Podwyższenie drugiego progu do 180 tys. zł. Kto i ile zyskałby na pomyśle Czarnka?

- Zarabiający do ok. 11,9 tys. zł brutto nie zyskaliby ani złotówki, bo w ogóle nie dotknęliby drugiej stawki. Pierwsze realne korzyści pojawiłyby się dopiero powyżej tej kwoty - wylicza Piotr Juszczyk, główny doradca podatkowy InFakt, pytany przez nas o nowy pomysł Przemysława Czarnka: podniesienie drugiego progu podatkowego do 180 tys. zł.

Kto i ile zyska na propozycji PiS, które obiecuje podwyższyć próWyjaśniamy kto i ile zyska na propozycji PiS, które obiecuje podwyższyć próg podatkowy do 180 tys. zł
Źródło zdjęć: © Adobe Stock, PAP | Pio Si, Tomasz Wojtasik
Bartłomiej Chudy

PiS ogłosiło w miniony weekend, że po dojściu do władzy podwyższy drugi próg podatkowy ze 120 tys. zł do 180 tys. zł. To flagowa i zarazem jedna z kilku obietnic wyborczych, określanych "planem Czarnka". Jak mówił Przemysław Czarnek, to oznacza, że około 2,5 mln podatników, którzy już wchodzą w drugi próg podatkowy, skorzystałoby z jego podwyższenia do 180 tys. zł.

Po 12 latach podnieśliśmy próg do 120 tys. zł w 2022 r., tak teraz podniesiemy (drugi - red.) próg podatkowy do 180 tysięcy złotych - zapowiedział w weekend poseł PiS Przemysław Czarnek.

PiS podkreśla, że korzyść z podwyższenia progu oznacza jeszcze większe korzyści dla małżeństw. - Jeśli rozliczają się wspólnie, będą mogły więcej zaoszczędzić w budżetach. Tyle pozostanie w kieszeniach. Dla małżeństw to nawet 24 tys. zł więcej w portfelach rocznie - mówił Czarnek. Zapewnił, że będzie to "pierwsza decyzja, jak tylko dochodzimy do władzy".

Nie tylko artyści. Na kogo jeszcze składamy się z podatków [OPINIA]

Piotr Juszczyk, analityk podatkowy InFakt, ocenia, że propozycja podniesienia drugiego progu do 180 tys. zł "brzmi szeroko, ale w praktyce jest adresowana wąsko, chociaż grono z roku na rok będzie rosło".

Z prostej arytmetyki wynika, że nikt zarabiający do ok. 11,9 tys. zł brutto miesięcznie nie zyska ani złotówki, bo w ogóle nie dotyka drugiej stawki. Pierwsze realne korzyści pojawiają się dopiero powyżej tej kwoty, a pełna oszczędność - 12 tys. zł rocznie, trafia dopiero do osób zarabiających od ok. 17,7 tys. zł w górę - zaznacza ekspert InFaktu.
Etatowcy przekraczający obecnie II próg podatkowy, zyskaliby na
Etatowcy przekraczający obecnie II próg podatkowy, po jego podniesieniu do 180 tys. zł zyskaliby najwięcej przy zarobkach ok. 18 tys. zł brutto © materiały prasowe | Piotr Juszczyk, InFakt

Analityk InFaktu zaznacza jednocześnie, że nie znaczy to, że pomysł jest zły, gdyż problem, który ma rozwiązać, jest realny. - W 2009 r. ustalano próg na poziomie 85 528 zł, odpowiadał on mniej więcej 3,5-krotności przeciętnego wynagrodzenia. Dzisiejsze 120 tys. zł to już tylko ok. 1,2 średniej krajowej. Innymi słowy, próg się nie zmienił dlatego, że ktoś go obniżył, tylko dlatego, że płace i ceny urosły, a on stał w miejscu. To klasyczny "pełzający" wzrost obciążeń, którego podatnik nie zauważa z miesiąca na miesiąc, ale który po latach realnie zabiera mu pieniądze - dodaje Juszczyk.

Ministra funduszy i polityki regionalnej Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz, która od dawna opowiada się za podwyższeniem progu podatkowego, przyznała, że tym ruchem "PiS idzie po klasę średnią". "Albo to my podwyższymy drugi próg podatkowy, albo zrobią to oni. To jest 500 plus tych wyborów. W 2015 też mówili, że się nie da. Chociaż raz niech 'strona demokratyczna' będzie mądra przed szkodą" - napisała w serwisie X liderka koalicyjnej Polski 2050.

Próg podatkowy nie załatwi sprawy. Ekspert: od razu jest ściana

W ocenie Piotra Juszczyka, dyskusja o progu podatkowym powinna pójść w innym kierunku - nie "o ile" przesunąć próg, a "jak na stałe" rozwiązać problem.

Dziś polska skala nie ma łagodnego przejścia, ma ścianę. Po przekroczeniu progu krańcowa stawka skacze od razu z 12 na 32 proc. Rozsądniej byłoby tę skalę spłaszczyć, dokładając pośredni szczebel przykładowo: do 120 tys. zł - 12 proc., między 120 a 180 tys. zł - 20 proc., powyżej 180 tys. zł - 32 proc. To "miękkie lądowanie": łagodziłoby skokowy wzrost obciążeń tam, gdzie dziś boli najbardziej, a przy tym jest tańsze dla budżetu niż samo przesunięcie progu o 60 tys. zł (które kosztuje rząd 20 mld zł rocznie) - wyjaśnia Juszczyk.

I podkreśla, że dyskusji nad przesuwaniem progu podatkowego ginie coś jeszcze - automatyczna, coroczna waloryzacja progów i kwoty wolnej o inflację. - Gdyby skala podążała za cenami, podatnik nie traciłby realnie z każdym rokiem, a politycy nie mogliby co kilka lat "odkrywać" podwyżki progu jako wyborczego prezentu. Dziś każda taka zmiana wymaga decyzji politycznej i z reguły zapada od wyborów do wyborów. Mechanizm indeksacji odebrałby skali podatkowej charakter narzędzia kampanijnego i zamienił ją w to, czym powinna być - neutralny, przewidywalny element systemu - podsumowuje analityk podatkowy InFakt.

Wybrane dla Ciebie