Bez szans na rewolucję? Tym może się skończyć unijny zryw o ETS
Przywódcy UE spotkali się w Brukseli, by debatować nad cenami energii i przyszłością systemu ETS. Polska jest jednym z licznych krajów, które domagają się zmian. Michał Smoleń, kierownik Zespołu Energii Polskiego Instytutu Ekonomicznego, studzi jednak głowy polityków.
W czwartek rozpoczął się niezwykle ważny z punktu widzenia polskiej gospodarki szczyt unijnych przywódców w Brukseli. Głównym tematem rozmów na najwyższym szczeblu jest poszukiwanie skutecznych metod na obniżenie cen energii w Europie, co nierozerwalnie wiąże się z potencjalną i budzącą ogromne emocje reformą systemu handlu uprawnieniami do emisji (EU ETS). Zanim jednak przejdziemy do politycznych kuluarów i postulatów poszczególnych państw, warto spojrzeć na ten mechanizm chłodnym, analitycznym okiem.
Debata nad przyszłością ETS nabrała szczególnego tempa w ostatnich tygodniach. Jeszcze w połowie marca przewodnicząca Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen deklarowała, że unijny system handlu emisjami wymaga modernizacji, co wywołało falę oczekiwań na gruntowne zmiany. Jednak jak pokazują najnowsze ustalenia, rewolucji w tym zakresie nie będzie.
Warunkowość nie tylko przez SAFE. USA też mają wymagania
Bez rewolucji? Ekspert PIE o losach ETS
W rozmowie z money.pl szczegółowej oceny sytuacji rynkowej i możliwych scenariuszy negocjacyjnych dokonał ekspert Polskiego Instytutu Ekonomicznego. Jego diagnoza nie pozostawia złudzeń co do tego, w jakim kierunku zmierza unijna polityka klimatyczna.
– EU ETS to kluczowy mechanizm realizacji europejskich celów klimatycznych, które w dalszym ciągu cieszą się poparciem większości państw członkowskich – mówi w rozmowie z money.pl Michał Smoleń.
Likwidacja ETS (bezpośrednio czy w praktyce, poprzez interwencyjne obniżenie ceny do np. 10 euro za tonę) oznaczałaby wyhamowanie transformacji: krótkoterminowe oszczędności (wynikające z ograniczenia inwestycji w czyste źródła czy sieć) zostałyby okupione trwałą zależnością od paliw kopalnych - dodaje ekspert.
Przedstawiciel PIE zwraca uwagę na fundamentalny problem surowcowy Starego Kontynentu, który w obecnej sytuacji geopolitycznej jest szczególnie dotkliwy.
- Te zaś Europa wydobywa na niewystarczającą skalę (gaz ziemny) lub po wysokich kosztach (węgiel kamienny), co przekłada się na uzależnienie od ryzykownego importu - kontynuuje Michał Smoleń. - Państwa członkowskie musiałyby załatać dziurę po przychodach z ETS, zapewne podnosząc podatki lub tnąc wydatki, nie tylko na cele środowiskowe - podkreśla analityk.
Końca ETS raczej nie będzie. Możliwa pomoc dla firm
Co zatem realnie leży na unijnym stole negocjacyjnym? Ekspert wskazuje, że rozmowy toczą się wokół bardzo konkretnych, technicznych mechanizmów osłonowych dla biznesu.
- Na poważnie trwają natomiast dyskusje dot. szeregu ważnych elementów ekosystemu ETS. Chodzi tu między innymi o rozwiązania dla sektorów przemysłu, w których ograniczenie emisji pozostaje trudne, a które są narażone na konkurencję ze strony innych państw, gdzie opłaty za emisje są niższe lub w ogóle nie obowiązują - wyjaśnia ekspert PIE. - Propozycje na stole zmierzają do utrzymania ekonomicznych bodźców do redukcji emisji, przy równoczesnej kontynuacji ochrony przed niesprawiedliwą konkurencją i ucieczką emisji (te narzędzia to darmowe uprawnienia, rekompensata kosztów pośrednich emisji, cło węglowe CBAM).
Odnosząc się do samej wyceny uprawnień do emisji dwutlenku węgla, która spędza sen z powiek szefom spółek energetycznych w całej Europie, analityk wskazuje na chęć uspokojenia rynkowych wahań.
- Jeżeli chodzi o same ceny ETS, propozycje dotyczą głównie poprawy stabilności i przewidywalności systemu - tłumaczy Smoleń. - W grę wchodzi także częściowa korekta celów redukcyjnych, co mogłoby spowolnić wzrost cen uprawnień w kolejnych latach, ale nie oznaczałoby to żadnej rewolucji. Ważnym tematem jest też podział przychodów ze sprzedaży uprawnień pomiędzy państwa członkowskie, budżet UE oraz unijne fundusze wspierające transformację energetyczną.
Czy prąd stanieje?
Jakie będą ostateczne skutki tych rozmów dla portfeli zwykłych obywateli i rachunków za prąd? Czy zmiany, które wypracuje unia, mają szansę znacząco zmienić obowiązujące zasady?
- Nie należy oczekiwać rewolucji: propozycje, które mają szansę na zyskanie akceptacji państw członkowskich, będą miały ograniczony wpływ na ceny energii elektrycznej dla ogółu odbiorców - prognozuje ekspert.
System EU ETS działa, jak powinien. Środkiem do utrzymania cen na akceptowalnym poziomie są nieksięgowe wybiegi, ale m.in. racjonalne inwestycje w źródła wytwórcze, czego niestety nie udaje nam się osiągnąć (przez problemy energetyki wiatrowej na lądzie) - dodaje.
Ekspert dodaje, kto ma najwięcej do stracenia w trwającej dyplomatycznej batalii w stolicy Belgii.
Stawka negocjacji jest natomiast wyższa dla przemysłu energochłonnego, który liczy na rozszerzenie i utrwalenie systemu osłon - kończy swoją wypowiedź dla money.pl ekspert.
Podział w Europie: Dwie wizje transformacji
Słowa eksperta doskonale oddają tło politycznego sporu, który toczy się obecnie w Brukseli. Polska, reprezentowana przez premiera Donalda Tuska, stanęła na czele koalicji państw domagających się głębokiej rewizji systemu, który w obecnym kształcie mocno winduje koszty produkcji energii z węgla. Szef polskiego rządu, wspólnie z przywódcami dziewięciu innych państw (Włoch, Austrii, Bułgarii, Chorwacji, Czech, Grecji, Węgier, Słowacji i Rumunii), wystosował twardy apel do przewodniczącej Komisji Europejskiej Ursuli von der Leyen. Sygnatariusze domagają się gruntownego przeglądu zasad ETS, kładąc szczególny nacisk na przedłużenie okresu obowiązywania bezpłatnych uprawnień dla przemysłu, które według obecnych harmonogramów mają wygasnąć w 2034 roku. O tych planach polski premier informował już w środę podczas wystąpienia w Gdańsku, zapowiadając walkę o specyficzne podejście do każdego państwa członkowskiego, uwzględniające jego historyczne uwarunkowania gospodarcze.
Na drugim biegunie negocjacyjnym okopała się grupa ośmiu państw zachodnich i północnych. Dania, Finlandia, Luksemburg, Portugalia, Słowenia, Hiszpania, Szwecja oraz Holandia opublikowały w zeszłym tygodniu własny, kontrujący list. Kategorycznie sprzeciwiają się w nim jakiemukolwiek osłabianiu architektury systemu handlu emisjami, argumentując, że jest to jedyne skuteczne narzędzie wymuszające rynkową dekarbonizację.
Stanowisko tej grupy dobitnie podsumował w czwartek premier Holandii Rob Jetten. Szef holenderskiego rządu wprost stwierdził, że gdyby nie mechanizm ETS, Unia Europejska musiałaby obecnie importować miliony ton paliw kopalnych z państw trzecich. Polityk przyznał jednocześnie, że napięcia geopolityczne wywindowały koszty energii, co wymaga reakcji osłonowych dla konsumentów i firm, jednak Holandia nie zgodzi się na demontaż polityk kluczowych dla uczynienia kontynentu bardziej ekologicznym i niezależnym w długiej perspektywie.
Z nieoficjalnych informacji wynika, że w przygotowywanym projekcie wniosków ze szczytu unijnego znalazł się kompromisowy zapis. Wzywa on Komisję Europejską do pilnego przedstawienia krótkoterminowych działań obniżających ceny prądu, ale przy zachowaniu długoterminowych sygnałów dla inwestorów w OZE. Co kluczowe dla polskiej delegacji, w dokumencie ma znaleźć się wzmianka o konieczności uwzględnienia "zróżnicowanej sytuacji w poszczególnych państwach członkowskich".
Polska walczy o opóźnienie ETS2 i fundusze
Równolegle do działań premiera w Brukseli, na krajowym podwórku stanowisko rządu doprecyzowała ministra klimatu i środowiska Paulina Hennig-Kloska. Resort otwarcie przyznaje, że jednostronne wyjście Polski z systemu ETS jest prawnie i technicznie niemożliwe, dlatego walka toczy się o przeforsowanie tzw. sześciopaku postulatów.
Najwięcej emocji budzi kwestia wdrożenia systemu ETS2, który w przeciwieństwie do obecnego mechanizmu (obejmującego głównie wielki przemysł i energetykę), uderzy bezpośrednio w portfele obywateli. Nowe certyfikaty mają bowiem objąć emisje pochodzące ze spalania paliw kopalnych w transporcie drogowym oraz przy ogrzewaniu gospodarstw domowych. Szefowa resortu klimatu poinformowała, że dzięki zbudowaniu odpowiedniego bloku poparcia w Radzie UE udało się już wstępnie przesunąć datę wejścia w życie ETS2 z 2027 na 2028 rok.
Ambicje polskiego rządu idą jednak znacznie dalej. Warszawa chce, aby do 2030 roku wdrożenie systemu ETS2 miało charakter wyłącznie dobrowolny dla państw członkowskich. Oprócz tego polski "sześciopak" zakłada utrzymanie darmowych certyfikatów dla przemysłu, objęcie darmowymi uprawnieniami sektorów narażonych na import z krajów trzecich (w ramach mechanizmu CBAM), specjalne traktowanie krajowego ciepłownictwa systemowego oraz wdrożenie realnych mechanizmów zapobiegających spekulacjom finansowym na rynku uprawnień do emisji.
Szóstym, niezwykle istotnym z punktu widzenia finansów państwa elementem jest przyszłość Funduszu Modernizacyjnego. To właśnie z tego instrumentu, zasilanego przychodami ze sprzedaży uprawnień ETS, Polska czerpie gigantyczne środki na transformację. Resort klimatu poinformował, że zaledwie 12 marca Europejski Bank Inwestycyjny zatwierdził pięć kolejnych polskich programów o wartości 5,5 mld zł. Środki te popłyną m.in. na termomodernizację szkół, szpitali, budynków wielorodzinnych na wsiach oraz budowę magazynów energii i ciepła. Łącznie w ramach tego funduszu zatwierdzono już 32 programy z budżetem 53,5 mld zł, z czego wypłacono dotąd 18,7 mld zł, a Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej podpisał ponad 70 tysięcy umów z beneficjentami.
Dyskusja nad reformą systemu handlu emisjami toczy się zresztą od wielu miesięcy. Zaledwie dzień przed szczytem dziesięć krajów, w tym Polska, wezwało do gruntownego przeglądu ETS, argumentując, że obecny system nadmiernie winduje koszty energii i osłabia konkurencyjność europejskiego przemysłu. Odpowiedź von der Leyen na te apele okazała się jednak wyważona. Ujawniona treść jej listu do liderów państw UE pokazała, że Komisja nie planuje rewolucyjnych zmian, a jedynie kosmetyczne poprawki mające złagodzić wpływ systemu na najbardziej dotknięte sektory gospodarki.
Warto pamiętać, że już w lutym eksperci ostrzegali, że Europa ugina się pod ciężarem wysokich cen uprawnień do emisji, które w połączeniu z rosnącymi kosztami energii stawiają europejski przemysł w niekorzystnej pozycji wobec konkurencji z Chin czy Stanów Zjednoczonych. Problem ten dotyczy zresztą nie tylko Europy: chińskie firmy również stanęły przed wyzwaniem związanym z unijnym cłem węglowym, które ma wyrównać szanse konkurencyjne między producentami płacącymi za emisje a tymi, którzy tego nie robią.