"Posiadanie to kłopot". Milioner szczerze o pieniądzach
Zbudowali markę, która pokonała francuskich i niemieckich gigantów kosmetycznych na polskim rynku aptecznym, zatrudniają tysiąc osób i od czterdziestu lat rozwijają firmę bez jednego roku spadku sprzedaży, nie licząc pandemii. A mimo to Henryk Orfinger, współtwórca marki Dr Irena Eris, w rozmowie w programie "Biznes Klasa" Łukasza Kijka powtarza jedno zdanie z uporem: pieniądze nigdy nie były celem, były narzędziem. Zobacz całą rozmowę w "Biznes Klasie".
Historia zaczyna się w 1983 roku, jeszcze w głębokiej komunie, kiedy Irena Eris – z wykształcenia doktor farmacji – i Henryk Orfinger, inżynier budownictwa drogowego, zdecydowali się zarejestrować rzemiosło. Wybór był w gruncie rzeczy przypadkowy: ówczesne przepisy pozwalały mu produkować znaki drogowe, jej – kosmetyki. - Uznaliśmy, że lepiej jednak kosmetyki niż znaki drogowe – wspomina Orfinger.
Podział ról ukształtował się sam, bez żadnych ustaleń. Irena Eris odpowiadała za wizję produktową, recepturę i wyczucie rynku. On zajął się całą resztą: logistyką, produkcją, sprzedażą, organizacją. Do dziś, jak żartuje, to on odbiera służbowe telefony – jego żona telefonu komórkowego właściwie nie używa.
Po surowce maluchem do Berlina
Surowce do pierwszych kremów Orfinger przywoził osobiście malucha z przyczepą zza Odry, przez granicę NRD, z wizami, talonami na benzynę i przygodami rodem z filmu drogowego – łącznie z zagubionym na przejściu granicznym paszportem żony. "Dzisiaj wspominam to z sympatią. Wtedy potrafiłem wykazać tyle zaradności, że mam dla siebie prawdziwy podziw" – mówi.
Zamożność jako efekt uboczny, nie cel
Czy zbudowany przez lata majątek dał małżeństwu życiowe szczęście? Orfinger odpowiada bez wahania: pieniądze nigdy nie były bardzo ważne. - Te pieniądze są właściwie po to ważne, żeby móc realizować się w biznesie, żeby móc rozwijać przedsiębiorstwo, żeby móc tworzyć fajne rzeczy, a nie po to, żeby nagle stać się bogatym dla siebie, dla bogactwa. To nigdy nie było naszym celem – podkreśla.
Deklaracja ma pokrycie w stylu życia, który sam opisuje jako dalece nieekstrawagancki. - Nie mamy jachtu ani willi na Lazurowym Wybrzeżu. Jedyna nieruchomość poza domem to niewielki domek pod Warszawą, w lesie. Ja uważam, że posiadanie to jest kłopot – tłumaczy Orfinger. Jeśli chce pojechać do Hiszpanii, wynajmuje hotel, zamiast utrzymywać tam dom, który i tak trzeba by odwiedzać, żeby "sprawdzić, czy jeszcze istnieje". Za realną wartość uznaje coś innego: markę. - Mamy silną markę. Mało kto, nawet w przedsiębiorstwie, zdaje sobie sprawę, jak silną markę stworzyliśmy, dbając o to, żeby nie pieniądze, a działania, komunikacja i siła marki były kluczowe dla naszego życia – mówi.
Fundacja rodzinna zamiast rozproszenia majątku
Z podejściem do bogactwa nierozerwalnie łączy się temat sukcesji, któremu Orfinger poświęcił ostatnią dekadę swojej aktywności społecznej. Jako współzałożyciel Rady Firm Rodzinnych przy Konfederacji Lewiatan optował najpierw za regulacjami ułatwiającymi przejęcie jednoosobowych firm po śmierci właściciela, a później – przez wiele lat – za wprowadzeniem w Polsce fundacji rodzinnej, które udało się uchwalić trzy lata temu.
Dla Orfingera fundacja rodzinna to narzędzie, które ma zapobiec temu, co nazywa nieuchronnym prawem rozpraszania majątku: przy klasycznym dziedziczeniu, dzielonym między kolejne pokolenia dzieci, w drugim lub trzecim pokoleniu własność i tak trafia poza rodzinę. Fundacja pozwala skupić majątek w jednym miejscu, tak by rodzina – a nie pojedyncze osoby – pozostała jego wspólnym właścicielem. Rodzinna fundacja Orfingerów ma już dziś siedmioro beneficjentów – wnuków, z których najstarsza dwójka, studiująca dwudziestopięciolatkowie, korzysta z niej choćby przy wynajmie mieszkania.
Orfinger jest jednocześnie krytykiem tego, jak ustawa funkcjonuje w praktyce – uważa, że stała się w Polsce przede wszystkim narzędziem optymalizacji podatkowej, zamiast czystym instrumentem sukcesji, i opowiada się za zaostrzeniem przepisów. Sam zresztą od siedmiu lat oddaje stery zarządzania firmą synowi, co – jak przyznaje otwarcie – wcale nie jest proste. "Obojętnie komu pan tę władzę odda, to odda pan komuś, kto będzie inny niż pan. I to jest problem" – mówi. Z menedżerem można się o to spierać wprost. Z synem – znacznie trudniej.
Spokój ducha ważniejszy niż stan konta
Na pytanie, co dziś, po czterdziestu kilku latach budowania firmy i w wieku 75 lat, oznacza dla niego szczęście, Orfinger odpowiada jednym określeniem: spokój duszy. Nie wiąże go z wysokością majątku – "ta zamożność towarzyszy mi od wielu lat, a czy jest trochę większa, czy mniejsza, to drugorzędne" – lecz z poukładaną rodziną, dobrymi relacjami z dziećmi i wnukami oraz świadomością, że firma jest przygotowana na czas, gdy jego samego przy niej zabraknie.
Dyrektor programowy serwisów premium w Wirtualnej Polsce oraz redaktor naczelny serwisu money.pl. Prowadzi program "Biznes Klasa" (+140 tys. subskrypcji na YT) oraz jest laureatem nagrody Grand Press Economy 2024. Dziennikarstwem ekonomicznym zajmuje się od blisko dwudziestu lat, wcześniej prowadził programy o świecie i gospodarce w TVN24 BiS i w TVN CNBC oraz był szefem serwisu newsroomu Gazeta.pl.