Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz, ministra funduszy i polityki regionalnej od jakiegoś czasu prezentuje swoje pomysły dotyczące emerytur. W odpowiedzi na kryzys demograficzny liderka Polski 2050 wysunęła propozycję, która wzbudziła ogromne kontrowersje. Zasugerowała, że wiek emerytalny kobiet można by uzależnić od macierzyństwa. W praktyce oznaczałoby to, że Polki, które nie mają dzieci, pracowałyby tak samo długo jak mężczyźni, czyli do 65. roku życia.
- Być może, jeżeli kobieta ma dzieci, to wtedy jest inny wiek emerytalny. A jeżeli nie ma dzieci - a dzisiaj co druga kobieta młoda ma taki najczęściej wybór życiowy, że nie ma dzieci - to powinna mieć tak samo ustawiony system emerytalny jak mężczyźni - mówiła ministra funduszy i polityki regionalnej w programie Tłit Wirtualnej Polski.
Temat wywołał emocje także w koalicji rządzącej.
- Tak długo jak Lewica odpowiada za ten obszar, nie będzie żadnego podwyższania wieku emerytalnego ani kobietom, ani mężczyznom. Nie będzie żadnego liczenia dzieci i karania kobiet czy mężczyzn za to, że dzieci nie mają - komentowała na początku sierpnia w TVN24 Agnieszka Dziemianowicz-Bąk, ministra rodziny, pracy i polityki społecznej.
25 lat pracy w McDonald’s. Od pracownika do prezesa - Tomasz Rogacz II Pierwsza Praca #5
Minister z Polski 2050: emerytury kobiet rekordowo niskie
Jan Szyszko, wiceminister Funduszy i Polityki Regionalnej z Polski 2050, w poniedziałek w Radiu Zet przekonywał, że przewodnicząca Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz "nigdy w życiu nie wysunęła takiej propozycji" by kobiety bezdzietne pracowały dłużej.
- Natomiast rozpoczęła debatę na ten temat, zauważając, że coś z wiekiem emerytalnym czy z wiekiem, w którym Polacy przechodzą na emeryturę, należy począć, ponieważ dysproporcja między kobietami a mężczyznami jest największa w Unii Europejskiej, ponieważ emerytury w Polsce są rekordowo niskie, a emerytury kobiet są jeszcze bardziej rekordowo niskie - mówił w Radiu Zet.
Starzejemy się, mówiąc wprost, demografia leży. Coś trzeba zrobić, bo po prostu tego nie udźwigniemy. Taka jest brutalna prawda i należy o tym rozmawiać, a nie rozmowy ucinać, że nie będziemy o tym rozmawiać, bo 12 lat temu ktoś z tego powodu przegrał wybory. Tak się odpowiedzialnej polityki nie robi - podkreślił Szyszko.
Dodał: "że jeżeli jest realny problem i wszyscy sobie zdają sprawę, że jest problem, to on nie zniknie przez to, że zasłonimy uszy, zasłonimy oczy i powiemy nie, nie trzeba podnosić wieku emerytalnego, nic się nie dzieje, na pewno wszystko będzie okej".
- To tak nie działa. Jeżeli jest jakiś problem, to trzeba próbować, przynajmniej rozpocząć debatę o tym jak go rozwiązać. Jeżeli nie ma zgody na to, żeby zrównywać jakoś wiek emerytalny albo zmieniać wiek emerytalny, to należy pomyśleć jak tworzyć efektywne systemy zachęt do tego, żeby Polacy chcieli pracować dłużej - mówił w poniedziałek Szyszko.
Kotula: Tusk powiedział, że się sparzył
W polskiej polityce wszyscy mają przekonanie, że wiek emerytalny to "gorący, polityczny kartofel", jak mówiła w maju pełnomocniczka rządu ds. równości Katarzyna Kotula.
- Nie ma zgody w tym rządzie, by zmieniać wiek emerytalny ani na poważnie rozpoczynać tę dyskusję. Premier nie wyrazi na to zgody. Zrobił to raz. Miałam taką rozmowę z premierem, jak rozpoczęłam dyskusję, powiedział, że się sparzył i przegrał przez to wybory - ujawniła wówczas.
Obowiązujący dziś w Polsce wiek emerytalny, czyli 60 lat dla kobiet i 65 lat dla mężczyzn, został wprowadzony przez rząd PiS na podstawie ustawy przygotowanej przez prezydenta Andrzeja Dudę w 2017 r. Wcześniej, w 2012 r., o podwyższeniu wieku do 67. roku życia zdecydował rząd PO-PSL. Od 2013 r. miał on wzrastać o trzy miesiące każdego roku. Mężczyźni mieli osiągnąć docelowy wiek emerytalny 67 lat w 2020 r., a kobiety dopiero w 2040 r. W 2015 r. PO przegrało wybory parlamentarne, a władzę w Polsce na osiem lat przejął PiS wraz z koalicjantami.