Cena ropy nie spadnie tak szybko? Nowa prognoza
Powrót do pełnego wydobycia ropy na Bliskim Wschodzie potrwa wiele miesięcy, nawet jeśli konflikt z Iranem się zakończy. Zablokowanie cieśniny Ormuz to potężny cios w globalny rynek, który może na stałe wywindować ceny surowca na stacjach paliw - czytamy w serwisie Barron's.
Zablokowanie kluczowych szlaków handlowych przez Iran wywołało wstrząs, z którym branża energetyczna będzie się zmagać przez długi czas. Podczas konferencji energetycznej CERAWeek w Houston, przedstawiciele państwowych spółek naftowych z Zatoki Perskiej nakreślili pesymistyczny scenariusz dla globalnych rynków. Shaikh Nawaf Al-Sabah, dyrektor generalny Kuwait Petroleum Corporation, podkreślił w swoim wystąpieniu wideo, że przywrócenie pełnych mocy produkcyjnych zajmie kilka miesięcy od ewentualnego zakończenia działań zbrojnych. Wynika to z konieczności ponownego uruchomienia setek zamkniętych obecnie odwiertów.
Obecna sytuacja stanowi dramatyczne pogorszenie w porównaniu z początkiem marca, gdy ropa przekroczyła 72 dolary za baryłkę, a eksperci dopiero zaczynali ostrzegać przed skutkami blokady cieśniny. Wtedy wydawało się, że to jedynie chwilowy skok cen. Dziś, przy notowaniach oscylujących wokół 100 dolarów w krajach zachodnich, widać wyraźnie, że mieliśmy do czynienia z początkiem długotrwałego kryzysu energetycznego.
Analitycy szacują, że z powodu konfliktu z rynku zniknęło już ponad 6 mln baryłek ropy dziennie. Skutki tych ograniczeń są drastycznie widoczne w notowaniach surowca, gdzie zarysowała się bezprecedensowa przepaść cenowa. O ile w Stanach Zjednoczonych i Europie baryłka kosztuje obecnie około 100 dolarów, o tyle na Bliskim Wschodzie ceny przekroczyły już poziom 180 dolarów.
Od kasetek do 300 mln zł. Polska firma ogrywa chińską konkurencję
Cieśnina Ormuz kluczem do stabilizacji
Głównym punktem zapalnym pozostaje cieśnina Ormuz, przez którą w czasach pokoju przepływało około 20 proc. światowych dostaw ropy i gazu ziemnego. Obecnie szlak ten jest faktycznie zablokowany przez irańskie groźby i ataki, co zmusza producentów do szukania kosztownych alternatyw. Arabia Saudyjska i Zjednoczone Emiraty Arabskie próbują przesyłać surowiec rurociągami omijającymi zapalny region, a państwa zachodnie uwalniają strategiczne rezerwy. Według wyliczeń Natashy Kanevy, analityczki banku JP Morgan, działania te pokrywają zaledwie 1/5 obecnych niedoborów.
Przedstawiciele branży nie mają złudzeń, że półśrodki rozwiążą problem. – To nie jest kwestia podaży – stwierdził w odtworzonym nagraniu Sultan Ahmed Al Jaber, szef Abu Dhabi National Oil Company. Dodał on, że obecna sytuacja to problem bezpieczeństwa, a jedyną trwałą odpowiedzią jest utrzymanie otwartej cieśniny, ponieważ z tego kryzysu nie da się wyjść wyłącznie poprzez handel. Wtórował mu dyrektor z Kuwejtu, zaznaczając, że żadne alternatywne trasy nie zastąpią swobody żeglugi w Zatoce Perskiej.
Widmo nowych opłat i drożyzny
Sytuację komplikuje niepewność polityczna, w tym doniesienia prezydenta Donalda Trumpa o rozpoczęciu negocjacji z władzami w Teheranie, czemu sama strona irańska zaprzeczyła. Eksperci ostrzegają przed scenariuszem, w którym zakończenie konfliktu nie przyniesie pełnego odblokowania szlaku morskiego. Były sekretarz obrony USA Jim Mattis zwrócił uwagę, że Iran może przekształcić cieśninę w swego rodzaju płatną autostradę. Wskazał, że w przypadku wycofania zachodnich sił zbrojnych, Teheran mógłby nałożyć podatek na każdy przepływający statek, co byłoby całkowicie nie do utrzymania na rynku międzynarodowym.
Gospodarcze konsekwencje tego szoku mogą być odczuwalne przez kolejne lata. Firma analityczna Enverus prognozuje, że międzynarodowe ceny ropy utrzymają się na średnim poziomie 95 dolarów w 2026 roku i 100 dolarów w roku kolejnym. Dyrektor generalny koncernu Chevron, Mike Wirth, zauważył, że obecne zachodnie wyceny wciąż nie odzwierciedlają w pełni ilości surowca, która faktycznie zniknęła z rynku. Z kolei Jim Burkhard z S&P Global podsumował, że tak ogromna różnica cenowa między Europą a Bliskim Wschodem nie może trwać wiecznie. W nadchodzących tygodniach rynki będą musiały się wyrównać, co budzi obawy o drastyczne podwyżki dla zachodnich konsumentów, jeśli globalne stawki zaczną gonić te bliskowschodnie.
Polskie firmy i kierowcy zapłacą cenę
Kryzys związany z blokowaniem cieśniny Ormuz był w ostatnich tygodniach wielokrotnie analizowany przez ekspertów. Już na początku marca ostrzegano, że długotrwałe zakłócenia w tym kluczowym punkcie zaopatrzenia mogą spowodować wzrost cen gorszy niż podczas kryzysu naftowego. Teraz te czarne scenariusze stają się rzeczywistością, a branża energetyczna musi zmierzyć się z konsekwencjami, które będą odczuwalne przez wiele miesięcy. Warto przypomnieć, że jeszcze w lutym eksperci przewidywali, że ceny paliw mogą sięgnąć poziomów z lata 2022 roku, gdy tankowanie było droższe nawet o 2 zł za litr. Dziś, patrząc na notowania ropy oscylujące wokół 100 dolarów za baryłkę, te prognozy wydają się wręcz optymistyczne.
Dla polskich konsumentów i firm transportowych oznacza to nieuchronny wzrost kosztów. Już pod koniec lutego analitycy zastanawiali się, jak konflikt w Iranie uderzy w polskie przedsiębiorstwa, a dzisiaj odpowiedź staje się coraz bardziej oczywista. Jeśli międzynarodowe ceny paliw rzeczywiście zaczną wyrównywać się do poziomów bliskowschodnich, polscy kierowcy i przedsiębiorcy mogą stanąć przed jedną z najdroższych fal podwyżek w historii.