Mniej świadczeń za większe pieniądze. "Punkt krytyczny" w NFZ

Wrze po ujawnieniu zarobków młodego lekarza radnego Dawida Kacprzyka z Warszawy, który bez specjalizacji zarobił w rok 1,6 mln zł, łącząc pracę w czterech szpitalach z działalnością polityczną. - Gdyby dokładnie sprawdzono czas pracy lekarzy, odkryto by patologię na szerszą skalę - uważa dr Małgorzata Gałązka-Sobotka, dyrektor Instytutu Zarządzania w Ochronie Zdrowia Uczelni Łazarskiego.

Dr Dawid Kacprzyk pracuje w Szpitalu Południowym w WarszawieDr Dawid Kacprzyk pracuje w Szpitalu Południowym w Warszawie
Źródło zdjęć: © Agencja Wyborcza.pl, Ursus UM Warszawa | Sławomir Kamiński, Ursus UM
Piotr Bera

- To nie był incydentalny błąd, tylko skutek wieloletniego zaniedbania i konceptu tworzenia systemu ochrony zdrowia opartego na minimalnej ewaluacji i kontroli. Można odnieść wrażenie, że NFZ sprawdza podmioty lecznicze, ale większość kontroli koncentruje się na preskrypcji recept, a nie weryfikacji, czy szpital realizuje umowę zgodnie ze złożoną ofertą - mówi money.pl dr Gałązka-Sobotka.

Tak odnosi się do burzy wokół zarobków lekarza bez specjalizacji oraz radnego Dawida Kacprzyka, który do poniedziałku był członkiem KO, ale po wybuchu afery zrezygnował z członkostwa w partii.

28-letni medyk z Warszawy wykazał w oświadczeniu majątkowym za 2025 r. dochód z działalności gospodarczej sięgający niemal 1,6 mln zł. Tylko w Szpitalu Południowym (gdzie jest koordynatorem SOR) miał pracować przez 3976 godz., czyli średnio 331 godz. miesięcznie. W szpitalu jest zatrudniony na podstawie umów cywilnoprawnych i kontraktowych. Pracuje też w trzech innych placówkach medycznych.

Portal Zero przeanalizował grafik lekarza i porównał go z działalnością polityczną m.in. jako radnego Ursusa. "W kilku przypadkach był w trakcie dyżurów w telewizji, urzędach, spotykał się z politykami. W kilkunastu kolejnych - niewykluczone, że już ze szpitala - prowadził aktywność polityczną w mediach społecznościowych" - ustalił dziennikarz portalu Patryk Słowik.

Hotel Gołębiewski. 1500 zł za noc to nie wszystko. Oto reszta cen

- Jeśli mocodawcy tego lekarza godzą się na to, żeby płacić za pracę, której nie wykonuje, to oznacza, że charakteryzują się ignorancją. Współodpowiedzialność za bezpieczeństwo zdrowotne powinna być rozłożona - na właścicieli szpitali, kadry i system - uważa dr Małgorzata Gałązka-Sobotka.

- Prof. Łętowska mówiła, że "prawo nie jest źle napisane, tylko praktyka jego stosowania". Tak jest w ochronie zdrowia - twierdzi.

I dodaje: - Jako obywatele powierzamy składkę zdrowotną NFZ z nadzieją i przekonaniem, że nasze zdrowie będzie odpowiednio chronione. Rzecznik NIL mówi, że sprawa Kacprzyka to margines. Ale nie o pieniądze tu chodzi, tylko o pracę na wielu etatach oraz składanie deklaracji dostępności w wielu podmiotach leczniczych. Gdyby dokładnie sprawdzono czas pracy lekarzy, to odkryto by patologię na szerszą skalę.

Zbyt duża podaż?

Zdaniem ekspertki w Polsce powstało za dużo placówek medycznych - nieadekwatnie do potrzeb. Doszło do rozdrobnienia oddziałów szpitalnych, poradni prywatnych i publicznych.

- Jest zbyt dużo miejsc do obsadzenia, co skutkuje tym, że lekarze i pielęgniarki pracują w wielu podmiotach, a to zagraża bezpieczeństwu pacjenta, bo zaburza higienę pracy: wpływa na koncentrację, skupienie, nie ma przestrzeni do aktualizacji wiedzy medycznej, co jest kluczowe w pracy medyka - stwierdza nasza rozmówczyni.

Dr Gałązka-Sobotka uważa, że należy wprowadzić system ewidencji czasu pracy medyków ze względu na szczególny wpływ tej pracy na bezpieczeństwo obywateli.

Czy wojsko nie wie, gdzie znajduje się żołnierz w czasie pracy? W ochronie zdrowia udajemy, że wiele patologicznych historii nie istnieje, przyjęliśmy zasadę miękkiego stosowania prawa - opowiada dr Gałązka-Sobotka.

Nasza rozmówczyni wyjaśnia, że nie jest rzadkością, gdy podmioty lecznicze składają deklaracje dostępności kadry, co jest warunkiem podpisania umowy z NFZ. Obsady jednak nie ma, więc składa się kolejną deklarację, informując, że jest chwilowy problem, i otrzymuje się zgodę na czasowe prowadzenie działalności.

I przez miesiące taka praktyka jest kontynuowana. W ten sposób udajemy, że dysponujemy odpowiednimi zasobami przy przerośniętych wymaganiach kadrowych. Powinniśmy lepiej wynagradzać lekarzy, którzy deklarują wyłączność dla danego miejsca pracy, bo wiedzą, że ważna jest kultura pracy zespołowej i branie odpowiedzialności za oddział, a nie tylko odhaczenie godzin pracy. Obecny system nie motywuje lekarzy do podnoszenia kompetencji i zaangażowania, kusząc wieloma kontraktami uzależnionymi od ilości, a nie jakości świadczonych usług - uważa dr Gałązka-Sobotka.

Ekspertka podkreśla, że system ochrony zdrowia organizowany jest z perspektywy podażowej. Szpital ma zapewnić za ogromną kwotę odpowiednią obsadę personelu medycznego, który "często nie pracuje w pełnym wymiarze, bo na danym terenie brakuje pacjentów". W efekcie mniejsze szpitale rywalizują o medyków z większych miast, którzy np. przyjeżdżają na dyżur, żeby załatać grafik.

- Wówczas dyrektor szpitala powiatowego, żeby utrzymać wymagania kontraktowe z NFZ, oferuje stawkę, która przekracza rzeczywistą wartość pracy wykonywanej przez danego lekarza - uważa nasza rozmówczyni.

W efekcie większość lekarzy pracuje na kontraktach, co jest odpowiedzią na problem z zapełnieniem grafików. - W ten sposób zapełnia się gęstą sieć podmiotów leczniczych. Dziś każdy chce być lekarzem i mieć swój podmiot leczniczy. Gdzieś nam się zagubiła odpowiedzialność i etyka zawodowa - ocenia.

Jednocześnie zwraca uwagę, że najlepsi fachowcy zatrudnieni na umowę o pracę w specjalistycznych szpitalach mogą "zarabiać znacznie mniej" niż lekarze na kontraktach w szpitalach powiatowych.

Jej zdaniem nie widać jednak chęci do wprowadzenia zmian, bo to samorządy kontrolują szpitale. A politykom zależy na utrzymaniu każdego oddziału przy życiu, nawet jeśli "20 km dalej" funkcjonują te same oddziały, ale lepiej zorganizowane.

Zjawiska patologiczne nakładają się na siebie. Przegrywa pacjent, pracownik medyczny, bo jest daleki od etyki i bezpieczeństwa prawnego zawodu, chociaż lepiej zarabia, oraz właściciel szpitala. W ten sposób lokalny samorząd nie daje obywatelom tego, co jest potrzebne - podkreśla dr Gałązka-Sobotka.

Letnie podwyżki

1 lipca etatowi pracownicy ochrony zdrowia otrzymają podwyżki sięgające blisko 9 proc. Jest to efekt tzw. ustawy podwyżkowej wprowadzonej w 2022 r. przez rząd Zjednoczonej Prawicy. Gwarantuje ona waloryzację płac w ochronie zdrowia powiązaną ze wskaźnikami bazującymi na przeciętnym wynagrodzeniu w gospodarce narodowej. W 2025 r. waloryzacja przekroczyła 14 proc.

- Ustawa z 2022 r. była potrzebna, bo środowisko medyczne obawiało się, że po pandemii obniży się poziom wynagrodzeń. Problem w tym, że miało to być rozwiązanie tymczasowe i w ocenie skutków regulacji wpisano nawet jednorazową podwyżkę - przypomina Łukasz Kozłowski, główny ekonomista Federacji Przedsiębiorców Polskich (FPP).

Tymczasowe rozwiązanie istnieje już od kilku lat i nie widać woli politycznej do zmiany. Chwilowy miał być także podatek Belki, który istnieje od 2002 r.

Ta ustawa może z nami zostać na długo, to prowizorka. Skumulowany koszt podwyżek minimalnych wynagrodzeń w ochronie zdrowia sięga w tym roku 72 mld zł, czyli 30 proc. budżetu NFZ. Dalsze utrzymywanie ustawy w tej formie jest niemożliwe do udźwignięcia. W każdym miesiącu w NFZ brakuje 2 mld zł. Rosną koszty działalności, bo są podwyżki. To samonapędzający się mechanizm - zaznacza Kozłowski.

Ekonomista zwraca uwagę, że w ochronie zdrowia każda podwyżka płacy minimalnej wpływa też na najwyższe wynagrodzenia.

Środki na podwyżki włożono bezpośrednio w wycenę świadczeń. To oznacza, że realizuje się mniej świadczeń za większe pieniądze. NFZ kupuje mniejszą liczbę zabiegów i badań, co wpływa na pacjentów i rosną kolejki - twierdzi Kozłowski.

Zgadza się z nim Gałązka-Sobotka. - Od 1 lipca personel medyczny zarobi więcej za mniej pracy, bo NFZ do końca roku wprowadza limity. To emanacja błędów w zarządzaniu systemem. Pieniądz powinien podążać za wydajnością pracy i jej jakością, a dziś idzie za dostępnością. Słynny już młody doktor z Warszawy dostawał pieniądze nie za pracę, a za deklarowaną dostępność. Jeśli NFZ płaciłby za jakość opieki, to koneksje polityczne zeszłyby na dalszy plan. Jeśli nie powiążemy alokacji środków publicznych z jakością i efektywnością, to patologiczne zjawiska jak historia młodego lekarza czy polityk na stanowisku menedżerskim będą się powtarzać - ocenia.

Mówiąc o polityku na stanowisku menedżerskim, nasza rozmówczyni ma na myśli szpital w Lipnie.

Gałązka-Sobotka uważa, że w obecnych realiach doszło do "mocarstwowych zapędów starostów, którzy rywalizują". - Otwiera się kolejne oddziały, kupuje sprzęt, podpisuje kontrakt z NFZ-em, a potem brakuje ludzi i trzeba ich ściągać, płacąc zawyżone stawki. Inwestujmy w rehabilitację, profilaktykę, opiekę długoterminową, a nie utrzymywanie oddziałów na siłę, wbrew rzeczywistym potrzebom - uważa.

Według danych Agencji Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji, które opublikowała "Rzeczpospolita", mediana zarobków lekarzy ze specjalizacją na kontrakcie wynosi 25 595 zł brutto. Natomiast etatowcy mogą liczyć na 23 666 zł. W przypadku umów zlecenia oraz o dzieło mediana sięga 16 940 zł brutto.

"Największa grupa kontraktów lekarzy specjalistów, którzy współpracują ze szpitalami w ramach samozatrudnienia, mieści się w widełkach 10-15 tys. zł brutto. Dotyczy to 10 327 osób (20,6 proc.). W praktyce ich zarobki mogą być jednak większe - po zsumowaniu kontraktów ze wszystkimi placówkami, z którymi współpracują. W przypadku etatowców najwięcej specjalistów mieści się w widełkach 15-20 tys. zł brutto. To 23,1 proc. lekarzy ze specjalizacją na etacie (4842 osób)" - czytamy w "Rz".

FPP postuluje waloryzację płac w ochronie zdrowia na poziomie rent i emerytur - w przyszłym roku świadczenia te wzrosną o 3,48 proc.

- To wyraźnie niższe podwyżki, ale gwarantuje się utrzymanie siły nabywczej. Obecnego systemu nie da się utrzymać, jesteśmy w punkcie krytycznym - podsumowuje Kozłowski.

Wybrane dla Ciebie