Linie lotnicze odcięte od Bliskiego Wschodu. Szef Ryanaira liczy, że wojna zakończy się w 10 dni
Wzrost cen ropy naftowej i sytuacja na rynku paliwowym będą miały na nas bardzo niewielki wpływ – mówi money.pl Michael O'Leary, dyrektor generalny Ryanaira. Przewoźnik ten zawiesił połączenia do Jordanii, do Izraela nie latał już od kilku miesięcy. Według O'Leary'ego kluczowe jest to, ile potrwa obecny konflikt. On sam liczy, że mniej niż 10 dni.
Marcin Walków, money.pl: Jak wydarzenia na Bliskim Wschodzie wpłyną na ceny biletów i siatkę połączeń Ryanaira?
Michael O’Leary, CEO Ryanair: W tej chwili niemożliwe jest przewidzenie, jaki ta sytuacja będzie miała wpływ. Wszystko zależy od tego, jak długo potrwa ta wojna. W naszej siatce połączeń mamy 12 lotów dziennie do Jordanii. Przestrzeń powietrzna nad tym krajem jest zamknięta. To oznacza, że straciliśmy te 12 lotów – z perspektywy całej siatki połączeń Ryanaira to nie jest dużo.
Wciąż jednak mamy pasażerów, którzy utknęli w Jordanii i innych krajach Bliskiego Wschodu. Gdy tylko przestrzeń powietrzna zostanie otwarta, będziemy mogli wznowić rejsy i pomóc im wrócić do domów.
LOT ma nowe Boeingi 737 MAX 8. Zmieniono wnętrze samolotów
Rynek surowcowy już zareagował. Notowania ropy naftowej podskoczyły, a to oznacza, że prędzej niż później w górę pójdą ceny paliwa, także lotniczego.
Faktycznie, już w poniedziałek można było zaobserwować skok cen ropy naftowej na światowych rynkach. My jednak stosujemy hedging paliwowy: kontraktami zabezpieczyliśmy dostawy paliwa lotniczego w cenie 67 dol. za baryłkę na kolejne 12 miesięcy. Dlatego sytuacja na rynku paliwowym będzie na nas miała bardzo niewielki wpływ.
A co z cenami biletów?
Obecnie nie dostrzegam znaczącego wzrostu kosztów naszej działalności. Widzimy jednak natychmiastowy i znaczący wzrost liczby rezerwacji biletów w ostatnich dniach. Te osoby, które planowały podróż do Jordanii, Dubaju albo dokądkolwiek na Bliskim Wschodzie, choćby w okresie świąt wielkanocnych, rezygnują z podróży lub zmieniają kierunek. Dlatego podskoczyło zainteresowanie naszymi lotami do Portugalii, Polski, Grecji, Włoch.
Z tej perspektywy nie przewiduję wpływu na nas krótkoterminowych wahań na rynku paliwowym, ale to zauważalnie większe zainteresowanie podróżami w Europie będzie dobre dla naszego biznesu. Skutki na pewno będą odczuwalne w marcu i kwietniu. Co będzie w maju i reszcie sezonu letniego, trudno dziś przewidzieć. Powtórzę: kluczowe jest to, jak długo będzie trwał konflikt na Bliskim Wschodzie. Osobiście mam nadzieję, że skończy się za nie więcej niż 10 dni.
Zostańmy przy cenach biletów w tym roku. Co jeszcze będzie mieć na nie wpływ?
Gdyby zapytał mnie pan przed weekendem, odpowiedziałbym, że dwa czynniki: ograniczenia przepustowości w Europie i niskie ceny ropy naftowej. Ograniczenia przepustowości naturalnie ciągną ceny biletów w górę. Jednak niskie ceny paliwa lotniczego równoważyły ten wpływ.
Pięć dni później jednak sytuacja jest inna: ograniczenia infrastrukturalne cały czas występują, ale z perspektywy branży ceny ropy ciągną w górę ceny paliwa lotniczego. Jeśli konflikt na Bliskim Wschodzie nie potrwa długo, to ten efekt nie będzie długotrwały, będzie bardzo ograniczony.
Czy Ryanair wróci do Izraela? Nie wznowiliście lotów do Tel Awiwu kilka miesięcy temu, gdy inne linie zdecydowały się na powrót.
W tej chwili sytuacja z Izraelem wygląda analogicznie jak w przypadku Jordanii: przestrzeń powietrzna jest zamknięta, więc nie ma tematu. Nie jest bezpiecznie, aby tam latać i dotyczy to wszystkich linii lotniczych, nie tylko Ryanaira. Dobrze widzimy, że sytuacja w regionie jest bardzo niepewna i zmienna.
Myślę jednak, że ruch lotniczy do i z Izraela powróci, gdy tylko będzie to bezpieczne i potwierdzone decyzją władz lotniczych o otwarciu przestrzeni powietrznej. Powód, dla którego już sześć miesięcy temu nie wznowiliśmy lotów do Tel Awiwu, jest inny. Władze lotniska z nami pogrywają.
W jaki sposób?
Latamy z terminala dla linii niskokosztowych. Jednak za każdym razem, gdy dzieje się coś związanego z "kwestiami bezpieczeństwa", przenoszą nas do terminala drogich linii lotniczych i w związku z tym każą płacić wyższe opłaty. A my nie zamierzamy tego robić. Uważam, że ten spór uda nam się prędzej czy później rozwiązać. Na razie jednak jesteśmy całkiem zadowoleni, że nie latamy do Izraela. Przede wszystkim chcemy jak najszybciej wznowić loty do Jordanii, aby umożliwić przebywającym w Ammanie lub Akabie powrót do Europy.
Marcin Walków, dziennikarz i wydawca money.pl