Poważne oskarżenie prof. Hausnera. "Punkt, po którym traci się kontrolę"

Finansujemy wzrost długiem, który nie podnosi potencjału gospodarczego i nie buduje bazy dla wzrostu w przyszłości – mówi money.pl prof. Jerzy Hausner, były wicepremier, przewodniczący Rady Programowej Open Eyes Economy Summit. W ocenie ekonomisty potrzebna jest stopniowa konsolidacja finansów publicznych, by uniknąć scenariusza, który postawi nas w sytuacji bez wyjścia.

Profesor Jerzy Hausner przestrzega, że by uniknąć negatywnego scenariusza w finansach publicznych, który postawi nas w sytuacji bez wyjścia, działania dostosowawcze powinny być podejmowane, nawet w tak trudnych warunkach. Prof. Jerzy Hausner
Źródło zdjęć: © East News | Marek Lasyk • Zdjęcie wygenerowane przy pomocy AI
Grzegorz OsieckiTomasz Żółciak
  • – Odkładanie konsolidacji fiskalnej oznacza, że przyszłe zacieśnienie będzie o wiele radykalniejsze. A odkładać jej w nieskończoność się nie da – ocenia prof. Jerzy Hausner.
  • Zdaniem byłego wicepremiera i ministra gospodarki, trzeba szukać działań, które z jednej strony podniosą dochody, a z drugiej nie obniżą tych wydatków, które podtrzymują potencjał gospodarczy.
  • Praworządność, finanse publiczne i relacje międzynarodowe – to zdaniem naszego rozmówcy trzy podstawowe kwestie, które powinny być uwzględnione w myśleniu o rzeczywistej strategii gospodarczej.
  • – Pomysł, żeby członkowie RPP szli do zarządu, budzi moje zasadnicze zastrzeżenie – stwierdza prof. Hausner.

Grzegorz Osiecki, Tomasz Żółciak, dziennikarze money.pl: Z jednej strony od ekonomistów słyszymy, że w polskiej gospodarce jest wspaniale, z drugiej strony ostrzeżenia o widmie fiskalnego klifu. Który obraz jest prawdziwy?

Prof. Jerzy Hausner, ekonomista, szef Rady Programowej OEES: Mamy rozmawiać o ekonomistach czy o gospodarce? Kiedyś sklasyfikowałem ekonomistów: są także dworscy, którzy każdej władzy mówią to, co chce usłyszeć – do nich zdecydowanie nie należę – i kaznodziejscy, którzy zawsze głoszą poglądy wiecznie słuszne. Warto odwoływać się do tych, którzy starają się zachować realizm, rzetelność i niezależność.

Obraz gospodarki jest ambiwalentny. W gospodarce realnej relatywnie korzystny: wzrost jest zbliżony do potencjału, a nawet ciut ponad nim. Ale po pierwsze ciągnie go głównie konsumpcja, a po drugie konsumpcja jest w dużym stopniu finansowana długiem. Stąd druga strona medalu: nadmiernie wysoka dynamika długu publicznego przy coraz wyższych deficytach budżetowych.


WIDEO
"Dług za drugiego Tuska". Morawiecki pokazuje swoje wyliczenia

Politycy mówią, że zadłużamy się dla bezpieczeństwa i dla rozwoju.

To punkt wejścia do rozmowy, a nie głoszenie prawdy. Przy deficycie ok. 7 proc. PKB niedużo więcej niż 2 pkt proc. z tego wynikało z finansowania bezpieczeństwa militarnego – obronności.

Rada Fiskalna podsumowała, że obronność tłumaczy ok. 1/4 wzrostu wydatków, więc te 225 mld zł to rozdęty socjal?

Nie tylko – na deficyt składa się około pięciu znaczących pozycji. A czy finansujemy rozwój? Deficyt niewątpliwie pobudza wzrost, ale przyjdzie moment, gdy finansowanie wzrostu długiem będzie niemożliwe. Nie widzimy gwałtownego wzrostu dochodów dzięki produktywności; rosną nominalnie, bo jest inflacja, ale realnie nie szybciej niż gospodarka. Finansujemy więc wzrost długiem, który nie podnosi potencjału gospodarczego i nie buduje bazy dla wysokiego wzrostu w przyszłości. A większość dostępnych i wiarygodnych prognoz pokazuje, że wysoka dynamika wzrostu gospodarki obniży się od 2028–2029 r. Dług nadal będzie wtedy rósł, przy niższym wzroście, i problem dziś poważny się zaostrzy.

Ale na razie nie widać, żeby ktoś się tym przejmował. Czy to nie jak z bajką o wilku, który wielokrotnie jest wywoływany dla zabawy, aż w końcu okazuje się prawdziwy?

Są dwa aspekty problemu z finansami publicznymi. Pierwszy, powszechnie lekceważony, to porządek normatywny: konstytucja i ustawa o finansach publicznych zawierają progi ostrożnościowe. Ktoś powie: Francja i Włochy mają dług dużo wyższy. U nas po europejsku jest już powyżej 60 proc., wkrótce 75 proc., po naszemu ok. 55 proc. w relacji do PKB. A tego ostatniego progu formalnie nie przekraczamy dlatego, że wydatki przenosi się poza budżet. Weźmy zadłużenie Funduszu Wsparcia Sił Zbrojnych ulokowanego w BGK. W zeszłym tygodniu wyliczono, że około 2040 r. obsługa tych zobowiązań może pochłaniać nawet 400 mld zł. I co wtedy zrobimy?

Dlatego powtarzam za Sławomirem Dudkiem – w kontekście art. 219 Konstytucji RP: łamiemy porządek konstytucyjny, przenosząc wydatki poza budżet. Pytanie, jak długo można uważać, że niszcząc "termometr", jesteśmy bezpieczni. Oczywiście samo przekroczenie 60 proc. długu do PKB nie grozi katastrofą, ale nie wiemy, gdzie jest punkt, po którym traci się kontrolę. Dlatego pytanie dziś o praworządność to nie tylko pytanie o sądy i TK, ale o to, czy respektujemy własne reguły fiskalne. Jeśli nie, to w konsekwencji nie będziemy przestrzegać żadnych.

Ale z drugiej strony, czy zimny racjonalizm nie powinien skłonić do tego, żeby te reguły zmienić albo je znieść, skoro taka jest różnica między długiem liczonym metodologią unijną a krajową?

Już je wielokrotnie łagodziliśmy i konsekwentnie omijamy. 55 proc. jest liczone według stabilizującej reguły wydatkowej, tak skomplikowanej, że wiele można w niej nagiąć. Decydenci tracą orientację i żyją ułudą: to twórcza księgowość doprowadzona do potęgi. Oczywiście – nie przeraża obecny poziom długu.

Ważniejsze jest zrozumienie tego, czy jego dynamika jest wyższa niż wzrost gospodarczy. A tak jest od lat. To znaczy, że z długu nie wyrośniemy. Nawet jeśli utrzymamy obecne wysokie tempo wzrostu. I w tym główny problem, że przy wysokim wzroście dług szybko rośnie. Wzrost finansujemy długiem. Brzmi echo czasów gierkowskich.

Pierwsze niepokojące sygnały już mamy: koszty obsługi długu skoczyły do ponad 100 mld zł.

Doszły do 2,5 proc. PKB teraz, a nadal rosną. Pamiętajmy, im więcej pożyczamy, tym szybciej rośnie rentowność polskich obligacji skarbowych. To nie działa liniowo. Będziemy pożyczać dalej, aby spłacać wcześniejszy dług, ale na wyraźnie wyższy procent. Warto spojrzeć na niekorzystną dla nas relację między rentownością naszych papierów skarbowych a czeskich.

To jaki powinien być program pozytywny? Nie mamy buforów finansowych i niskiego deficytu jak w 2009 czy 2020 r., a w strategii zarządzania długiem resort finansów prognozuje potężne zacieśnienie w latach 2028–2029, ponad 100 mld zł.

Dokumenty ze ścieżkami makroekonomicznymi to nie strategia, co najwyżej plan finansowy państwa. Zgodnie z nim konsolidacja fiskalna (ograniczenie deficytu budżetowego) zostaje zasadniczo przesunięta na lata 2029–2030. Przy prognozowanym niższym wzroście gospodarczym. A do tego magicznego momentu zasadniczo mamy działać jak dotąd. Może uda się to jakoś ogarnąć. Ale w przypadku wystąpienia jakiegoś nieprzewidywalnego dzisiaj szoku pola manewru nie będzie. Staniemy wobec konieczności gwałtownego cięcia niemalże wszystkich wydatków publicznych.

Najlepsza byłaby więc stopniowa, racjonalna konsolidacja, która powinna zacząć się teraz. Ale mamy rok wyborczy i kategoryczne weto prezydenta – nie selektywne, tylko z zasady. Rządzący szukają więc rozwiązań racjonalizujących, jak zmiana podatkowa o neutralnym wyniku fiskalnym, choć dla różnych grup neutralna nie jest. Bo brak waloryzacji progów sprawia, że nawet nisko uposażeni wpadną na 32 proc. PIT. To obniży ich siłę nabywczą i działa antywzrostowo. Odkładanie konsolidacji fiskalnej oznacza, że przyszłe zacieśnienie będzie o wiele radykalniejsze. A odkładać jej w nieskończoność się nie da.

Deficyt ma spaść z 315 mld zł w 2028 do 213 mld zł w 2030. Co to oznacza?

Takie zacieśnienie musi mieć negatywne skutki dla wzrostu, a konsekwencje polityczne są nieprzewidywalne. I trzeba zapytać: kto miałby to zrobić? Pospekulujmy: rok 2030 – wybory prezydenckie, a rząd wyłoniony w 2027 r. zbliża się do kolejnych wyborów parlamentarnych. Jaki układ polityczny jest w stanie unieść takie decyzje? Czy wierzymy, że nastąpi porozumienie elit i zgoda narodowa w tym zakresie? Dlatego nie może być hurtowego usprawiedliwienia dla niepodejmowania kroków, choćby tylko osłabiających negatywny scenariusz.

Stopniowa, racjonalna konsolidacja jest według mnie postulatem i naturalnym oczekiwaniem ekonomistów wobec rządu. Każdy rozsądny ekonomista powinien powiedzieć: nie straszmy długiem, nie grozi nam katastrofa, ale jeśli chcemy uniknąć negatywnego scenariusza, który postawi nas w sytuacji bez wyjścia, działania dostosowawcze powinny być podejmowane, nawet w tak trudnych warunkach.

Jak mógłby wyglądać scenariusz stopniowej konsolidacji? Ludwik Kotecki mówił o podatku wojennym, skoro mamy duże wydatki zbrojeniowe. Czy chodzi o dobudowanie strony dochodowej, czy o osłabienie strony wydatkowej?

Działania muszą być podejmowane po obu stronach. Trzeba szukać działań, które z jednej strony podniosą dochody w trzy lata, a nie za trzy lata, a z drugiej nie obniżą tych wydatków, które podtrzymują potencjał gospodarczy, a w konsekwencji wzrost. Chodzi o wydatki majątkowe, związane z innowacyjnością, produktywnością, z długofalowymi inwestycjami wytwórczymi i przemianą energetyczną. Natomiast na pewno jest co racjonalizować. Pod wieloma pozycjami budżetowymi kryje się niegospodarność. Przykład: ustawa o ochronie ludności i obronie cywilnej – miliardy trafiają do samorządów w połowie roku lub w trzecim kwartale i wszyscy muszą je wydać do końca roku, więc kupują drożej. Tu potrzebny jest wieloletni plan finansowy, skrupulatnie rozliczany co do efektów. Patrzmy nie tylko na legalność, ale i gospodarność. Jest też pytanie po stronie dochodów: czy majątek państwa, także spółek Skarbu Państwa, przynosi dochód proporcjonalny do kosztów utrzymania?

Na ile te problemy obciążają model rozwojowy?

To syndrom z trzech elementów: praworządność (nie sprowadzam jej do sądownictwa; to porządek prawny pozwalający stabilizować gospodarkę), finanse publiczne i relacje międzynarodowe. To trzy podstawowe słabości, które powinny być uwzględnione w myśleniu o rzeczywistej strategii gospodarczej. A jednocześnie zbyt niska jest dynamika inwestycji przedsiębiorstw prywatnych. W rezultacie jesteśmy za mało innowacyjni. W przypadku kapitału zagranicznego trzeba uzależniać korzystanie ze specjalnych stref ekonomicznych od tworzenia u nas ośrodków B+R? Brakuje zasobowej strategii produktywności, o której mówię od lat.

Z drugiej strony pod wieloma względami wyglądamy na tle innych krajów europejskich pozytywnie. Kilkanaście lat temu o sukcesie gospodarczym mówiło się w przypadku Węgier. Dziś widać, jak autorytarnie narzucone zmiany ustrojowe wyłoniły oligarchię, która zdominowała małe i średnie firmy i związała się z kapitałem zagranicznym, a korupcja doprowadziła do regresu cywilizacyjnego. Gdyby wygrali większością konstytucyjną ci, którzy chcieli Budapesztu w Warszawie, tak by się u nas stało. Brońmy stabilności banków, ale nie traktujmy ich jak bufora, który będzie kupował obligacje w nieskończoność – wypierając kredyt dla przedsiębiorstw, co osłabia innowacje.

Czy z innowacyjnością w dziedzinie wysokich technologii nie jest tak, że spóźniliśmy się na gospodarczy pociąg, do którego próbujemy wskoczyć, ale on jest już tak rozpędzony, że de facto nam odjechał?

Inne kraje europejskie są w tej samej sytuacji, więc szukajmy suwerenności technologicznej w ramach europejskich. Giganty cyfrowe są amerykańskie, alternatywą są chińskie. Własnego giganta nie stworzymy. Musimy pomyśleć o innym modelu wykorzystywania technologii i rozwijać ją u siebie. Pytanie, czy mamy być tylko użytkownikami, czy współtwórcami, a jeśli współtwórcami, to od czego to zależy i jaki możemy mieć na to wpływ. Pamiętam zachłyśnięcie start-upami i naszymi młodymi informatykami, ale większość start-upów jest szybko przejmowana przez większych i zewnętrznych, bo tak najbezpieczniej. Ten model nic nam nie da – Holendrzy, Finowie zbudowali własny ekosystem rozwoju technologii.

AI to większa szansa czy zagrożenie?

Jedno i drugie; trzeba rozwijać własny potencjał, wspierany publicznie, ale bez blokowania rynku, bo państwo tego nie rozwiąże. Pytanie, czy mamy ten potencjał odpowiednio rozpoznany i czy potrafimy go wspierać działaniami publicznymi, nie blokując jego rynkowego charakteru. Nie wierzę, że ten problem rozwiąże państwo. A przy okazji, skoro tyle wydajemy na zbrojenia, to pytanie, na ile to wydatki na polski przemysł i najnowocześniejsze technologie cyfrowe. Ukraina pokazuje, że można to robić. Stąd oczekiwanie, że nasze wojska cyfrowe rozwijać będą własne technologie i nie będą mocne tylko w pasywnej cyberochronie.

Co roku publikowany jest Indeks Wiarygodności Ekonomicznej Polski. Czy decyzja Moody’s może być wskazówką, w którą stronę pójdzie tegoroczny indeks?

Nasza pozycja pod wieloma względami jest dobra: stabilność systemu finansowego, usługi publiczne (w niektórych usługach publicznych nie wyglądamy gorzej niż Finlandia), rynek pracy. Pod względem ochrony środowiska wyglądamy gorzej niż inne kraje, ale ten dystans nie narasta. Mamy natomiast słabości: praworządność, finanse publiczne, częściowa swoboda działalności gospodarczej, a także respektowanie zobowiązań międzynarodowych. To oczywiście spadek po poprzednim rządzie, zarówno w relacji z Unią Europejską, jak i w kwestii wyroków Trybunału Sprawiedliwości UE. Do tej edycji dodaliśmy Finlandię i Szwecję, więc liczby są inne niż w poprzednich edycjach, ale tendencja podobna: regres z lat 2019–2023 nie został do końca przezwyciężony. Węgrom poświęciliśmy dużo miejsca: to nie spowolnienie, lecz cofnięcie się, istotna lekcja dla Polski. Tegoroczny raport ogłosimy na OEES w Krakowie 17 listopada.

Impas w kwestii praworządności i niszczenie ładu instytucjonalnego blokują naprawianie finansów publicznych. Pytanie, kto zaczął, nie rozstrzyga. Potrzebny jest kompromis, który nie załatwia wszystkiego, ale daje grunt dla porządku prawnego pod naprawę finansów – tak jak w latach 90. i na początku XXI wieku.

Czy niepokoi pana postawienie prezesa NBP przed Trybunałem Stanu?

Ten serial ciągnie się tak długo, że mało w to wierzę. Więcej tu gry taktycznej niż konsekwencji.

Głosowanie ma być w listopadzie, a jednocześnie pojawia się kwestia tego, czy będzie zarząd w składzie ustawowym?

Wierzę, że do jakiegoś kompromisu dojdzie. Choć pomysł, by członkowie RPP szli do zarządu, budzi moje zasadnicze zastrzeżenie. Gdy byłem w RPP, to jedna z osób bardzo kategorycznie domagała się miejsca w zarządzie, podporządkowując temu swoje głosowanie. Uważałem to za skandaliczne. Niezależność członka RPP wynika nie z tego, kto go powołał, tylko z tego, że nie może być powołany ponownie – także do zarządu. Choć formalnego zakazu nie ma. Po RPP wracamy do swojego środowiska. Zszargana reputacja zawodowa to utrata twarzy. Problemów w NBP jest więcej niż zachowanie prezesa i jego relacje polityczne i towarzyskie, a dziś jest o nich ciszej z powodu mimikry prezesa.

Sytuacja w NBP wykracza poza problem banku centralnego jako takiego?

Jeśli zaczniemy dyskutować o instytucjach, to praworządność nie polega na zapisach prawa, tylko na właściwym funkcjonowaniu instytucji państwowych. Zastanówmy się, które z nich działają faktycznie w porządku konstytucyjnym. Niewiele takich znajdziemy. Mam wrażenie, że dziś mamy normalną sytuację w NIK, w tym sensie, że mamy do czynienia z prezesem, którego trudno podejrzewać o to, że faworyzuje jakiś obóz polityczny. Podobnie jest w KNF. Ale idźmy po kolei po istotnych instytucjach państwowych, nie koncentrujmy się tylko na relacji prezydent–rząd–parlament, choć są dla ustroju kluczowe. Zobaczmy, które instytucje były psute i nadal są zdegenerowane, i zastanówmy się, jakie to będzie miało konsekwencje dla finansów publicznych i dla gospodarki. To ważniejsza rozmowa o praworządności niż o literze prawa.

***

Prof. Jerzy Hausner – ekonomista, były wicepremier (2003–2005), minister gospodarki i pracy oraz członek Rady Polityki Pieniężnej (2010–2016). Autor programu reform finansów publicznych znanego jako "plan Hausnera". Przez wiele lat związany z Uniwersytetem Ekonomicznym w Krakowie, specjalizuje się w ekonomii politycznej, zarządzaniu publicznym i polityce gospodarczej. Obecnie przewodniczy Radzie Programowej Open Eyes Economy Summit.

Wybrane dla Ciebie