Przepływał przez Cieśninę Ormuz. Po latach wspomina: cały czas strach, czuć było ryzyko
Przepływał przez Cieśninę Ormuz. Po latach wspomina: cały czas strach, czuć było ryzyko
- Cztery razy przepływałem przez Cieśninę Ormuz już po kolejnej wojnie w Zatoce Perskiej w 2003 roku. Strach był cały czas i czuć było napiętą atmosferę. Na wodzie plamy ropy i masakrycznie wysokie temperatury - tak Leszek Kłoda, kapitan żeglugi wielkiej z 40-letnim doświadczeniem, wspomina w rozmowie z money.pl rejsy przez kluczowy punkt na mapie świata.
Cieśnina Ormuz. Kluczowy punkt na paliwowej mapie świata
Po wybuchu wojny Stanów Zjednoczonych i Izraela z Iranem żegluga w Cieśninie Ormuz została poważnie zakłócona. Iran grozi atakami na statki, a wielu armatorów unika przepływu przez ten rejon ze względów bezpieczeństwa.
Przepływał przez Cieśninę Ormuz. "Temperatura była masakryczna"
Leszek Kłoda, emerytowany kapitan żeglugi wielkiej z 40-letnim doświadczeniem, w sumie cztery razy przepływał przez Cieśninę Ormuz. Wspomina, że było to po kolejnej wojnie w Zatoce Perskiej w 2003 roku.
Wylicza, że z Brazylii płynęli pod Afryką i to zajęło im ok. 15 dni. Potem była Zatoka Adeńska i wejście do Zatoki Perskiej. W sumie ich podróż trwała nawet 25 dni.
- Transportowaliśmy rudę żelaza z Brazylii do Iranu. Wszędzie było widać ślady zakończonego konfliktu - plamy ropy na wodach w Zatoce Perskiej, nigdzie nie było ryb, wszystkie padły - wspomina kapitan.
Szybko wskazuje, co było najbardziej uciążliwe dla załogi.
- Temperatura była masakryczna, pokład nagrzewał się nie do wytrzymania. Uszczelnienia nie wytrzymywały ciśnienia. Na pokładzie można było rozbić jajka i po kilku sekundach były już sadzone. Mieliśmy przerwy w pracy od godz. 10.00 do 16.00, a i tak było ciężko - opowiada Leszek Kłoda.
I dodaje, że choć konflikt był już zakończony i bezpośredniego zagrożenia nie było, to strach towarzyszył załodze cały czas.
Człowiek ma gdzieś z tyłu głowy, że tam jeszcze chwilę temu był konflikt, że teren wciąż jest zaminowany. Czuje to ryzyko. Strach był cały czas - opowiada kapitan Kłoda.
Przypomina jednak, że międzynarodowe prawo wskazuje na dobrowolność pływania w rejonach zagrożonych.
- Załoga może zejść na ląd w bezpiecznym porcie. Stawki za taki rejs są oczywiście odpowiednio wysokie i one również są regulowane przepisami. Wtedy pamiętam za rejs przez Cieśninę Ormuz można było zarobić nawet 5 tys. dolarów. W tamtych czasach to było sporo pieniędzy - wspomina Leszek Kłoda.
"Były wizyty strażników rewolucji"
Podkreśla także, że transporty w rejon krajów arabskich wiązały się także ze specjalnymi restrykcjami.
- Były wizyty strażników rewolucji na pokładzie, szukali pornografii czy butelek po alkoholu, co było absolutnie zabronione. Za to mogła grozić tam nawet kara śmierci. Ważne było, żeby mieć swoje jedzenie, bo tam była tylko baranina, a wszyscy na pokładzie jedli wieprzowinę, która również była tam zabroniona. Więc zapasy musiały nam starczyć na podróż do celu i z powrotem - opowiada kapitan z 40-letnim doświadczeniem.
Według niego pływanie teraz przez cieśninę to ogromne ryzyko.
- Ludzie nie chcą pływać tam, gdzie toczy się wojna. Armatorzy wiedzą też, że puszczenie statku w rejon zagrożenia oznacza utratę ubezpieczenia. Szkody lub ewentualna strata statku to ogromne koszty - zaznacza kapitan.
Przez cieśninę przepływa od jednej piątej do jednej trzeciej światowego transportu morskiego ropy naftowej i spora część transportu gazu ziemnego. To jedyna morska trasa dla ropy z Iranu, Arabii Saudyjskiej, Zjednoczonych Emiratów Arabskich, Bahrajnu, Kuwejtu i Iraku.
Według danych firmy konsultingowej Kpler w 2025 r. przez cieśninę przepływało ponad 14 mln baryłek ropy dziennie, w tym około trzech czwartych trafiało do Chin, Indii, Japonii i Korei Południowej. Chiny, druga co do wielkości gospodarka świata, pozyskują przez cieśninę połowę importowanej ropy.
Malwina Gadawa, dziennikarka money.pl
Malwina Gadawa
Absolwentka Stosunków Międzynarodowych, Administracji i Prawa. Zawodowe doświadczenie zdobywała m.in. w Gazecie Wrocławskiej i Radiu Wrocław. Polowanie na informacje i polityków ma we krwi. Nie gubi się także w gąszczu prawniczych paragrafów.
Od dziecka zajmowała ją polityka, zamiast bajek ciekawsze było dla niej zaprzysiężenie prezydenta. Najpierw skończyła Stosunki Międzynarodowe, ale było jej mało, więc dołożyła do tego Administrację i Prawo na Uniwersytecie Wrocławskim. Pracowała w Gazecie Wrocławskiej i Radiu Wrocław. "Drogę jeszcze odnajdę, tymczasem z gubienia mam frajdę" - to jej dewiza na odkrywanie świata, dlatego najbardziej lubi atmosferę stacji benzynowych, dworców i lotnisk — żeby ciągle znajdować się w nowym a ciekawym miejscu. Jeść sushi pałeczkami nauczyła się dopiero w Japonii, więc to, jak się tańczy tango, zobaczy wkrótce w Argentynie. Ma pamięć do rozmów jak Truman Capote. Najbardziej lubi wracać do jego powieści "Z zimną krwią".