Polski patent na rozwój nie stracił ważności. Nie musimy iść drogą Korei Płd. [ANALIZA]
Polacy zgłaszają ponad 30-krotnie mniej wniosków o ochronę patentową niż Koreańczycy. Ta różnica, na którą uwagę zwrócił MFW, wskazuje na deficyt innowacyjności w polskiej gospodarce. Jak dotąd nie przeszkadzało to jednak w ekspresowym wzroście produktywności polskich firm. A dotychczasowy model rozwoju Polski jeszcze się nie wyczerpał.
"Technologiczna pustynia", "montownia", "gospodarka kolonialna", "gospodarka zależna" – to tylko kilka z alarmistycznych określeń polskiej gospodarki, które pojawiły się w publicznej debacie wokół wykresu opublikowanego w poświęconym Polsce dorocznym raporcie Międzynarodowego Funduszu Walutowego.
Ekonomiści z waszyngtońskiej instytucji pokazali liczbę wniosków o ochronę patentową (w przeliczeniu na milion mieszkańców) składanych przez obywateli Polski i Korei Południowej na porównywalnych etapach rozwoju. Na pierwszy rzut oka, to rzeczywiście przygnębiający obraz. Przez ostatnie półwiecze nie było momentu, gdy Polska choćby zbliżyła się do azjatyckiego tygrysa pod względem mierzonej w ten sposób innowacyjności.
W 2024 r., jak wynika z danych Światowej Organizacji Własności Intelektualnej (WIPO), Koreańczycy zgłosili 296 tys. wniosków patentowych, czyli niemal 3,8 tys. na każdy milion mieszkańców tego kraju. Na każdy milion obywateli Polski przypadło jedynie 111 (słownie: sto jedenaście) takich wniosków, a łącznie około 5,5 tys.
90 miliardów złotych odsetek. Znany analityk o zadłużeniu Polski
Potrzebne realne inwestycje, bo grozi nam rola montowni
"Bez realnych inwestycji w B+R (badania i rozwój – red.), patenty i szeroko rozumiane innowacje Polska nie stanie się faktycznie bogatą gospodarką. Korea, będąc na podobnym etapie rozwoju co my, rejestrowała tysiące patentów. U nas pustynia (…) Przy takim podejściu faktycznie pozostaje nam rola montowni dla innych, zarówno w sensie fizycznym, jak i cyfrowym" – komentował na portalu X Adam Czarnecki, przewodniczący rady koordynacyjnej stowarzyszenia Tak Dla CPK.
Takich ostrzeżeń w mediach społecznościowych pojawiły się dziesiątki. Nie są to zresztą obawy nowe. W Polsce od lat słyszy się, także od przedstawicieli kolejnych rządów, że nasz dotychczasowy model rozwoju gospodarczego – bazujący na niskich kosztach pracy, które przyciągają inwestycje zagraniczne, a wraz z nimi nowe technologie – wyczerpał swój potencjał. Bez większych nakładów na badania i rozwój, których efektem byłyby rodzime technologie, grozić ma nam "pułapka średniego rozwoju".
Przykładowo, jednym z zadań świeżo powołanej przez premiera Donalda Tuska Rady Przyszłości będzie "identyfikacja nowych silników wzrostu, opartych na innowacjach, kapitale ludzkim i własności intelektualnej". Dzięki temu Polska ma się stać "liderem w kluczowych dziedzinach".
– Polska jest dziś 20. gospodarką świata. To wielki sukces, ale nie dany raz na zawsze. Dlatego musimy budować nowe przewagi i wygrywać w globalnym wyścigu – powiedział we wtorek minister finansów i gospodarki Andrzej Domański, przewodniczący nowej instytucji doradczej. Taka sama diagnoza leżała u źródeł Strategii Odpowiedzialnego Rozwoju, firmowanej przez Mateusza Morawieckiego. Były premier nie krył zresztą fascynacji południowokoreańskim modelem rozwoju.
Polacy bez pomysłów na patenty
To, że Polska słabo wypada pod względem najpopularniejszych mierników innowacyjności, nie podlega dyskusji. Jeśli chodzi o liczbę zgłaszanych wniosków patentowych w przeliczeniu na milion mieszkańców – niezależnie od urzędu, do którego wniosek trafia – w UE wyprzedzamy wyłącznie kraje naszego regionu oraz niektóre państwa z południa.
- Niemcy w 2024 r. zgłosili około 780 takich wniosków na milion obywateli.
- Duńczycy około 600,
- Francuzi blisko 400.
- Polacy – jak wskazywaliśmy – 111.
Co więcej, ta liczba raczej maleje niż rośnie. Średnio w poprzedniej dekadzie takich wniosków składaliśmy 119 rocznie na milion mieszkańców.
Pod względem zgłoszeń patentów tylko do Europejskiego Urzędu Patentowego wyprzedzamy zaledwie siedem państw UE (wykres powyżej).
Średnio w latach 2015-2024 składaliśmy niewiele ponad 14 wniosków o europejski patent rocznie na każdy milion mieszkańców kraju. Większą aktywnością wykazywali się choćby Czesi, Estończycy i Hiszpanie. To odpowiada mniej więcej pozycji Polski w rankingu państw UE najwięcej inwestujących w badania i rozwój. W tej samej dekadzie wydawaliśmy na ten cel średnio 1,3 proc. PKB, co było 20. wynikiem w UE.
Niska innowacyjność polskiej gospodarki, na którą wskazują powyższe dane, nie stała jednak jak dotąd na przeszkodzie jej szybkiemu rozwojowi. I odwrotnie, nadzwyczajna aktywność patentowa Koreańczyków nie dała im wyraźnej przewagi rozwojowej.
Od 2000 r. PKB na mieszkańca, licząc w dolarach po bieżącym kursie wymiany, zwiększył się w Korei Płd. o 182 proc. W Polsce – o ponad 500 proc.
Jeśli przeliczyć PKB per capita na dolary z zachowaniem parytetu siły nabywczej, tzn. z uwzględnieniem różnic w poziomie cen między krajami, różnica na korzyść Polski była nieco mniejsza, ale wciąż gigantyczna. Także w samej Europie nie widać żadnego związku między nakładami na badania i rozwój lub liczbą składanych (a także akceptowanych) wniosków patentowych a tempem rozwoju gospodarczego.
Z tego zestawienia wyciągnąć można dwa wnioski: aktywność patentowa (i wydatki na badania i rozwój, które są z nią wyraźnie skorelowane) nie jest dobrą miarą innowacyjności gospodarek lub też innowacyjność nie jest tak istotnym motorem rozwoju gospodarczego, jak mogłoby się wydawać.
Czarna materia, czyli co to jest produktywność
Aby to wyjaśnić, musimy odwołać się do fundamentalnego w teorii wzrostu gospodarczego terminu "produktywność". Ekonomiści określają tak wszystko to, co sprawia, że ten sam zasób pracy (czyli zarówno przepracowanych godzin, jak i umiejętności pracowników) oraz kapitału (maszyn, nieruchomości, oprogramowania) w różnych przedsiębiorstwach i krajach daje różne rezultaty.
– To "czarna materia", która nie jest pracą, kapitałem ani materiałem, ale determinuje jak dużo produktu powstaje z każdego pracownika i każdej maszyny – tłumaczyli w grudniowej analizie dr Marcin Mazurek, ekonomista z mBanku i dr Marek Ignaszak, pracownik naukowy Uniwersytetu Goethego we Frankfurcie.
Obawy, że niskie nakłady na B+R w Polsce i niska aktywność patentowa z czasem doprowadzą do spowolnienia wzrostu gospodarczego wynikają z przypuszczenia, że tak rozumiane innowacje są właśnie kołem zamachowym produktywności. Według tej narracji, dotychczasowy rozwój Polski opierał się na przyroście podaży pracy (wzroście zatrudnienia i kwalifikacji pracowników) i kapitału, głównie dzięki inwestycjom zagranicznym.
Produktywność czynników produkcji (TFP) nad Wisłą również szybko rosła, ale dzięki transferowi technologii zza granicy oraz ich imitacji przez rodzime przedsiębiorstwa.
Polsce coraz trudniej przyciągać kapitał zagraniczny
Te motory wzrostu, jak przekonuje w swoim raporcie MFW, słabną. Starzenie się ludności sprawia, że ubywa osób w wieku produkcyjnym. Już od kilku lat wzrost liczby pracujących w Polsce był możliwy tylko dzięki aktywizacji osób biernych zawodowo oraz imigracji. Ale poziom aktywności zawodowej jest już wysoki i dalszy jego wzrost będzie coraz trudniejszy, a imigracja zaczyna budzić narastający opór społeczny.
W najbliższych pięciu latach, jak szacuje MFW, kurczenie się krajowej populacji będzie obniżało tzw. potencjalne tempo wzrostu PKB (czyli możliwe do osiągnięcia przy pełnym wykorzystaniu mocy wytwórczych) o 0,6 pkt proc., w porównaniu do 0,3 pkt proc. w minionych trzech latach. Imigracja będzie to kompensowała w niewielkim stopniu. Do tego wzrost kosztów energii i pracy sprawia, że Polsce coraz trudniej przyciągać kapitał zagraniczny.
Spodziewamy się też wyhamowania wzrostu produktywności pracy, bo efekty nadganiania związane z imitacją i transferem technologii wyczerpują się, a przejawy innowacyjności (wnioski patentowe, wydatki na B+R) są znikome na tle udanych przykładów konwergencji (doganiania zamożniejszych państw – red.) z przeszłości
Ten opis źródeł rozwoju gospodarczego Polski, a przede wszystkim wzrostu produktywności, nie jest jednak przez ekonomistów powszechnie akceptowany. Zastrzeżeń jest kilka. Po pierwsze, jak zauważa w rozmowie z money.pl prof. Jan Witajewski-Baltvilks z Wydziału Nauk Ekonomicznych Uniwersytetu Warszawskiego, nie jest wcale oczywiste, że poziom produktywności w Polsce jest niski.
Polska nie jest zacofana technologicznie
– Pod względem całkowitej produktywności czynników produkcji (TFP) Polska już wyprzedziła większość krajów Europy Zachodniej. Z dużych gospodarek przed nami są tylko Niemcy i Holandia – przy bardzo niewielkim dystansie. Obrazowo, Polska w 2023 r. była na takim samym poziomie zaawansowania jak Holandia w 2022 r. – przekonuje naukowiec.
– Dystans Polski wobec Niemiec pod względem PKB per capita (sięgający około 25 proc. – red.) wynika dziś z różnicy w kapitale, a nie z technologii. Przy wyższym poziomie oszczędności i inwestycji Polska mogłaby w relatywnie krótkim czasie zrównać się z Niemcami pod względem PKB na mieszkańca – dodaje.
Powyższe wskaźniki produktywności pochodzą z Penn World Table (PWT), cenionej w świecie nauki bazy danych dotyczących rozwoju gospodarczego, tworzonej przez Uniwersytet Kalifornijski i Uniwersytet w Groningen. Odnoszą się do rachunków narodowych przeliczonych z krajowych walut na dolara z zachowaniem parytetu siły nabywczej, co bywa źródłem nieporozumień.
Takie ujęcie oznacza bowiem, że wysoki poziom produktywności nad Wisłą częściowo wynika z tego, że wartość wytwarzanych towarów i usług odniesiona jest do cen obowiązujących w Polsce, te zaś pozostają niższe niż np. w Niemczech. Pod względem PKB per capita przeliczonych na dolary po rynkowych kursach walut, dystans Polski względem Niemiec rośnie do ponad 50 proc. Podobnie zwiększyłaby się luka produktywności.
– Dane makroekonomiczne dają możliwie szeroki obraz rzeczywistości, ale zawsze ten obraz będzie niedokładny. Bezpieczna interpretacja wyników polskiej gospodarki w świetle PWT jest taka, że pod względem zaawansowania technologicznego dogoniliśmy już Zachód i dzisiaj najważniejszym źródłem różnic w PKB są różnice w kapitale – uspokaja prof. Witajewski-Baltvilks.
– Wysoka produktywność daje nam możliwość dogonienia USA przez akumulację kapitału (inwestycje – red.), ale aby to się udało, musimy tak alokować kapitał, żeby TFP pozostała wysoka. Inwestowanie dla samego inwestowania, bez upewnienia się, ze projekty są produktywne, skończyłoby się tym, że kapitału przybędzie, ale TFP powędruje w dół – dodaje ekonomista.
To prowadzi do drugiego zastrzeżenia wobec wniosków, do których doszedł MFW. Nawet jeśli założymy, że dane z PWT malują zbyt optymistyczny obraz polskiej gospodarki i faktycznie pod względem produktywności dzieli nas od bogatszych państw większy dystans, nie wcale jasne, że potrzebujemy radykalnego wzrostu wydatków na B+R i większej innowacyjności, aby ten dystans skrócić.
Nie tylko przełomowe technologie są wartościowe
"Pod szerokim parasolem zjawisk istotnie wpływających na produktywność kryją się czynniki takie choćby jak praktyki menedżerskie wykorzystywane w firmie" – pisali we wspomnianym artykule Marcin Mazurek i Marek Ignaszak.
Przywoływali badania, wedle których dobra organizacja firmy może być warta tyle samo co patenty i innowacje. A polskie przedsiębiorstwa, pod względem kwestii organizacyjnych, średnio rzecz biorąc nie wypadają wcale gorzej niż te południowokoreańskie. Tak wynika z badań wśród firm dotyczących technologii wykorzystywanych w określonych, wystandaryzowanych procesach (np. kontrola jakości, realizacja płatności itp.).
W tym świetle koreańska lawina patentów jawi się nie tyle jako klucz do sukcesu gospodarczego kraju, tylko raczej kulturowa ciekawostka. Być może to nie Polska za mało inwestuje w badania i rozwój, tylko Korea za dużo.
Marcin Klucznik, ekonomista z Polskiego Instytutu Ekonomicznego, w dyskusji na X wokół wykresu MFW przywołał inny przykład. W USA liczba wniosków patentowych na milion mieszkańców zaczęła gwałtownie rosnąć na przełomie lat 80. i 90. XX w. Nie przełożyło się to jednak na zauważalne przyspieszenia wzrostu produktywności amerykańskich firm.
– Za wzrostem aktywności patentowej stało wiele czynników, a nie tylko większa liczba rzeczywistych innowacji. To był wynik zmian w strategiach zarządzania własnością intelektualną, korporacyjne wojny patentowe, arbitraże patentowe, zmiany sektorowe itp. – tłumaczył ekonomista z PIE.
Patenty mogą zwiększać zyski firm, ale wyższe zyski wcale nie muszą przekładać się na długookresowy wzrost gospodarczy kraju. W skrajnym przypadku sukces kilku innowacyjnych sektorów może wręcz hamować rozwój reszty gospodarki
– Ilustracją może być przypadek Japonii. Firmy z branży elektroniki i motoryzacji, dążąc do globalnej przewagi konkurencyjnej, skoncentrowały w tych sektorach ogromną część talentów. W krótkim i średnim okresie przyniosło to sukces tych firm, lecz w długim okresie głównymi beneficjentami tego wysiłku innowacyjnego stali się konsumenci na całym świecie, dzięki coraz tańszym i lepszym produktom. Dla japońskiej gospodarki wzrost okazał się tymczasowy, bo zyski w tych sektorach nie mogły rosnąć w nieskończoność w warunkach narastającej globalnej konkurencji – tłumaczy.
– Co więcej, koncentracja talentów w kilku wąskich sektorach eksportowych ograniczyła zdolność wdrażania nowoczesnych technologii (np. informatycznych) w pozostałych, kluczowych sektorach gospodarki — handlu, administracji i drobnych usługach. Tam doszło do stagnacji produktywności, co przełożyło się na spowolnienie wzrostu całej gospodarki – mówi ekonomista.
Wciąż mamy do zerwania nisko wiszące owoce
Jakie z tego wnioski? Zdaniem Marcina Mazurka i Marka Ignaszaka Polska, wbrew obawom, wciąż dysponuje "nisko wiszącymi owocami" wzrostu zamożności. I nie są to innowacje, czyli próby tworzenia własnych przełomowych technologii, ani odgórnie zaplanowane inwestycje w sektorach, w których Polska miałaby stać się globalnym liderem.
W ich ocenie polityka gospodarcza państwa powinna raczej koncentrować się na tworzeniu stabilnego i przejrzystego porządku prawnego, który będzie sprzyjał przepływowi zasobów (kapitału i pracy) z mniej do bardziej produktywnych branż. A także na inwestycjach w wykształcenie pracowników. Z kolei na poziomie przedsiębiorstw duże efekty przynieść może wciąż podpatrywanie i wdrażanie najlepszych praktyk ze świata.
– W mojej ocenie kluczem do dalszego wzrostu zamożności krajów takich jak Polska nie są przełomowe patenty, lecz w dalszym ciągu innowacje wdrożeniowe: np. wykorzystanie AI do optymalizacji logistyki w danym regionie, automatyzacja procesów w ochronie zdrowia, czy cyfryzacja drobnych usług. Innymi słowy, najważniejsze innowacje to te, które bezpośrednio podnoszą dobrobyt konsumentów. Przełomowe innowacje mogą skutkować sukcesem poszczególnych firm, ale – z perspektywy całej gospodarki – to jest środek do celu, a nie cel sam w sobie – przekonuje naukowiec z WNE UW.
I podkreśla, że wzrost gospodarczy oparty na imporcie technologii oraz wdrożeniach jest wrażliwy na zmiany w globalizacji, ale obecnie nie jest zagrożony.
Grzegorz Siemionczyk, główny analityk money.pl