Morawiecki jeszcze hojniejszy niż Czarnek. Podał kwotę drugiego progu podatkowego
Nawet 200 tys. zł mogłaby wynieść kwota dochodów, od której pracownicy wpadaliby w drugi próg podatkowy - uważa były premier Mateusz Morawiecki. To za jego rządów podniesiono ten próg z 85 do 120 tys. zł - i na tym poziomie jest on dziś. Propozycja Morawieckiego jest wyższa niż oferta jego partyjnego kolegi - Przemysława Czarnka.
Morawiecki zabrał głos ws. drugiego progu podatkowego w porannej rozmowie w RMF FM. Jak relacjonuje Interia, były premier stwierdził, że "trzeba podnosić drugi próg podatkowy", a pytany, czy próg ten powinien zostać ustalony na poziomie 180 tys. zł - tak jak postuluje kandydat PiS na premiera Przemysław Czarnek - odpowiedział, że ta kwota "może być nawet większa". - Analizowaliśmy w Zespole Pracy dla Polski nawet 200 tys. zł - stwierdził.
Jak wyjaśnił, uszczuplone wpływy budżetowe z tego tytułu można by zrekompensować wprowadzeniem mechanizmów, które uszczelniłyby akcyzę, VAT i CIT i zwiększyły wpływy z tych danin.
"Jest potrzeba terapii szokowej". Europa ma dużo do nadrobienia ws. obronności
PiS ogłosiło w miniony weekend, że po dojściu do władzy podwyższy drugi próg podatkowy ze 120 tys. zł do 180 tys. zł. To flagowa i zarazem jedna z kilku obietnic wyborczych, określanych "planem Czarnka". Jak mówił Przemysław Czarnek, to oznacza, że około 2,5 mln podatników, którzy już wchodzą w drugi próg podatkowy, skorzystałoby z jego podwyższenia do 180 tys. zł.
Skorzystaliby tylko lepiej zarabiający
Piotr Juszczyk, analityk podatkowy InFakt, ocenił w rozmowie z money.pl, że propozycja podniesienia drugiego progu do 180 tys. zł "brzmi szeroko, ale w praktyce jest adresowana wąsko, chociaż grono z roku na rok będzie rosło".
- Z prostej arytmetyki wynika, że nikt zarabiający do ok. 11,9 tys. zł brutto miesięcznie nie zyska ani złotówki, bo w ogóle nie dotyka drugiej stawki. Pierwsze realne korzyści pojawiają się dopiero powyżej tej kwoty, a pełna oszczędność - 12 tys. zł rocznie, trafia dopiero do osób zarabiających od ok. 17,7 tys. zł w górę - wyjaśnił ekspert InFaktu.
Analityk InFaktu zaznacza jednocześnie, że nie znaczy to, że pomysł jest zły, gdyż problem, który ma rozwiązać, jest realny. - W 2009 r. ustalano próg na poziomie 85 528 zł, odpowiadał on mniej więcej 3,5-krotności przeciętnego wynagrodzenia. Dzisiejsze 120 tys. zł to już tylko ok. 1,2 średniej krajowej. Innymi słowy, próg się nie zmienił dlatego, że ktoś go obniżył, tylko dlatego, że płace i ceny urosły, a on stał w miejscu. To klasyczny "pełzający" wzrost obciążeń, którego podatnik nie zauważa z miesiąca na miesiąc, ale który po latach realnie zabiera mu pieniądze - dodał Juszczyk.
Minister podaje koszt podniesienia progu
– 25 mld zł to jest koszt propozycji pana Czarnka. Oczywiście nie wskazał żadnych prawdziwych, takich realnych źródeł sfinansowania tej propozycji – stwierdził z kolei w środę minister finansów i gospodarki Andrzej Domański, odnosząc się do sprawy w rozmowie z Polsat News.
Minister finansów ocenił, że to obietnica, której nie da się zrealizować bez konsekwencji w innych częściach systemu. Jak wskazał, ograniczenie wpływów w jednym miejscu może oznaczać albo cięcia po stronie wydatków, albo szukanie dodatkowych dochodów poprzez inne daniny.
– Dlatego, że jeżeli pan Czarnek mówi o 25 mld zł ograniczenia wpływów w jednym miejscu, to albo będzie ścinał wydatki, albo będzie podnosił podatki w innym miejscu, bo innej drogi nie ma – dodał szef resortu finansów.
Źródło: RMF FM, PAP, Polsat News, money.pl