Niemcy nie przystąpią do SAFE, ale zarobią na Polsce? Prawda jest inna
Berlin nie widnieje na liście beneficjentów unijnego programu zbrojeniowego SAFE. Jak wynika z analiz danych Komisji Europejskiej, powód absencji największej gospodarki UE jest prozaiczny: Niemcy są w stanie pożyczać pieniądze na rynkach taniej niż oferuje to Bruksela. Polska takiego komfortu nie ma. Czy to oznacza, że Berlin zbije majątek na naszych wydatkach? To też nieprawda.
W debacie publicznej dotyczącej unijnego mechanizmu Security Action for Europe (SAFE) dominują emocje i polityczne spory o suwerenność. Tymczasem, jak zauważają analitycy rynkowi, kluczem do zrozumienia mechanizmu nie są sympatie polityczne, lecz twarda matematyka rentowności obligacji. Decyzja rządu w Berlinie o nieprzystępowaniu do programu, w którym Polska ma być największym beneficjentem, rzuca nowe światło na warunki finansowe tej gigantycznej pożyczki.
Skoro Niemcy uznają, że SAFE im się nie opłaca, a Polska wchodzi w ten mechanizm z pełnym zaangażowaniem, oznacza to, że koszt unijnego pieniądza plasuje się gdzieś pomiędzy wiarygodnością kredytową Berlina a Warszawy. Nie oznacza to jednak, że Niemcy nie chcą, by Europa się zbroiła.
Droga Polski do pozyskania tych środków nie była krótka. Pod koniec stycznia Komisja Europejska pozytywnie zaopiniowała dokumenty złożone przez Polskę, otwierając starania o największy w historii naszego kraju pakietu finansowania obronności. To efekt wielomiesięcznych negocjacji i przygotowań, które trwały od momentu ogłoszenia programu SAFE jesienią ubiegłego roku.
Zgodnie z danymi opublikowanymi przez Komisję Europejską, Polska ma otrzymać w ramach SAFE aż 43,7 mld euro. To bezprecedensowa kwota, czyniąca nas absolutnym liderem pod względem wielkości wnioskowanego wsparcia. Dla porównania, druga na liście Rumunia wnioskuje o niespełna 16,7 mld euro, a Włochy o 14,9 mld euro. Warto zauważyć, że wiele państw "starej Unii" albo nie bierze udziału w programie wcale, albo ich udział jest symboliczny - jak w przypadku Danii (niespełna 47 mln euro) czy Belgii (8,3 mld euro).
Ujawnia, kto szturmuje portale randkowe. Jedna płeć przeważa
Niemiecka kalkulacja: dlaczego Berlin mówi "pas"
Analiza dostępnych danych rynkowych pozwala na wyciągnięcie wniosków dotyczących oprocentowania pożyczek w ramach SAFE, mimo że oficjalne tabele nie zostały jeszcze opublikowane. Niemcy nie biorą udziału w programie, argumentując to możliwością pozyskania kapitału na lepszych warunkach samodzielnie. Jest to argument kluczowy dla zrozumienia finansowej konstrukcji całego przedsięwzięcia.
Niemieckie obligacje skarbowe (Bunds) są tradycyjnie traktowane przez inwestorów jako "bezpieczna przystań", co pozwala Berlinowi zadłużać się na wyjątkowo niski procent. Obecnie rentowność niemieckiego długu oscyluje w granicach 2,5-3 proc. To zatem nieco mniej niż unijny program.
Prof. Paweł Wojciechowski, prezes Instytutu Finansów Publicznych, były minister finansów, w komentarzu dla money.pl podkreśla, że w dyskusji o SAFE kluczowe jest to, żeby porównywać instrumenty o podobnej konstrukcji.
Nie można porównywać gruszek z jabłkami. Jeżeli zestawiamy krótkie, pięcioletnie finansowanie w złotych z 45-letnią stałą pożyczką w euro, to porównujemy zupełnie różne produkty - o innym horyzoncie, innym ryzyku i innej strukturze spłaty. Dopiero gdy porównamy stałe do stałego i długość do długości, a dodatkowo uwzględnimy koszt zabezpieczenia waluty, otrzymujemy uczciwy obraz sytuacji. I przy takim porównaniu SAFE pozostaje jednym z najtańszych dostępnych źródeł długoterminowego finansowania - wskazuje prezes IFP.
I tłumaczy, że dla Polski europejski instrument finansowy jest korzystniejszy. - SAFE to około 184 mld zł finansowania na 45 lat, z czego pierwsze 10 lat to karencja w spłacie kapitału, a oprocentowanie wynosi około 3,3 proc. Często porównuje się to do emisji pięcioletnich obligacji BGK, które kosztują około 4,5-4,8 proc. Wtedy różnica wynosi mniej więcej 1 punkt procentowy i daje łącznie 36-60 mld zł oszczędności w całym okresie. To jest poprawne, ale konserwatywne porównanie, bo dotyczy krótkiego finansowania - wylicza Wojciechowski.
Niemcy nie uczestniczą, ale zarobią na Polsce?
Mimo finansowych korzyści, program SAFE stał się przedmiotem gorącej debaty politycznej w Polsce. W przestrzeni medialnej, szczególnie w stacjach kojarzonych z opozycją prawicową, pojawiały się zarzuty, jakoby był to "toksyczny kredyt na warunkach Berlina", a beneficjentami środków miałyby być głównie niemieckie koncerny zbrojeniowe, takie jak Rheinmetall. Narracja ta sugeruje, że Polska zadłuża się, by napędzać niemiecką gospodarkę.
Magdalena Sobkowiak-Czarnecka stanowczo odpierała te zarzuty na antenie TVP Info, tłumacząc, że umowa podpisywana jest z Komisją Europejską w Brukseli, a nie z rządem w Berlinie. Co więcej, pełnomocnik rządu przytoczyła dane Agencji Uzbrojenia, z których wynika, że aż 89 proc. środków z mechanizmu SAFE ma trafić do polskich firm.
I posłowie z komisji obrony, i Biuro Bezpieczeństwa Narodowego mają dostęp do listy zakupowej. I każdy, kto się z tą listą zapoznał, wycofuje argument o Niemcach. Bo jest jasne, że każdy, kto przeczyta, co kupujemy, wie, że są to produkty, które powstają w polskim przemyśle zbrojeniowym, m.in. w Hucie Stalowa Wola - mówiła przedstawicielka rządu.
Ryzyko walutowe
Zaciągnięcie zobowiązania na kwotę ponad 43 mld euro sprawi, że udział długu zagranicznego w całym zadłużeniu Polski skokowo wzrośnie - z obecnych około 22 proc. do blisko 30 proc. To poziom, który zmienia percepcję ryzyka przez rynki finansowe. Największym zagrożeniem w perspektywie 45 lat spłaty nie jest samo oprocentowanie, lecz kurs walutowy. Obecnie złoty jest stosunkowo mocny (kurs w okolicach 4,20 zł za euro), co sprawia, że przeliczenie długu wygląda korzystnie. Jednak historia ostatnich 25 lat pokazuje, że wahania kursowe mogą sięgać 10-20 proc. w krótkim czasie.
Wystarczy przypomnieć sytuację z 2022 roku, gdy kurs euro zbliżał się do 5 złotych. Gdyby podobne osłabienie złotego nastąpiło w momencie spłaty rat kapitałowych SAFE, realny koszt długu dla polskiego podatnika wzrósłby drastycznie.
Mechanizm ten jest doskonale znany setkom tysięcy Polaków, którzy zaciągnęli kredyty we frankach szwajcarskich, kuszeni niższym oprocentowaniem, a następnie zderzyli się z brutalną rzeczywistością rynku walutowego. W przypadku SAFE mamy do czynienia z podobnym mechanizmem, tyle że w skali makroekonomicznej i rozciągniętym na dekady.
Czy wydatki na zbrojenia "rozruszają" gospodarkę?
Częstym argumentem podnoszonym przez zwolenników dużych wydatków zbrojeniowych jest tzw. mnożnik inwestycyjny. Teoria ta mówi, że każda złotówka wydana na zbrojenia generuje dodatkowy wzrost PKB poprzez zamówienia w lokalnych firmach, tworzenie miejsc pracy i transfer technologii. Rządowa narracja o 89 proc. środków trafiających do polskich firm wpisuje się w ten model.
Eksperci są jednak w tej kwestii podzieleni. O ile w przypadku Stanów Zjednoczonych, posiadających kompletny łańcuch dostaw i technologii, mnożnik ten jest wysoki, o tyle w przypadku państw takich jak Polska efekt ten może być ograniczony. Wiele zależy od tego, czy polskie zakłady będą jedynie montowniami, czy też w ramach SAFE uda się rozwinąć realne zdolności badawczo-rozwojowe. Jeśli pieniądze zostaną wydane na prosty zakup sprzętu, impuls dla gospodarki będzie jednorazowy i krótkotrwały.
Co więcej, istnieje ryzyko, że presja na szybkie wydanie tak ogromnych środków (podobnie jak miało to miejsce z KPO) doprowadzi do wzrostu cen i nieefektywności. Gdy na rynku pojawia się duży kupiec z pełnym portfelem i krótkim terminem realizacji, ceny naturalnie idą w górę. Polska musi zatem uważać, by w pędzie do wykorzystania limitów SAFE nie przepłacać za sprzęt, który w normalnych warunkach rynkowych można by nabyć taniej.
Bezpieczeństwo ma swoją cenę
Program SAFE wpisuje się w szerszy kontekst unijnych mechanizmów finansowania bezpieczeństwa. Warto przypomnieć, że jeszcze na początku stycznia eksperci wyjaśniali szczegóły korzystania z funduszu SAFE i rolę unijnych pieniędzy we wspieraniu polskiej obronności. Tydzień temu Sejm uchwalił ustawę wdrażającą program, kończąc tym samym wielomiesięczny proces legislacyjny.
To pokazuje, jak dynamicznie rozwija się europejska architektura finansowania obronności - od pierwszych koncepcji jesienią 2025 roku, przez akceptację dokumentów przez Komisję Europejską w styczniu, aż po finalne uchwalenie przepisów w polskim parlamencie.
Dla Polski oznacza to nie tylko gigantyczny zastrzyk kapitału na modernizację armii, ale także wejście w nową erę finansowania bezpieczeństwa, w której tradycyjne granice między budżetem narodowym a mechanizmami unijnymi stają się coraz bardziej płynne.
Robert Kędzierski, dziennikarz money.pl