Rosyjska dyplomacja aktywnie wykorzystuje napięcia na Bliskim Wschodzie do zacieśniania relacji gospodarczych z Państwem Środka. W obliczu amerykańskich operacji wojskowych wymierzonych w Iran oraz blokady kluczowych szlaków handlowych globalne łańcuchy dostaw surowców znalazły się pod ogromną presją. W tej skomplikowanej układance geopolitycznej Moskwa złożyła Pekinowi jasną propozycję zacieśnienia współpracy i zagwarantowania bezpieczeństwa energetycznego.
Podczas niedawnej wizyty w Pekinie i spotkania z prezydentem Xi Jinpingiem szef rosyjskiej dyplomacji otwarcie zadeklarował gotowość do wsparcia azjatyckiego partnera.
Rosja z pewnością może wypełnić lukę w zasobach, która powstała w Chinach i innych krajach zainteresowanych współpracą z nami na równych i wzajemnie korzystnych zasadach - powiedział Siergiej Ławrow, minister spraw zagranicznych.
Rosyjski dyplomata w mocnych słowach odniósł się również do zachodniej polityki sankcyjnej oraz amerykańskich działań militarnych w regionie Zatoki Perskiej, które wywindowały światowe ceny ropy i gazu.
- Dzięki Bogu, my i Chiny mamy wszystkie możliwości - zarówno te już wykorzystywane, jak i te w rezerwie oraz te planowane - aby uniknąć uzależnienia od tego rodzaju agresywnej awantury, która podkopuje globalną gospodarkę i globalną energię - stwierdził podczas konferencji prasowej w Chinach.
W co inwestować w 2026? Doradca odpowiada
Surowcowa matematyka bezlitosna dla Moskwy
Zapewnienia polityków zderzają się jednak z twardą rynkową rzeczywistością i ograniczeniami infrastrukturalnymi. W rozmowie z money.pl Dawid Czopek, ekspert rynków paliwowych i zarządzający Polaris FIZ, wprost wskazuje na fundamentalne braki po stronie podażowej, które uniemożliwiają Rosji całkowite zastąpienie bliskowschodnich dostawców.
- Według wszelkich dostępnych danych Chiny potrzebują około 17 milionów baryłek ropy dziennie, Rosja - około 4. Czyli łącznie jest to około 21 milionów baryłek - wylicza Czopek.
Zwraca uwagę na barierę produkcyjną, której Kreml nie jest w stanie w krótkim czasie przeskoczyć, nawet przy maksymalnym przekierowaniu swojego eksportu na rynek azjatycki.
- Tymczasem produkcja w Rosji to około 9 mln baryłek, a Chiny produkują ok. 4 mln. Razem daje to 13-14 mln - wskazuje ekspert.
Nawet jeżeli Rosja produkowałaby ropę tylko na potrzeby Chin, to i tak zabraknie 7 do 8 milionów baryłek - zaznacza zarządzający Polaris FIZ w rozmowie z money.pl.
Bliskiego Wschodu nie da się zastąpić. "Nierealne"
Zwiększenie rosyjskich mocy wydobywczych do poziomów, które mogłyby realnie zaspokoić chiński głód energetyczny w czasie kryzysu irańskiego, wydaje się z perspektywy rynkowej nierealne.
Zwiększenie produkcji dla Rosji to duży wysiłek i zajmie miesiące jak nie lata, podobnie jeszcze większe wydobycie. Nie ma więc takiej możliwości, żeby to im wystarczyło - ocenia Dawid Czopek.
Nasz rozmówca odnosi się również do szerszego kontekstu politycznego i obietnic składanych przez amerykańską administrację w kontekście globalnej podaży "czarnego złota".
- To mydlenie oczu. Podobne uprawia Trump, opowiadając o kupowaniu ropy w USA. Tak naprawdę to nie ma takiej możliwości, żeby istotnie zwiększać produkcję. A już na pewno nie zastąpić kilkunastu milionów baryłek z Bliskiego Wschodu - podsumowuje.
Trump i Putin lecą do Pekinu. Ale nie razem
Tymczasem kalendarz dyplomatyczny w regionie staje się niezwykle napięty, co tylko potwierdza wagę obecnego kryzysu. W połowie maja do Chin ma udać się amerykański prezydent Donald Trump, a zaledwie kilka dni później z Xi Jinpingiem planuje spotkać się Władimir Putin. Obie potęgi zdają sobie sprawę, że przedłużający się konflikt na Bliskim Wschodzie uderza w globalne łańcuchy dostaw.
Chiny, choć posiadają znaczące rezerwy strategiczne i zdywersyfikowany miks energetyczny, wciąż w dużej mierze polegają na imporcie z Iranu. Surowce te muszą przepływać przez cieśninę Ormuz, która znajduje się pod amerykańską blokadą. Pierwsze efekty tych zawirowań są już widoczne w danych makroekonomicznych, które wskazują na wyraźne spadki chińskiego importu w ujęciu rocznym.
Paradoksalnie, obecna sytuacja przynosi Moskwie wymierne korzyści finansowe w krótkim terminie. Rosja odnotowała potężny zastrzyk gotówki dzięki rosnącym cenom ropy i przekierowaniu eksportu. W pierwszym kwartale bieżącego roku aż 90 proc. całkowitego rosyjskiego eksportu tego surowca trafiło do Chin oraz Indii.
Mimo to, zarówno Pekin, jak i Moskwa mają żywotny interes w jak najszybszym zakończeniu wojny, ponieważ Iran pozostaje kluczowym sojusznikiem obu państw w tym zapalnym regionie świata.
Wąskie gardła i logistyczne koszmary
Analitycy zwracają uwagę na silną, ryzykowną koncentrację rosyjskiego rynku zbytu. Według danych rynkowych za marzec tylko w jednym miesiącu Państwo Środka wydało na rosyjskie surowce 8,5 miliarda euro, co czyni je absolutnym liderem zestawienia. Dla porównania drugie w kolejności Indie przeznaczyły na ten cel 5,8 miliarda euro, a Turcja niecałe 2 miliardy euro. Struktura tego popytu jest jednoznaczna, ponieważ aż 78 proc. chińskich zakupów w Rosji stanowiła wyłącznie ropa naftowa. Pozostałą część rachunku wypełnił gaz rurociągowy, produkty naftowe, węgiel oraz LNG.
Apetyt Pekinu rośnie w szybkim tempie. Całkowity import rosyjskiej ropy drogą morską do Chin wzrósł w marcu o ponad 30 proc. w ujęciu miesięcznym. Z kolei import surowca rurociągiem Syberia Wschodnia — Ocean Spokojny podskoczył o kilkanaście procent, osiągając drugi najwyższy wolumen od początku pełnoskalowej inwazji na Ukrainę. Moskwa stoi jednak przed potężnym wyzwaniem logistycznym, które może zniweczyć plany całkowitego uniezależnienia Chin od dostaw z Bliskiego Wschodu.
Rosyjskie porty nad Oceanem Spokojnym, naturalnie przystosowane do obsługi rynków azjatyckich, borykają się z poważnymi ograniczeniami przepustowości. Aby sprostać gigantycznym zamówieniom, rosyjscy eksporterzy muszą w coraz większym stopniu korzystać z infrastruktury nad Morzem Bałtyckim i Czarnym.
Konieczność radykalnego przeorganizowania i dociążenia nowych akwenów wpisuje się w szerszy, narastający od miesięcy kryzys logistyczny. Temat ewentualnej eskalacji był szczególnie gorący już w lutym, kiedy analitycy ostrzegali, że ofensywna retoryka Donalda Trumpa wobec Iranu może w końcu uruchomić prawdziwe domino konsekwencji dla globalnych łańcuchów dostaw i gwałtownie wywindować ceny frachtu. Rynkowe obawy przerodziły się w rzeczywistość, wymuszając na eksporterach desperackie poszukiwanie alternatywnych szlaków morskich.
W odpowiedzi na pogłębiający się paraliż, na arenie międzynarodowej dochodzi do dynamicznych przetasowań. Świadczy o tym chociażby fakt, że na początku kwietnia sformowała się nowa koalicja państw zachodnich, próbująca na bieżąco minimalizować dotkliwe skutki gospodarcze i energetyczne wynikające z działań na Bliskim Wschodzie. Ten zacięty, globalny wyścig o sprawne zabezpieczenie dostaw ropy naftowej sprawia, że rosyjska infrastruktura poddawana jest bezprecedensowej presji i próbie wytrzymałości.
Ataki paraliżują infrastrukturę
To z kolei rodzi zupełnie nowe, nieprzewidziane wcześniej problemy. Nasilające się uderzenia ukraińskich dronów drastycznie ograniczyły możliwości załadunkowe kluczowych terminali. Pod koniec marca eksport ropy z portów w Ust-Łudze i Primorsku spadł o ponad połowę.
Sytuacja była na tyle poważna, że po raz pierwszy od wybuchu wojny główne porty bałtyckie nie załadowały ani jednej kropli ropy przez dwa dni z rzędu. To wyraźnie obnaża słabość rosyjskiej infrastruktury i podaje w wątpliwość obietnice Moskwy o płynnym i bezpiecznym realizowaniu zwiększonego eksportu do Azji w zastępstwie za zablokowany Iran.
Robert Kędzierski, dziennikarz money.pl