Gulaczyk przypomniał, że jego związek reprezentuje ponad 1,8 tys. zawodowych aktorek i aktorów.
Każdego roku polskie uczelnie artystyczne wypuszczają około 120 aktorek i aktorów. Mowa tylko o uczelniach uprawnionych do nadawania tytułu magistra sztuki - wyjaśnił Gulaczyk. Dodał, że kolejne kilkadziesiąt osób kończy studia licencjackie lub szkoły prywatne. - Tym samym na rynek pracy co roku trafia około 200 nowych aktorek i aktorów - ocenił.
Były ambasador RP: upadek Putina może wywołać rozpad Rosji
Zwrócił uwagę, że dla większości tych aktorów szukanie pracy stanie się codziennym zajęciem, a etat w teatrze znajdą nieliczni. - Czy to oznacza, że reszta jest niepotrzebna? Absolutnie nie. Zdecydowana większość występuje gościnnie, próbując uzyskać doświadczenie, które będą mogli wpisać do swojego CV - wyjaśnił.
Wyjaśnił, że ZZAP monitoruje stawki za tzw. zrobienie roli w teatrze.
- Najczęściej to od 3 do 5 tys. zł. A mówimy o wynagrodzeniu za dwa-trzy miesiące pracy, bo tyle trwa proces powstawania spektaklu. W prestiżowych teatrach warszawskich bywa, że jest to więcej niż 7 tys. zł brutto - mówił. - Ale nawet wtedy mówimy o kwotach niższych niż minimalna płaca krajowa w przeliczeniu za miesiąc pracy - ocenił.
"Rezygnują z pracy, bo nie ma wsparcia państwa"
- Ze względu na brak zabezpieczeń społecznych i jakiegokolwiek wsparcia ze strony państwa z wykonywania zawodów artystycznych co roku rezygnuje ogromna rzesza ludzi. Pandemia przyspieszyła ten proces i odcisnęła zauważalne piętno - wyjaśnił.
- Zwyczajnie nie stać nas jako państwo na to, aby pozwolić na dalsze kurczenie się tej grupy zawodowej, żeby tak marnować potencjał ludzi, którzy powinni pracować na rzecz polskiej kultury - przekonywał. - Kultury, która sprawia, że czytamy po polsku, śpiewamy po polsku i oglądamy polskie przedstawienia - podkreślił Robert Gulaczyk.
źródło: PAP