Zwrot na rynku ropy. A wizje były katastroficzne. Co teraz?
Mimo potężnego szoku podażowego wywołanego wojną pomiędzy Stanami Zjednoczonymi i Izraelem a Iranem ceny ropy coraz szybciej wracają do normy. Rynki uniknęły kryzysu, który wydawał się wręcz nieunikniony. - Wiele rzeczy związanych z tym konfliktem było zaskakujących - podsumowuje w rozmowie z money.pl Dawid Czopek, ekspert rynku paliwowego.
Zamknięcie kluczowych szlaków handlowych na Bliskim Wschodzie miało doprowadzić globalną gospodarkę - według prognoz sprzed kilku miesięcy - na skraj przepaści. Rynki po raz kolejny udowodniły jednak, że potrafią adaptować się do najtrudniejszych warunków.
Kiedy w wyniku eskalacji napięć geopolitycznych zablokowano cieśninę Ormuz, przez którą każdego dnia przepływały miliony baryłek surowca, analitycy prześcigali się w tworzeniu katastroficznych wizji. Prognozowano, że ceny ropy naftowej poszybują do poziomu 150, a nawet 200 dolarów za baryłkę, co miało wywołać potężną falę inflacji i zdusić wzrost gospodarczy na całym świecie. Rzeczywistość okazała się jednak inna, a najczarniejsze scenariusze nie znalazły odzwierciedlenia w rynkowych notowaniach.
System naczyń połączonych, jakim jest globalny rynek energii, wykazał się niezwykłą elastycznością i zdolnością do samoregulacji. Zamiast paniki, obserwowaliśmy chłodną kalkulację i uruchomienie mechanizmów obronnych, które uchroniły świat przed kryzysem energetycznym na niespotykaną skalę. Dlaczego?
Polacy go uwielbiają! Najlepszy kurort w kraju?
Ekspert o nowej rynkowej rzeczywistości
Powody szybszego od prognoz powrotu do normy tłumaczy w rozmowie z money.pl Dawid Czopek. Zwraca uwagę na nieoczywiste zachowania uczestników rynku.
Wiele rzeczy związanych z tym konfliktem było zaskakujących – uwolnienie ropy z Zatoki Perskiej spowodowało spadek jej ceny, co w sumie było oczywiste. Ale ponieważ wydawało się, że ropa z Zatoki w pierwszej kolejności będzie wykorzystana do odbudowy zapasów, cena ropy nie spadnie poniżej 75-80 dol. – wyjaśnia Czopek.
Tymczasem kurs spadł poniżej 70 dol., co wynika z faktu, że nikt, a przede wszystkim Chińczycy, nie rzucił się do zakupów ropy. Brak presji na natychmiastowe uzupełnianie rezerw doprowadził do powstania specyficznej sytuacji na rynku fizycznych dostaw surowca – mówi ekspert.
– Wydaje się, że przy obecnym poziomie zaopatrzenia wszyscy czują się komfortowo, a ropa z Zatoki stała się nadwyżką, którą w jakiś sposób należy upłynnić, jak twierdzą niektórzy, nawet z dyskontem w stosunku do oficjalnych cen w kontraktach terminowych. Oznacza to, że fizycznej ropy jest dużo i aby ją upłynnić na rynku spot, czyli dostaw natychmiastowych, trzeba zaoferować atrakcyjną cenę – precyzuje Czopek w rozmowie z money.pl.
Jego zdaniem perspektywy na najbliższe miesiące również nie wskazują na powrót do gwałtownych wzrostów, a rynek wciąż poszukuje nowego punktu stabilizacji.
Szukamy teraz ceny równowagi. Kontrakty terminowe z dłuższym okresem zapadalności nadal pokazują ceny powyżej 70 dol., ale może się okazać, że biorąc pod uwagę nadwyżki, jakie są na rynku, także związane z możliwością zakupu ropy z Iranu, nie będą to ceny atrakcyjne dla kupujących i bardziej zbliżymy się do poziomów 60 dol. – podsumowuje Dawid Czopek.
Jak sytuację na rynku ropy ocenia Zbigniew Łapiński, dyrektor ds. zaopatrzenia, logistyki i klientów kluczowych Anwimu?
Ceny ropy w najbliższych tygodniach będą zależały od realnych rezultatów podpisanego porozumienia na linii USA-Iran. Jeżeli ruch tankowców przez cieśninę Ormuz zostanie w najbliższych dniach w pełni przywrócony, wówczas powinny na trwałe pozostać wyraźnie poniżej granicy 100 dol. za baryłkę. Jeżeli natomiast blokada cieśniny Ormuz będzie się przedłużać, wówczas z uwagi na szybko kurczące się światowe zapasy surowca, naszym zdaniem ceny mogą ponownie przebić granicę 100 dol. - stwierdza w komentarzu dla money.pl.
Dlaczego świat się nie skończył pomimo blokady Ormuz?
Pierwszym i najważniejszym buforem, który zamortyzował uderzenie, były gigantyczne zapasy surowca zgromadzone przed wybuchem konfliktu. Świat wszedł w ten trudny okres dysponując rezerwami użytecznej ropy przekraczającymi 400 milionów baryłek. To właśnie te zapasy pozwoliły na płynne zaspokajanie bieżących potrzeb rafinerii w pierwszych, najbardziej nerwowych tygodniach kryzysu.
Dodatkowo Międzynarodowa Agencja Energetyczna podjęła bezprecedensową decyzję o uwolnieniu setek milionów baryłek ze strategicznych rezerw naftowych, co stanowiło jasny sygnał dla rynków, że podaż będzie sztucznie podtrzymywana.
Nie bez znaczenia były również decyzje polityczne, w tym zniesienie części sankcji nałożonych wcześniej na innych dużych producentów, co pozwoliło na wprowadzenie na rynek dodatkowych wolumenów surowca.
Ponadto, jak zauważają eksperci rynkowi, blokada szlaków handlowych nie okazała się całkowicie szczelna. Część transportów nadal opuszczała zagrożony region, wykorzystując alternatywne metody nawigacji i wyłączając systemy identyfikacji, co pozwalało na utrzymanie minimalnego, ale niezwykle ważnego strumienia dostaw. Jednocześnie inni globalni gracze, tacy jak Brazylia czy Wenezuela, niespodziewanie szybko zwiększyli swoje wydobycie. Stany Zjednoczone, choć nie zwiększyły drastycznie własnej produkcji, przejęły rolę dostawcy ostatniej szansy, pomagając w zażegnaniu kryzysów paliwowych w Europie i Australii.
Jednak to strona popytowa odegrała kluczową rolę w stabilizacji cen. Konsumpcja ropy spadła znacznie mocniej, niż ktokolwiek zakładał. Głównym czynnikiem była tu transformacja energetyczna i decyzje gospodarcze podejmowane w Azji. Chiny, dysponując ogromnymi zapasami, w obliczu rosnących cen ropy masowo przestawiły swoje elektrownie na węgiel.
Dodatkowo, trwająca tam rewolucja w sektorze samochodów elektrycznych trwale zmniejszyła dzienne zapotrzebowanie na paliwa tradycyjne. To właśnie to zjawisko, nazywane przez ekonomistów destrukcją popytu, uchroniło światowe zapasy przed całkowitym wyczerpaniem i zapobiegło drastycznym skokom cen na stacjach paliw.
Nietypowa reakcja rynków finansowych. Panika była płytka
Zjawiska zachodzące na fizycznym rynku ropy znalazły swoje odzwierciedlenie na globalnych rynkach finansowych. Europejski Bank Centralny, analizując wpływ szoków geopolitycznych na gospodarkę, zwraca uwagę na wyjątkowo łagodną reakcję inwestorów na obecny kryzys. Wykorzystując nowoczesne narzędzia analityczne oparte na sztucznej inteligencji, ekonomiści zbadali miliony doniesień prasowych, aby stworzyć wskaźnik ryzyka geopolitycznego ściśle powiązanego z rynkiem energii. Wyniki tych analiz rzucają nowe światło na to, jak współczesna gospodarka trawi potężne wstrząsy.
Historycznie rzecz biorąc, nagłe odcięcie kilkunastu procent globalnej podaży ropy powinno wywołać natychmiastowy krach na giełdach i drastyczny wzrost premii za ryzyko. Zgodnie z modelami makroekonomicznymi, taki szok zazwyczaj prowadzi do długotrwałego spadku cen akcji, silnej aprecjacji amerykańskiego dolara jako bezpiecznej przystani oraz wyraźnego skoku inflacji, który wymusza na bankach centralnych utrzymywanie wysokich stóp procentowych.
Tymczasem reakcja na ostatnie wydarzenia na Bliskim Wschodzie była zaskakująco stonowana. Ceny akcji na amerykańskich parkietach zanotowały jedynie krótkotrwały spadek, by już po miesiącu powrócić do trendu wzrostowego. Wskaźniki zmienności i ryzyka wzrosły zaledwie o połowę tego, co sugerowałyby wzorce z przeszłości, a następnie szybko wróciły do poziomów sprzed kryzysu.
Świat wraca do normy. Ale blizny pozostaną
Ekonomiści Europejskiego Banku Centralnego w raporcie opublikowanym w czwartek, 25 czerwca, tłumaczą ten fenomen kilkoma czynnikami. Przede wszystkim silne fundamenty makroekonomiczne amerykańskiej gospodarki oraz fakt, że Stany Zjednoczone stały się eksporterem netto energii i stworzyły naturalną tarczę ochronną dla tamtejszych rynków.
Ponadto uwaga inwestorów była w dużej mierze skupiona na boomie technologicznym i spółkach związanych ze sztuczną inteligencją, co skutecznie maskowało słabości w innych sektorach gospodarki. Rynki finansowe zdają się traktować obecne zakłócenia w łańcuchach dostaw jako zjawisko przejściowe, które nie wymaga trwałego i głębokiego przeszacowania ryzyka inwestycyjnego.
Mimo że ceny ropy spadają, a rynki finansowe emanują spokojem, twierdzenie, że kryzys został całkowicie zażegnany, byłoby błędem. Globalna gospodarka wciąż płaci wysoką cenę za geopolityczne zawirowania, a niektóre koszty są po prostu odłożone w czasie. Największym wyzwaniem pozostaje kwestia infrastruktury i zapasów strategicznych, które zostały drastycznie uszczuplone w celu ratowania stabilności cen.
Świat wraca do normy, ale jest to nowa, znacznie bardziej krucha norma. Rynki udowodniły swoją skuteczność w zarządzaniu nagłym kryzysem, jednak obecny spokój opiera się na założeniu, że konflikt nie ulegnie dalszej eskalacji. Jeśli napięcia geopolityczne utrzymają się dłużej, a bufory bezpieczeństwa w postaci zapasów nie zostaną szybko odbudowane, gospodarka może stanąć w obliczu nagłego i bolesnego dostosowania. Na razie jednak najgorsze scenariusze odłożono na półkę, a rynki uczą się funkcjonować w warunkach permanentnej, choć dobrze zarządzanej niepewności.