Najgorsze za nami? Kasandryczne prognozy ws. cen ropy się nie sprawdziły

Według najnowszej analizy działu badawczego Bloomberga przekroczyliśmy już najgorszy pod względem cen ropy moment obecnego kryzysu. Mimo napięć na Bliskim Wschodzie prognozy o notowaniach surowca sięgających 150 dol. nie sprawdzają się. Jednak zdaniem ekspertów, z którymi rozmawialiśmy, nie jest to jeszcze całkiem wykluczone.

Ceny ropy nie osiągnęły spodziewanych szczytówCeny ropy nie osiągnęły spodziewanych szczytów
Źródło zdjęć: © East News | AFP, Arash Khamooshi, East News, MANDEL NGAN, Polaris via Redux
Robert Kędzierski

Na rynkach surowcowych obserwujemy obecnie wysoce nietypową sytuację, która zaskakuje wielu inwestorów i analityków. Choć kluczowe szlaki handlowe w rejonie cieśniny Ormuz pozostają w dużej mierze zablokowane, a globalne zapasy ropy naftowej systematycznie spadają, nie widać wyraźnego, trwałego rajdu cenowego ropy.

Modelowanie przeprowadzone przez analityków zespołu badawczego działającego pod nazwą BloombergNEF wskazuje, że notowania kontraktów terminowych na ropę naftową Brent mogły już osiągnąć swoje maksimum na poziomie nieco powyżej 104 dolarów za baryłkę w ujęciu średniomiesięcznym. Kłóci się to z prognozami, które kilka miesięcy temu przedstawiał m.in. szef BlackRock Larry Fink. W rozmowie z BBC ostrzegał, że notowania ropy mogą sięgnąć 150 dol. za baryłkę, co byłoby ciosem dla światowej gospodarki.

"Polski w Waszyngtonie nie ma". Michta ostro o bezpieczeństwie

Kluczowy będzie trzeci kwartał

Rafał Zywert, dyrektor Działu Prognoz i Analiz w firmie Reflex, w komentarzu dla money.pl przyznaje, że sytuacja na Bliskim Wschodzie wciąż jest bardzo istotna dla rynku ropy. - Cieśnina Ormuz pozostaje w 95 proc. zamknięta. Przepływa przez nią nieregularnie od kilku do kilkunastu statków dziennie wobec średnio 130-150 przed wybuchem wojny na Bliskim Wschodzie - mówi. Wskazuje też, że termin ewentualnego pogorszenia się kryzysu na rynku ropy wyraźnie się przesunął.

Jeśli do końca trzeciego kwartału nie dojdzie do rozejmu na Bliskim Wschodzie i odblokowania cieśniny Ormuz na rynku ropy, możemy ponownie obserwować większą zmienność i wzrost cen, tym bardziej jeśli tegoroczny sezon huraganowy w USA, które są największym na świecie producentem ropy i eksporterem netto produktów naftowych, okazałby się ponadprzeciętnie aktywny - wskazuje Rafał Zywert.

Tłumaczy też, że obecną sytuację ratują wcześniej zgromadzone zasoby. - Ograniczenia produkcji ropy naftowej na Bliskim Wschodzie sięgają 11-12 mln baryłek dziennie, czyli około 15 proc. światowego wydobycia ropy naftowej przed wybuchem wojny na Bliskim Wschodzie. Jednocześnie światowe zapasy ropy naftowej i paliw spadają w szybkim tempie, ale przed wybuchem konfliktu na rynku były na wysokim poziomie i mieliśmy nadpodaż - wskazuje.

Innym powodem tego, że kasandryczne prognozy dla rynku się nie sprawdziły, są zachowania konsumentów. - Zaczęła spadać również konsumpcja, głównie na rynkach azjatyckich. Jeszcze na początku roku Amerykańska Agencja Informacji Energetycznej EIA oczekiwała wzrostu światowego popytu na paliwa o 1,2 mln baryłek dziennie w 2026 r. Aktualnie prognozy te zostały zaktualizowane do spadku o około 1,1 mln baryłek - mówi analityk.

Na poprawę sytuacji wpływają też działania Stanów Zjednoczonych. - USA utrzymują rekordowy poziom eksportu produktów naftowych i ropy kosztem zmniejszania swoich zapasów - podkreśla ekspert Reflex.

Pytanie, jak długo taka sytuacja może trwać bez większego wpływu na ceny. Moim zdaniem do końca trzeciego kwartału ceny ropy naftowej Brent mogą pozostać w konsolidacji w okolicach 90-120 dol. za baryłkę, pod warunkiem utrzymania rozejmu i braku pełnoskalowej wojny na Bliskim Wschodzie - podsumowuje Rafał Zywert.

Ropa po 150 dol. wciąż możliwa, ale rynek miał czas na dostosowanie

Piotr Arak, główny ekonomista VeloBanku, przestrzega przed zbyt wczesnym optymizmem. - 150 dol. za baryłkę to wciąż scenariusz możliwy, ale nie bazowy. Skok cen mógłby nastąpić po ponownej eskalacji napięcia - bez dyplomatycznego wyjścia i jednoczesnego szybkiego wyczerpania zapasów - wskazuje w opinii dla money.pl.

Rynek widocznie wycenia jednak, że jakaś forma porozumienia jest realna, pomimo tego, że sytuacja na rynku paliwowym ma szansę znormalizować się dopiero w 2027 r., jeżeli teraz doszłoby do udrożnienia przepływów z Zatoki Perskiej - podkreśla Piotr Arak.

Podobnego zdania jest dr Piotr Bartkiewicz, ekspert Departamentu Analiz Makroekonomicznych Pekao. - Kurs ropy wynoszący 150 dol. jest możliwy, jeśli konflikt się zaogni i wznowione zostaną ataki na infrastrukturę energetyczną w regionie. Status quo nie jest aż tak złe dla rynku ropy naftowej, jak się czasem twierdzi - ocenia.

- Rynek bowiem miał kilka miesięcy na dostosowanie do nowej sytuacji: kupujący znaleźli nowych dostawców, statki zostały przekierowane, część ropy z Zatoki jest transportowana rurociągami, rezerwy uruchomione, a popyt, w tym zwłaszcza z Azji, zmniejszony. W konsekwencji nie mówimy już o fizycznych brakach surowca. Zniknęły też duże rozbieżności między cenami różnych rodzajów ropy naftowej czy między ropą a produktami ropopochodnymi. Obecne ceny są też zbliżone do tego, czego należało się spodziewać, biorąc pod uwagę łączny ubytek podaży na rynku. W bardzo dużym przybliżeniu: 10 proc. mniej ropy na rynku oznaczało podwojenie cen - podkreśla dr Piotr Bartkiewicz.

Leszek Kąsek, starszy ekonomista ING w rozmowie z money.pl, podkreśla, że sytuacja na rynku jest obecnie przedmiotem analiz banku, który wkrótce opublikuje na ten temat raport. Ekspert zdradził nam jego najważniejsze założenia.

- W scenariuszu bazowym zakładamy cenę 110 dol. za baryłkę w trzecim kwartale 2026 r. Zakładamy jednocześnie, że możliwe jest czasowe przebicie poziomu 120 dol., ale raczej nie 150 dol. - wskazuje analityk ING.

Dlaczego nie powinno być aż tak źle? Po pierwsze - widzimy dostosowanie globalnego popytu, który spadł szczególnie w Azji. Ale i podaży - jest więcej ropy spoza Zatoki Perskiej, czyli z USA, Kazachstanu i Rosji. Arabia Saudyjska i ZEA omijają Ormuz na dużą skalę, pojawiła się nowa flota cieni pływająca z wyłączonymi transponderami i dostarczająca ropę głównie do Azji/Chin - tłumaczy.

- Po drugie, zapasy spadają szybko, ale globalnie jest to netto około 5-6 mln baryłek dziennie, a nie 10 mln, które ubyło przez blokadę Ormuzu. Po trzecie zaś, rynki się przyzwyczaiły do zapowiedzi Trumpa, że pokój będzie lada chwila, a później dochodzi do ataków czy incydentów. Według mnie prawdziwym game changerem byłoby zablokowanie szlaku przez Morze Czerwone przez jemeńskich Huti, ale oni są znacznie słabsi militarnie niż wojownicy irańscy, więc to nam raczej nie grozi - podsumowuje Leszek Kąsek.

Chiny chłodzą rynek

Dodatkowym, niezwykle istotnym czynnikiem hamującym potencjalne wzrosty cen są potężne rezerwy zgromadzone przez Państwo Środka. Jak czytamy we wspomnianym wcześniej raporcie Bloomberga, w ubiegłych latach, gdy wyceny surowca na światowych giełdach były stosunkowo niskie, Pekin niezwykle intensywnie gromadził tanie zapasy strategiczne.

Obecnie te ogromne rezerwy działają jak skuteczny rynkowy stabilizator, chroniąc przed gwałtownymi szokami podażowymi. Według ekspertów BloombergNEF Chiny znacznie ograniczyły bieżący import ropy, co niemal całkowicie blokuje możliwość drastycznych skoków cenowych, które mogłyby na nowo napędzić światową inflację.

BloombergNEF przewiduje, że "ceny ropy pozostaną na obecnym, stabilnym poziomie do sierpnia, zakładając oczywiście utrzymanie kruchego rozejmu". Eksperci jednoznacznie zastrzegają jednak, że w przypadku przedłużającej się blokady cieśniny Ormuz lub nowych, niespodziewanych ataków na krytyczną infrastrukturę energetyczną, notowania surowca mogą ponownie gwałtownie wzrosnąć, co ostatecznie zmusiłoby rządy państw importujących do odgórnego ograniczania konsumpcji paliw.

Wybrane dla Ciebie