"Idiotyczny podatek". Szef Ryanaira uderza w UE i apeluje do rządu Tuska
Coś takiego mogła wymyślić tylko Ursula von der Leyen – mówi money.pl Michael O'Leary, prezes Ryanaira, o unijnym podatku obciążającym podróże lotnicze. Krytykuje też pomysł reformy Urzędu Lotnictwa Cywilnego – uważa, że "kilka złotych" dopłaty to "pójście na łatwiznę". Pytamy go również o reformę praw pasażerów i jego własny postulat – limitu sprzedaży alkoholu na lotniskach.
Marcin Walków, money.pl: Polska prezydencja podjęła reformę praw pasażerów w UE. Parlament Europejski później zmienił część z proponowanych zapisów. Jak ocenia pan obecnie przyjęty kierunek?
Michael O’Leary, CEO Ryanair: To były dobre, rozsądne propozycje. Szczególnie ta, dotycząca podniesienia dolnej granicy uprawniającej do rekompensaty za opóźniony lot – z trzech godzin do czterech i pięciu godzin. Biorąc pod uwagę szerszy kontekst, taki jak długotrwałe niedobory kadrowe w kontroli ruchu lotniczego, ten postulat był naprawdę zasadny. Linie lotnicze płacą za opóźnienia powstałe nie z ich winy.
Nawet 600 euro za opóźniony lot. Dlaczego linie lotnicze odmawiają pasażerom wypłaty odszkodowań?
Europosłowie zdecydowali jednak, że rewolucji nie będzie – próg trzech godzin zostaje.
Bo zawsze tak jest, że dobry projekt trafia do negocjacji z Parlamentem Europejskim, pełnym wariatów, którzy dodają do niego najróżniejsze bzdury. W czasach, gdy Unia Europejska musi być bardziej konkurencyjna, nie potrzebujemy kolejnych idiotycznych sugestii ze strony PE. Bo efekt jest odwrotny – latanie staje się mniej konkurencyjne.
Unia Europejska powinna się skupić na ważniejszych problemach. Mamy Putina na Kremlu, prowadzącego wojnę w Ukrainie, i Donalda Trumpa w Białym Domu. Jak również na tym, że Europa zostaje w tyle, bo nie jest konkurencyjna.
Jeśli ci wszyscy idioci w Brukseli martwią się o pasażerów, powinni znieść podatki środowiskowe i naprawić system kontroli ruchu lotniczego. A nie zajmować się obroną prawa do drugiej, darmowej sztuki bagażu podręcznego. To nie ma nic wspólnego z konkurencyjnością.
Zapis o "darmowej walizce" uderzyłby najbardziej w Ryanaira i Wizz Aira. Skończyłoby się pobieranie dopłat za możliwość wniesienia jej na pokład.
Nie sądzę, że ten zapis wejdzie w życie. Jeśli jednak jakimś cudem przejdzie, to zniweczy nasze wysiłki, aby zapewniać 25-minutową rotację. Bo w takim czasie jesteśmy w stanie wylądować na lotnisku, wypuścić cały samolot pasażerów, wpuścić na pokład kolejne 189 osób i wystartować. Jeśli ten przepis wejdzie w życie, setki tysięcy lotów rocznie będą opóźnione.
Dlaczego?
Bo na pokładzie nie ma i nie będzie miejsca na dwa bezpłatne bagaże podręczne dla każdego pasażera. Trzeba będzie zabierać je do luku. Powiem więcej, pasażerowie tego naprawdę nie potrzebują. Połowa naszych pasażerów z tego korzysta, druga – leci tylko z jednym, małym bagażem podręcznym, który mieści się pod fotelem i jest bezpłatny. I co się dzieje? Nie ma rewolucji, nie ma buntu i protestów.
Dlatego mówię "banda idiotów", bo co rusz wymyślają kolejną głupotę. Skutek będzie taki, że ten przepis podniesie ceny biletów dla wszystkich. Naprawdę, świetna propozycja, brawo.
Może po prostu chodzi o pieniądze? Ryanair słynie z restrykcyjnej polityki bagażowej, a pracownicy dostają bonus za każdego "złapanego" przed gate'em.
I co z tego?
To, że żądanie dopłaty za bagaż, który przekracza dozwolone wymiary o 1 cm, jest co najmniej... kontrowersyjne. Co pan odpowie pasażerom, którzy uważają, że to po prostu niesprawiedliwe?
Przestrzegajcie zasad, to naprawdę nic trudnego. Tylko w ubiegłym roku 208 mln pasażerów kupiło bilet na lot Ryanairem i potwierdziło, że będą podróżować z bagażem, który nie przekracza określonych wymiarów. Dla bezpłatnego bagażu pod fotelem to 40x30x20 cm. I ponad 99 proc. przechodzi kontrolę przy bramkach bez problemu. Jest mniej niż 1 proc. naszych pasażerów, którzy przyjeżdżają na lotnisko z plecakiem, torbą lub walizką, które przekraczają dozwolone wymiary i/lub wagę – i oni mają zapłacić.
Nawet jeśli z tzw. sizera wystaje rączka walizki albo 1 cm plecaka?
Nie wierzę, że w takich przypadkach chodzi o 1 cm, raczej o 5 cm lub jeszcze więcej. Jeśli bagaż nie mieści się w sizerze, to się nie mieści. Proste. Nie możemy przymykać oka na pasażerów, którzy przychodzą nie z jedną, a dwiema lub trzema sztukami bagażu. Albo myślą, że jak wykupili opcję Priority, to ich walizka kabinowa może ważyć 15 kg, zamiast dozwolonych 10 kg. I nie ma znaczenia, że to "tylko" mała, dodatkowa torebka, "tylko" 2 cm więcej, "tylko" 5 kg więcej. Zasady to zasady.
Jedyna droga, żeby utrzymać niskie ceny biletów, to utrzymanie wysokiej efektywności. A ta oznacza 25-minutową rotację, która nie uda się bez sprawnego boardingu. I 99 proc. naszych pasażerów naprawdę to rozumie, przestrzega limitów bagażu. Dlaczego mamy się podporządkować temu 1 proc.?
"1 proc." pojawia się też w kontekście problematycznych pasażerów, którzy zakłócają podróż pozostałym 99 proc. Postulował pan limit sprzedaży alkoholu na lotniskach, by z tym walczyć. Coś się w tej sprawie dzieje?
Nic, lotniska nie są tym zainteresowane. Nadal uważam, że jakaś forma ograniczenia sprzedaży alkoholu w portach lotniczych jest potrzebna. Pijani, a często również będący pod wpływem narkotyków, pasażerowie to rosnące wyzwanie dla linii lotniczych – nie tylko dla Ryanaira, ale dla wszystkich przewoźników w Europie.
Pasażerowie piją jeszcze przed startem, niektórzy już na lotnisku upijają się, a na dodatek zażywają inne substancje. Zarządzający lotniskami nie chcą się tym zajmować. Gdy samolot wystartuje, to już nie jest ich problem, co się dzieje na pokładzie.
Na pokładzie samolotu też można kupić i spożywać alkohol.
Nie widzę problemu, gdy ktoś wypije jedno wino lub piwo, albo nawet dwa. Potem jednak niech przerzuci się na kawę albo wodę. Nie chcemy zmusić ludzi do rezygnacji z alkoholu, jednak limit w postaci dwóch drinków na osobę naprawdę wystarczy. A jak już piłeś, to się zachowuj. Ale dziś na pokład samolotu wchodzą osoby, które jeszcze przed startem są wręcz przesiąknięte alkoholem – i to jest poważny problem.
Może wystarczy właśnie takich "delikwentów" nie wpuszczać?
To nie jest takie proste. Lotniska i obsługa naziemna wolą nie widzieć problemu. Nie tak łatwo "wychwycić" takiego pasażera podczas boardingu – wystarczy, że się nie zatacza i nie przewraca. Dopiero gdy siedzi w fotelu, samolot już wystartował, puszczają mu hamulce, staje się agresywny.
W 2025 r. wprowadziliśmy dodatkową opłatę w wysokości 500 euro dla pasażerów, których zachowanie doprowadziło do konieczności wyprowadzenia go z samolotu. I co? Kilka stowarzyszeń konsumenckich, w tym jedno na Węgrzech i drugie w Austrii, pozywa nas do sądu z powodu tej opłaty. Bronią "praw" tego jednego pasażera, a nie pozostałych 188 osób, którym zakłócił lot. To jest absurd.
Polski rząd szykuje reformę – Urząd Lotnictwa Cywilnego ma stać się Agencją Lotnictwa Cywilnego, utrzymywaną już nie z budżetu państwa, ale z dopłat do biletów. Wiceminister Maciej Lasek w money.pl przekonywał, że to "kilka złotych" i "nie ma nic złego w tym, by przewoźnicy trochę dołożyli".
Każdy polityk zawsze twierdzi, że to tylko "kilka złotych". Ale to nigdy nie jest "kilka złotych". Jedną z największych różnic w Europie w tym roku jest to, że kraje takie jak Szwecja, Albania, Słowacja i Włochy znoszą podatki lotnicze i ich rynki rosną szybko.
Inne zaś – Belgowie, Niemcy, Francuzi i być może również Polska - idą w przeciwnym kierunku. Idą na łatwiznę, mówiąc: podnieśmy podatki, wymyślmy nowe. Efekt będzie taki, że te "kilka złotych" spowoduje wzrost cen biletów i zachęci linie lotnicze do lokowania samolotów i baz tam, gdzie podatków nie ma.
Wiceminister ostrzegał, że niektórzy przewoźnicy będą tak "straszyć".
Sprawa jest prosta: ten, kto znosi lub obniża podatki, wygrywa, kto je podnosi, przegrywa. Jeśli polski rząd chce zrobić coś naprawdę dobrego dla lotnictwa, to niech domaga się zniesienia podatków środowiskowych w Unii Europejskiej.
Dlaczego?
Rocznie płacimy 1,6 mld euro z tytułu samych podatków środowiskowych i systemu EU ETS. Ale amerykańskie samoloty lądujące w Europie są z tego zwolnione, azjatyckie i bliskowschodnie linie lotnicze również. To jest podatek nakładany przez UE na Europejczyków.
Jestem wściekły, gdy czteroosobowa rodzina z Polski, lecąc na wakacje na jedną z greckich wysp, musi zapłacić 100 euro z tytułu ETS, a jeśli wybierze wakacje w Turcji, nie zapłaci nic. Na litość boską, Komisja Europejska w ten sposób zniechęca Europejczyków chcących odpoczywać w UE. Coś takiego mogła wymyślić tylko Ursula von der Leyen. To jest idiotyczny podatek. Jeśli polski rząd poważnie myśli o efektywności, konkurencyjności i rozwijaniu rynku lotniczego, niech dąży do zniesienia takich podatków, a nie wymyśla kolejne.
Rozmawiał Marcin Walków, dziennikarz i wydawca money.pl