Matematyka strachu. Paliwo po 9 zł? Trump stawia ultimatum, rynek liczy koszty
Widmo drastycznych podwyżek na stacjach paliw powraca. Donald Trump grozi Iranowi, że może go "zniszczyć w jedną noc". Jaka cena baryłki zepchnęłaby polskie ceny paliw w rejon 9-10 zł?
Sytuacja na globalnym rynku ropy naftowej przypomina obecnie beczkę prochu, do której przyłożono zapalony lont. Inwestorzy wyczekują upływu ultimatum, jakie Teheranowi postawił prezydent USA Donald Trump. Stawka jest ogromna: drożność cieśniny Ormuz, stabilność dostaw energii do Europy i – co najważniejsze dla polskich kierowców – cena litra benzyny i diesla na pylonach stacji paliw.
Wraca pytanie o to, czy grozi nam paliwo po 9 lub nawet 10 zł. Ceny ropy WTI przekroczyły już poziom 116 dolarów za baryłkę, a Brent oscyluje w granicach 114-115 dolarów. Każda kolejna wypowiedź płynąca z Białego Domu lub Teheranu natychmiast przekłada się na gwałtowne ruchy kontraktów terminowych.
Buduje największe polskie firmy. Ucieczka do przodu i "błękitny ocean"
Matematyka strachu. Kiedy zobaczymy 9 zł na pylonach?
Kiedy sytuacja na globalnych rynkach doprowadzi do przekroczenia kolejnych granic na stacjach – najpierw poziomu 9, a następnie 10 zł za litr?
– Dzisiejsza cena hurtowa diesla to blisko 7 zł netto, czyli 7,56 brutto. Doliczając do tego 32 grosze marży detalicznej mamy cenę 7,88 zł. Zatem do 9 zł brakuje ok. 1,1 zł – wyjaśnia Dawid Czopek, ekspert rynku paliw, zarządzający Polaris FIZ.
Co musiałoby nastąpić, by ziścił się najczarniejszy scenariusz, czyli benzyna po ponad 10 zł?
Szacunki zawierają wiele uproszczeń – przede wszystkim nie uwzględniają marży rafineryjnej – pozwalają jednak wyobrazić sobie, co byłoby konieczne, żeby cena paliwa przekroczyła kolejne bariery. Dzisiejsza cena baryłki to ok. 110 dol. By kolejna granica padła, baryłka musiałaby kosztować 180 dol. A to wydaje się już górną granicą tego, co przewidują analitycy w przypadku blokady cieśniny do końca kwietnia. Moim zdaniem jest to górna granica, przy której może zatrzymać się ropa – nawet w przypadku długotrwałego konfliktu. Taka cena z kolei istotnie zredukuje popyt i zrównoważy go z podażą – mówi Czopek.
Sześć tygodni wojny i brak przełomu w negocjacjach
Rynki finansowe reagują na obecny impas nerwowo, ale i z pewną dozą sceptycyzmu wobec retoryki Waszyngtonu. Donald Trump wielokrotnie w przeszłości przesuwał wyznaczane przez siebie terminy, co sprawia, że część inwestorów liczy na kolejną deeskalację w ostatniej chwili.
Ed Yardeni, prezes Yardeni Research, w rozmowie z "Barron's", magazynem piszącym o rynkach finansowych, zauważa, że wynik tej konfrontacji jest nieprzewidywalny: albo Iran ustąpi pod presją militarną, albo Trump ponownie "kupi czas", tłumacząc to postępem w kuluarowych rozmowach. Jeśli jednak dojdzie do rzeczywistego ataku na infrastrukturę naftową Iranu, podaż ropy na świecie zostanie trwale uszczuplona.
Konsekwencje dla gospodarki: inflacja znów w górę
Wysokie ceny energii już teraz zaczynają "przesiąkać" do twardych danych makroekonomicznych. Fundusz BlackRock ostrzega, że efekty marcowych wzrostów cen paliw będą wyraźnie widoczne w nadchodzących odczytach inflacyjnych. Prognozy dla USA zakładają skok rocznej dynamiki cen z 2,4 proc. w lutym do nawet 3,3 proc. w marcu. Podobne trendy obserwujemy w Europie, gdzie koszty transportu i produkcji przemysłowej są bezpośrednio powiązane z notowaniami diesla i prądu.
Dla polskiego konsumenta oznacza to nie tylko droższe tankowanie. Paliwo po 8 czy 9 zł to potężny impuls proinflacyjny, który najprawdopodobniej zmusi Radę Polityki Pieniężnej do utrzymywania restrykcyjnej polityki, co z kolei przekłada się na wysokość rat kredytów hipotecznych.
Średnia cena galonu benzyny w USA wzrosła do 4,12 dolara, co pokazuje, że problem ma charakter globalny. W Polsce sytuację dodatkowo komplikuje kurs dolara – im słabszy złoty wobec amerykańskiej waluty, tym droższa ropa w przeliczeniu na naszą walutę, nawet przy stabilnych notowaniach na giełdzie w Londynie.
Co dalej? Scenariusze dla rynku ropy
Najbliższe godziny będą decydujące dla kształtowania się cen w nadchodzących miesiącach. Jeśli ultimatum Trumpa minie bez echa, a USA nie zdecydują się na atak, rynek może odetchnąć z ulgą, co doprowadzi do korekty cen baryłki w okolice 100 dol. Jednak każdy sygnał o rozpoczęciu operacji militarnej wyśle ropę na nieodkryte od lat terytoria cenowe.
Analitycy zwracają uwagę na jeszcze jeden aspekt: nastroje na giełdach akcji. Podczas gdy ropa drożeje, kontrakty na główne indeksy (S&P 500, Nasdaq) wykazują dużą nerwowość. Kapitał ucieka w stronę tzw. bezpiecznych przystani, choć nawet złoto w ostatnich dniach notuje lekkie spadki, co świadczy o tym, że inwestorzy gromadzą gotówkę (dolary) w oczekiwaniu na rozwój wypadków.
Wszystko sprowadza się do jednego punktu na mapie: cieśniny Ormuz. To tam rozstrzygnie się, czy polscy kierowcy będą musieli przyzwyczaić się do nowej, bolesnej rzeczywistości przy dystrybutorach, czy też groźba paliwa po 9-10 złotych pozostanie jedynie czarnym scenariuszem, który ostatecznie udało się oddalić dzięki dyplomacji.
Ultimatum Trumpa i paraliż kluczowej arterii świata
Amerykańska administracja domaga się od Iranu natychmiastowego i bezwarunkowego otwarcia cieśniny Ormuz dla swobodnej żeglugi. Groźby są bezprecedensowe. Trump zapowiedział, że jeśli żądania nie zostaną spełnione, USA przeprowadzą serię uderzeń w irańską infrastrukturę energetyczną, mosty oraz elektrownie. – Cały kraj może być zniszczony w jedną noc. Ta noc może być jutro – oświadczył prezydent podczas konferencji prasowej, podkreślając, że armia jest gotowa do ataku w ciągu zaledwie kilku godzin.
Konflikt, który wybuchł 28 lutego, trwa już szósty tydzień i z każdym dniem coraz mocniej odciska piętno na globalnej gospodarce. Początkowe nadzieje na szybkie zawieszenie broni, o które zabiegają mediatorzy regionalni, gasną. Według doniesień "The Wall Street Journal" Iran odrzucił amerykańską propozycję 45-dniowego rozejmu, przedstawiając w zamian własny, 10-punktowy plan, który dla administracji Trumpa jest obecnie nie do zaakceptowania.
Robert Kędzierski, dziennikarz money.pl