Tekst powstał w ramach projektu WP Opinie. Przedstawiamy w nim zróżnicowane spojrzenia komentatorów i liderów opinii publicznej na kluczowe sprawy społeczne i polityczne.
Prof. Marek Góra, ekonomista będący jednym z twórców dzisiejszego systemu emerytalnego, w udzielonym Grzegorzowi Siemionczykowi wywiadzie dla money.pl twierdzi, że bez względu na to, czy wiek emerytalny zostanie ustawowo podwyższony czy nie i tak będziemy dłużej pracować.
Z tej drogi najprawdopodobniej nie ma ucieczki. Wydaje się jednak, że w wywiadzie umknęła istotna kwestia – dłuższa praca będzie swego rodzaju przywilejem. A nisko zawieszony wiek emerytalny oznacza naprawdę niskie świadczenia dla osób, które i tak całe życie mało zarabiały. To one będą stratne na obowiązujących dzisiaj przepisach.
Mówiąc wprost – Prawo i Sprawiedliwość swoją głupią decyzją sprzed ponad dekady (w 2017 r. w ścisłej współpracy z prezydentem Andrzejem Dudą obniżyło wiek emerytalny – red.) skazało setki tysięcy, a może i miliony starszych ludzi na balansowanie na granicy biedy.
WIDEO2083 zł za metr domu. Wiceminister tłumaczy się z wyceny domu
Jak pisałem już w opinii dla money.pl, na ten moment wiek emerytalny jest politycznym gorącym kartoflem. Wielu polityków – prawdopodobnie również tych, którzy oficjalnie twierdzą, że sprawy nie powinno się ruszać – musi zdawać sobie sprawę z tego, że dzisiejszy kurs oznacza albo biedę przyszłych emerytów, albo wchodzenie w coraz głębszą deficytowość systemu.
To trzeba wiedzieć o emeryturach
Wbrew pozorom to, jak działa nasz system emerytalny, wcale nie jest wiedzą powszechną, choć niezwykle istotną. Wysokość naszych przyszłych świadczeń wynika z pewnego algorytmu.
- Emerytura zależy po pierwsze od tego, ile uskładkowaliśmy przez całe życie – na to składa się wysokość naszych pensji oraz to, jak długo odprowadzaliśmy daniny.
- Po drugie, istotne jest to, ile czasu zostaje nam średnio do przeżycia na emeryturze. Informacje te dostarcza Główny Urząd Statystyczny, prezentując tzw. tabele dalszego trwania życia.
- Po trzecie, emerytura zależy również od waloryzacji – nasz "kapitał" emerytalny jest corocznie podbijany ponad inflację po to, żeby nie tracił na wartości.
Jedną z ważniejszych zmiennych wpływających na wysokość środków jest wiek przejścia na emeryturę. Jeżeli wypadamy z rynku pracy później, to po pierwsze dłużej (a więc więcej) składkujemy. Po drugie, nasze składki dzielą się na krótsze życie (a więc wychodzi nam więcej środków miesięcznie – taka jest brutalna matematyka). Po trzecie nasz kapitał przez dłuższy czas jest mnożony przez wskaźniki waloryzacji. Ludzie zazwyczaj nie wiedzą w ogóle, że istnieje ten ostatni mechanizm. Tymczasem jest on jednym z najpotężniejszych lewarów naszego świadczenia.
Niektórzy mogą powiedzieć – co z tego, że przejdziemy później na emeryturę, skoro długo się nią nie nacieszymy? Jest to oczywiście ważenie między długością życia a jego jakością. A na tę ostatnią bardzo silnie oddziałuje dochód. Obecnie mężczyźni przechodzący na emeryturę mają przed sobą około 18 lat życia, a kobiety 23 lata. Przy niskich emeryturach spora część z nas ma więc ponad dwie dekady biedowania. Owo biedowanie staje się jeszcze bardziej dotkliwe w momencie, kiedy nam się naprawdę sypie zdrowie, w okolicach 80-tki.
Tymczasem żyjemy coraz dłużej (również dłużej w dobrym zdrowiu). Zamrożenie wieku emerytalnego na poziomie 60-65 lat oznacza, że czas pobierania emerytury od lat się wydłuża.
Wystarczy spojrzeć na trendy demograficzne, na strukturę populacji według wieku oraz na wydłużanie się życia, aby zrozumieć, co z tego wszystkiego wynika: za 10-15 lat będziemy pracowali dłużej. Będziemy musieli – a zapewne też mogli i chcieli – pracować dłużej. I nie o rok czy dwa lata, tylko o pięć albo dziesięć lat. Dzisiejsi politycy nie mają na to wpływu
To tylko częściowo prawda. Z pewnością coraz więcej z nas będzie pracować dłużej. To już widać w statystykach.
Większość Polaków nie jest świadoma
Dla jasności – w dzisiejszym systemie są dwa sposoby na dłuższą pracę po osiągnięciu wieku uprawniającego do emerytury. Po pierwsze, możemy odsunąć moment pobierania świadczenia (i wtedy składkujemy dalej, a suma naszego kapitału rośnie wraz z waloryzacjami). Po drugie, możemy zacząć pobierać świadczenie (przejść na emeryturę) i dalej pracować zawodowo, jednocześnie składkując.
W tym wypadku nasza emerytura jest co roku przeliczana po dorzuceniu dodatkowych danin. Ale nie pracuje na nas uskładkowany kapitał emerytalny, ponieważ ten już "ruszył" i są z niego wypłacane środki.
Ten drugi sposób, często nazywany po prostu "dorobieniem do emerytury" oznacza, że kiedy przestaniemy pracować, zostaniemy tylko z niezbyt dużym świadczeniem. Przeciągnięcie w czasie odejścia na emeryturę bardzo podbija jej wartość.
Oczywiście większość z nas nie jest świadoma tych mechanizmów. Nic dziwnego. System emerytalny (podobnie jak system podatkowy czy system ochrony zdrowia) jest dość – by nie powiedzieć "piekielnie" – skomplikowany. Właśnie dlatego powinny istnieć instytucjonalne ramy, które zapewniają nam umiarkowanie wysoką emeryturę.
Ilu Polaków dorabia na emeryturze?
Według danych Zakładu Ubezpieczeń Społecznych decyzję o pobieraniu świadczenia w pierwszym roku od osiągnięcia praw podejmuje ponad 90 proc. uprawnionych. Kolejne 880 tys. dorabiało na emeryturze. Ci ostatni stanowią niecałe 14 proc. emerytów. Portal CiekaweLiczby.pl zauważa, że przez ponad dekadę odsetek ten zwiększył się o niecałe 4 punkty procentowe.
Oznacza to, że ponad 70 proc. osób, które osiągnęły prawa emerytalne nie pracuje. I – jak widać – przyrost ludzi decydujących się w ten lub w inny sposób pozostać aktywnymi zawodowo nie jest zadowalający.
Kto może liczyć na wyższe emerytury
To teraz wróćmy do zasygnalizowanego na początku wątku, czyli biedy na starość. Prof. Marek Góra – dodajmy, że zwolennik zrównania i podwyższenia wieku emerytalnego – słusznie zauważa, że będzie rosnąć odsetek tych, którzy będą pracować w późniejszym wieku. Ale trend ten będzie miał charakter klasowy.
Pracować częściej będą ci, którzy są klasą średnią i wyższą. Ci, którzy wykonują zawody kognitywne, reprezentują środowiska zawodowe i społeczne, w których przyjęło się dłużej pracować. Jednocześnie są (i będą) to osoby i tak emerytalnie zabezpieczone. Ponieważ ich pensje były wysokie, spora część z nich zainwestowała w rynek kapitałowy albo kupiła nieruchomości pod wynajem.
Tymczasem osoby klasy średniej niższej oraz z klasy "ludowej" będą znacznie częściej przechodziły na emeryturę zgodnie z ustawowym schematem. Są to osoby, które składkowały niewiele (a więc ich emerytury będą niezadowalające), które nie odłożyły sobie kapitału (bo nie miały z czego go odłożyć), nie kupiły sobie kawalerek na wynajem w dużych miastach (bo nie mogły zebrać na wkład własny) oraz których dzieci rzadziej będą na tyle zamożne, żeby ich utrzymywać.
I nie mam na myśli tego, że osoby takie będą wypadać z rynku pracy. Choć z pewnością osoby o niższym statusie społeczno-ekonomicznym częściej zmagają się z tym problemem niż osoby z klasy średniej i wyższej. Istotna jest również pewna "klasowa ścieżka" – częstszy wybór rozwiązania domyślnego.
Tutaj ważna kwestia – nie chodzi o to, że poziom przyszłych emerytur będzie niższy niż emerytur dzisiejszych. Świadczenia będą rosły również z poprawką na inflację. Ale wraz z wydłużającą się oczekiwaną długością życia emerytury będą stanowić coraz mniejszą część naszych ostatnich pensji.
Będą mieli kawalerki na wynajem lub sprzedadzą akcje
Świat z niskim wiekiem emerytalnym nie będzie wyglądał tak, jak malują to niektórzy publicyści – nie będziemy mieli do czynienia z ogromną rzeszą seniorów balansujących na granicy skrajnego ubóstwa. Część z nas bowiem – w ten czy w inny sposób – zdoła się zabezpieczyć. Ale nie zrobią tego wszyscy.
System emerytalny w dzisiejszym kształcie oznacza rosnące nierówności na starość. Wzrastająca gospodarka spowoduje, że coraz większa część osób uchyli się przed groźbą niewielkich środków na starość. Bo będą miały te kawalerki na wynajem, bo sprzedadzą akcje, bo nadal będą pracować.
Ale będzie też spychana na margines część biednych, których senioralna egzystencja będzie lewitacją delikatnie powyżej granic ustawowego ubóstwa. Właśnie takie będą konsekwencje cofnięcia przez PiS zrównania i wydłużenia wieku emerytalnego. Ci bardziej ogarnięci politycy zresztą musieli sobie z tego zdawać sprawę. Ale byli w stanie poświęcić dobrostan setek tysięcy, a może milionów ludzi dla doraźnego politycznego poparcia.