biznes klasa (strona 4 z 14)

Raz dostał zlecenie na przewóz koperty. Kto zamawia powietrzne taksówki?
3:02

Raz dostał zlecenie na przewóz koperty. Kto zamawia powietrzne taksówki?

- W dużej mierze latamy z biznesem, czyli z ludźmi, którzy albo potrzebują transportu szybko, dostać się z miejsca A do B ekspresowo, nie tracić czasu, załatwić swoje sprawy i wrócić, albo dlatego że sytuacja wymaga tego, aby coś zrobić "na cito" - mówił w "Biznes Klasie" Maciej Kowalczyk, założyciel Max Berger Aviation, prezes firmy Call & Fly, która organizuje loty taksówkami powietrznymi i helikopterami. - Kiedyś zadzwonili do nas z banku i zapytali, czy jesteśmy w stanie dostarczyć dokumenty do Katowic za trzy godziny. Powiedzieliśmy: pewnie, pod warunkiem że za godzinę klient będzie na lotnisku. No i za godzinę dostaliśmy kopertę, mieliśmy godzinę lotu, po czym przekazaliśmy tę kopertę człowiekowi, któremu załatwiliśmy wjazd na płytę, przekazaliśmy kopertę, samochód pojechał. Z tego, co wiem, zdążyli. Wieźliśmy kopertę, dokumenty na przetarg. Przetarg zamykali o konkretnej godzinie, jak nie zdążysz, to nie ma zmiłuj. Pracujemy w tej chwili z dwoma zespołami transplantologicznymi i dzwoni do mnie szef transplantologów dzwoni do mnie o 23 i mówi: Maciek, mamy dawcę, ekipa jest już w drodze, o szóstej rano zaczynamy zabieg, o ósmej potrzebujemy samolotu np. z Gdańska i będziemy operować człowieka w Poznaniu. To są superszybkie akcje - dodał. Kto przede wszystkim korzysta z powietrznej taksówki? - Głównie biznes, bo to są głównie ludzie, którzy nie tylko mają potrzebę, ale też mają na to środki. Celebryci też. Wspaniale wspominam latanie z Perfectem, dwa dni trasy koncertowej na dwa samoloty. Cały zespół był zachwycony tym, że instrumenty i cała technika jechały dołem, a oni tylko przeskakiwali z miejsca na miejsce, grali koncert i lecieli dalej - wyjaśnił Kowalczyk.
Łukasz Kijek Łukasz Kijek
"Zwolnili mnie z mojej firmy". Największy błąd polskiego biznesmena
6:02

"Zwolnili mnie z mojej firmy". Największy błąd polskiego biznesmena

- Z moją pierwszą firmą, której byłem prezesem, weszliśmy na giełdę. A trzy lata później rada nadzorcza mnie zwolniła z pracy, z mojej firmy. I to była niesamowicie brutalna lekcja dla mnie. Nie wyobrażałem sobie, że to jest możliwe - mówił w "Biznes Klasie" Tadeusz Witkowicz, który jako jedyny do tej pory Polak wprowadził swoją spółkę Artel Communication na giełdę NASDAQ w USA. - Byłem sercem i mózgiem i całą maszyną napędową tej firmy. I myślałem, że jestem niezastąpiony. I tak było, ale rada nadzorcza była na tyle głupia czy naiwna, ze myśleli, że mogą mnie wymienić na kogoś, kto miał większe doświadczenie. Ja miałem wtedy 36 lat, młody, mało doświadczony, inżynier zresztą, a nie biznesmen. Powiedzieli mi, że trzeba kogoś, kto ma trochę więcej siwych włosów. To była dla mnie wielka porażka, bo dostałem cios w łeb i musiałem się z tego podnieść - stwierdził. - To był naprawdę największy szok w moim życiu, a błędem było to, że po pierwsze przyjąłem do rady nadzorczej ludzi, którzy nie zainwestowali w firmę. Czyli mieli jakieś tam malusieńkie udziały, ale mogli podjąć decyzję intelektualną: okej, on na papierze nie wygląda tak dobrze, wymienimy na kogoś z lepszym CV. To był mój największy błąd. Ale gdyby oni mieli poważne pieniądze w tej firmie, to by pomyśleli dwa, trzy, cztery razy. I później w następnej firmie miałem dyrektorów w radzie nadzorczej, którzy mieli poważne udziały w firmie - dodał.
Łukasz Kijek Łukasz Kijek
Tomasz Sąsiada Tomasz Sąsiada