krytycznie odniosła się w serwisie X ministra funduszy i polityki regionalnej Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz, ściągając uwagę na nienowy już pomysł. "Znowu dopłaty do kredytów. Jak wyrzucisz oknem, wchodzą kominem" – grzmiała, nawiązując do programu "Bezpieczny Kredyt 2 proc.", realizowanego pod koniec rządów PiS. "Takie 'bony' podbiją ceny mieszkań. Ci, co dostaną 100 tys. zł zapłacą na koniec o te 100 tys. zł drożej. Reszta (w tym rodziny z wcześniej urodzonymi dziećmi) będzie musiała wyłożyć na mieszkania więcej" – kontynuowała.
DLA CIEBIEWolność czy pieniądze? Zawsze płacisz jakąś cenę - Alina Sztoch II Pierwsza Praca #2
Chybiony pomysł i chybiona krytyka
Koncepcję bonu mieszkaniowego uważam za chybioną, ale równie chybiona - i niesprawiedliwa - jest ta akurat linia jej krytyki. Marczukowi, ekspertowi Instytutu Sobieskiego, uchodzącego za intelektualne zaplecze PiS, a także członkowi Rady Rodziny i Demografii przy prezydencie Karolu Nawrockim, oberwało się jako osobie związanej z tym obozem politycznym, choć w czasie, gdy wykuwała się idea dopłat to kredytów na pierwsze mieszkanie, od dawna nie był już w rządzie (od 2018 r. piastował stanowisko wiceprezesa Polskiego Funduszu Rozwoju).
Nie jest też jasne, czy ją popierał. W mediach o "Bezpiecznym Kredycie 2 proc." wypowiadał się pochlebnie, ale gdy stało się jasne, że program wywołał skokowy wzrost cen mieszkań, zastrzegał, że jego propozycja jest wolna od tej wady.
Bon mieszkaniowy mógłby wprawdzie służyć na pokrycie wkładu własnego przy zakupie mieszkania na kredyt, ale nie byłby to warunek, aby z niego skorzystać. Pieniądze te – od około 50 tys. zł przy pierwszym dziecku do 100 tys. zł przy trzecim i kolejnych –beneficjenci mogliby wykorzystać również na remont już zajmowanego lokalu, żeby dostosować go do powiększającej się rodziny. Dodatkowy popyt na mieszkania z pewnością by się pojawił, ale nie byłby skumulowany w krótkim czasie i w największych miastach, pozwalając deweloperom na dostosowanie oferty.
Paradoksalnie, ministra Pełczyńska-Nałęcz i inni wrogowie "bankowo-deweloperskiego lobby", krytykując pomysł Marczuka i Kota przyjmują to samo błędne założenie co oni. W sytuacji materialnej młodych ludzi, w szczególności zaś w ich warunkach bytowych, upatrują istotnej przyczyny spadku współczynnika dzietności w Polsce do niespełna 1,1 dziecka na kobietę, czyli głęboko poniżej poziomu zapewniającego zastępowalność pokoleń (wskaźnik ten pokazuje, ile dzieci będzie prawdopodobnie miała kobieta przed ukończeniem 50 roku życia, przy założeniu, że w kolejnych latach swojego życia będzie rodziła z częstotliwością obserwowaną obecnie wśród kobiet w takim wieku).
W rzeczywistości zależność między szeroko rozumianą sytuacją materialną młodych ludzi a ich decyzjami prokreacyjnymi jest tak nieoczywista, że w żadnym razie nie może stanowić uzasadnienia dla programu, którego koszt autorzy szacują na około 20 mld zł rocznie. Szczególnie, że podobne koncepcje już nad Wisłą testowaliśmy. Programy Rodzina na Swoim i Mieszkanie dla Młodych, realizowane kolejno w latach 2007-2018, również ułatwiały zakup pierwszego mieszkania, w szczególności rodzicom. Jeśli miały jakiś wpływ na dzietność, to co najwyżej taki, że zahamowały jej spadek. A i to jest wątpliwe.
Racjonalizacja, a nie wyjaśnienie
Zwolennicy wspierania dostępności mieszkań dla potencjalnych rodziców powołują się na wyniki ankietowych badań wśród młodych ludzi dotyczących barier dla dzietności. Marczuk w swoim wpisie na X, w którym próbował prostować nieporozumienia narosłe wokół wywiadu, twierdzi, że "także w polskich badaniach mieszkania wysuwają się na czołowe pozycje jeśli chodzi o deklarowane bariery dzietności".
To gruba przesada. W badaniu CBOS z 2025 r. wśród osób z pokoleń Z (18-29 lat) i Y (30-44 lata) tylko 9-10 proc. respondentów (w zależności od tego, czy myśleli o pierwszym dziecku, czy o kolejnym) brak planów prokreacyjnych tłumaczyło nieodpowiednimi warunkami mieszkaniowymi. Zdecydowanie poważniejszymi przeszkodami były "potrzeba niezależności" i "zbyt duża odpowiedzialność", a w przypadku pierwszego dziecka także nadmiernie restrykcyjne prawo aborcyjne.
Badania, które sugerują, że bariera dostępności mieszkań jest bardziej dotkliwa, często są źle zaprojektowane. Wymagają od młodych ludzi racjonalizacji decyzji prokreacyjnych, które należą do najmniej racjonalnych w życiu. Bezdzietni lub małodzietni ludzie pytani o to, dlaczego nie mają w ogóle lub więcej potomków, sami nie znają zwykle klarownej odpowiedzi. Sięgają więc po slogany, które krążą w debacie publicznej, nierzadko suflowane im wprost przez to, jak sformułowana jest ankieta.
Dla coraz większej liczby osób fundamentalną przyczyną tego, że nie myślą o rodzicielstwie, jest to, że nie spotkały odpowiedniego partnera. Kojarzenie trwałych par staje się bowiem coraz trudniejsze z powodu cyfryzacji kontaktów międzyludzkich oraz narastających rozbieżności światopoglądowych między młodymi kobietami i mężczyznami.
A gdy potencjalnym rodzicom uda się już spotkać, decyzje prokreacyjne opóźniają im aspiracje zawodowe oraz liczne inne alternatywne możliwości samorealizacji, z którymi rodzicielstwo może kolidować. Szczególnie że współcześnie jest ono bardziej angażujące czasowo niż w przeszłości. Żadnej z tych kulturowych i cywilizacyjnych barier dla dzietności nie da się osłabić dopłatami do mieszkań ani jakimikolwiek innymi transferami pieniężnymi dla rodzin.
Ogromna pomoc, niewielkie efekty
Nie powinno więc dziwić, że ani we współczesnej historii Polski, ani w porównaniach międzynarodowych, nie widać żadnej jednoznacznej zależności między dzietnością a poziomem wsparcia materialnego dla rodziców lub dostępnością cenową mieszkań (dostępność fizyczna, czyli to, czy na rynku istnieją odpowiednie dla rodzin nieruchomości, to osobna kwestia). Ilustruje to poniższy wykres.
W żadnym z państw OECD poziom preferencji podatkowych dla rodzin z dziećmi – z uwzględnieniem bezwarunkowych transferów pieniężnych, takich jak 800 plus - nie jest tak duży, jak nad Wisłą. A mimo to pod względem współczynnika dzietności Polska jest w ogonie krajów należących do tej organizacji. Ogólnie zaś korelacja między tymi wskaźnikami jest raczej ujemna: im większy zakres wsparcia, tym niższa dzietność.
Oczywiście, korelacja to nie to samo co związek przyczynowo-skutkowy. To, że w Polsce szeroko rozumiana polityka publiczna jest szczodra dla rodzin z dziećmi jest w pewnym stopniu odpowiedzią na problem malejącej dzietności. Nie można wykluczyć, że ta polityka zahamowała spadek liczby rodzących się nad Wisłą dzieci. Ale ten efekt był w najlepszym razie niewielki, skoro i tak dzietność zmalała bardziej niż w innych krajach OECD. A to oznacza, że koszty programów pronatalistycznych (tzn. takich, które miały w zamierzeniu zwiększyć liczbę urodzeń) nie były prawdopodobnie uzasadnione.
Oto podstawowy błąd polskiej polityki rodzinnej
Powód jest oczywisty, także dla Bartosza Marczuka. Wsparcie dla rodziców w Polsce nie jest obecnie uzależnione od dochodu. Świadczenia z programów 800+ oraz "Aktywny rodzic", a także ulgi w PIT – czyli fundamenty naszej polityki prorodzinnej – przysługują na każde dziecko, także rodzicom, którzy zupełnie ich nie potrzebują.
Były wiceminister rodziny, pracy i polityki społecznej przyznaje, że to błąd. W przeszłości był zwolennikiem utrzymania kryterium dochodowego w przypadku świadczenia wychowawczego (wówczas 500+) na jedyne dziecko w rodzinie. Dzisiaj proponuje zaś, aby bon mieszkaniowy sfinansować właśnie przywracając kryterium.
Sam bon mieszkaniowy również miałby jednak charakter powszechny. Mogliby z niego skorzystać wszyscy rodzice nowo urodzonych dzieci, niezależnie od tego, czy rzeczywiście mają trudność ze zdobyciem adekwatnego mieszkania. Trudno więc zrozumieć, w czym ten bon miałby być lepszy niż 800+ na każde dziecko, włącznie z pierwszym. Bon zapewniałby parze pierworodnego dziecka jednorazowy transfer w wysokości około 50 tys. zł. Świadczenie wychowawcze zapewnia taki dochód w ciągu około pięciu lat. Z powodzeniem można je wykorzystać do poprawy sytuacji mieszkaniowej.
Problem z bezwarunkowymi świadczeniami dla rodzin jest jednak głębszy. W Polsce, podobnie jak w wielu innych krajach Europy, najwięcej dzieci rodzi się w rodzinach o wysokich i o niskich dochodach, najmniej zaś w tych o przeciętnych dochodach. Duża część tych transferów siłą rzeczy trafia do rodzin zamożnych, co jest frustrujące dla osób bezdzietnych – w tym tych, dla których nie jest to konsekwencja wyboru.
To jeden z powodów tego, że polska polityka rodzinna antagonizuje społeczeństwo i szkodzi wizerunkowi rodziny. W oczach sporej części bezdzietnych Polaków wsparcie dla rodziców jest tak duże, że wielu z nich decyduje się na dzieci dla pieniędzy, nawet jeśli faktycznie pomoc państwa pokrywa zaledwie ułamek kosztów wychowania. Ta podejrzliwość uwidoczniła się rok temu w czasie dyskusji o odebraniu prawa do 800 plus niepracującym imigrantom.
Bon to ersatz właściwej polityki mieszkaniowej
Nie mam wątpliwości co do tego, że dla niektórych potencjalnych rodziców, szczególnie myślących o kolejnym dziecku, brak odpowiednich warunków mieszkaniowych stanowi poważną przeszkodę. Państwo powinno im pomóc, ale dokładnie na tej samej zasadzie, na jakiej pomaga innym obywatelom, którym problemy mieszkaniowe utrudniają realizację ważnych planów, np. edukacyjnych lub zawodowych.
To wymaga kompleksowej polityki mieszkaniowej zamiast wybiórczej, adresowanej wyłącznie do rodzin. Dla poczucia bezpieczeństwa młodych osób, które ma istotny wpływ na ich decyzje prokreacyjne – o czym Bartosz Marczuk mówił sporo w przywołanym na początku wywiadzie – miałoby to większe znaczenie niż powszechny bon mieszkaniowy dla rodziców.
Ta propozycja ma jeszcze jeden istotny mankament, znany też z poprzednich programów wspierających dostępność mieszkań dla młodych Polaków. Byłaby krzywdząca dla wszystkich rodzin, które zdecydowały się na potomstwo pomimo nienajlepszych warunków bytowych lub ponosząc samodzielnie ogromne wydatki na ich poprawę – szczególnie tych, które zrobiły to niedługo przed uruchomieniem tego programu.
Nie przekonuje mnie argument, że każdą zmianę w polityce publicznej trzeba kiedyś wdrożyć, a więc zawsze pojawią się przegrani, którzy się na nią nie załapali. Takiego wykluczającego charakteru nie miał bowiem program 500/800 plus, który objął wszystkie dzieci, a nie tylko nowo urodzone. I nie miałaby go też polityka mieszkaniowa adresowana do wszystkich osób, które nie są w stanie zapewnić sobie odpowiednich warunków bytowych na komercyjnym rynku nieruchomości. Rzecz w tym, że kosztowna i nieskuteczna polityka prorodzinna przekreśla szansę na stworzenie w Polsce kompleksowej siatki zabezpieczeń społecznych.