Wielka armia i jeszcze większy deficyt. Zbrojeniowa gorączka nam zaszkodzi [OPINIA]
Nieustanne straszenie nas nadchodzącą jakoby rosyjską inwazją służy podtrzymywaniu lukratywnej koniunktury przemysłu zbrojeniowego za Oceanem Atlantyckim. Naszej gospodarce, coraz bardziej opartej na usługach, puchnące nakłady na zbrojenia mogą bardziej zaszkodzić niż pomóc - pisze w opinii dla money.pl prof. Grzegorz W. Kołodko.
Tekst powstał w ramach projektu WP Opinie. Przedstawiamy w nim zróżnicowane spojrzenia komentatorów i liderów opinii publicznej na kluczowe sprawy społeczne i polityczne. Poniższy tekst nie jest rekomendacją redakcji ws. inwestowania, z którym zawsze wiąże się ryzyko.
Niektórzy uważają, że cały spór o wyższość jednego SAFE nad drugim – polskiego (zaproponowanego przez Karola Nawrockiego i Adama Glapińskiego – przyp. red.) nad unijnym (czyli tym, który realizuje polski rząd - przyp. red.) czy też unijnego nad polskim – sprowadza się właśnie do tego, od kogo za granicą będziemy kupować militaria, czyli komu damy na tym więcej zarobić: tym za Odrą i trochę dalej czy też tym daleko za oceanem. Profesor Marek Belka powiedział, że "Tak naprawdę ta dyskusja jest o tym, czy będziemy się zbroić w oparciu wyłącznie o sprzęt amerykański, czy również o europejski. To podstawowa sprawa".
Sytuacja jest o tyle intrygująca, że to akurat prezydent Donald Trump nieustannie naciskał na europejskich członków NATO, aby istotnie podnieśli swoje wydatki wojskowe, licząc na zwiększone zakupy amerykańskiego uzbrojenia. Tymczasem UE postanowiła uruchomić specjalny wehikuł finansowy o zagregowanej wartości 150 miliardów euro, z których lwia część lokowana musi być na własnym terenie. Nie miejmy żadnych wątpliwości, że taka europejska niegodziwość zintensyfikowała aktywność proamerykańskiego lobby.
Militarna ekspansja
Dlaczego zatem rząd premiera Donalda Tuska tak bardzo upiera się przy unijnym SAFE? Czy zaiste chodzi jedynie o jego pewne zalety, zwłaszcza szybki dopływ środków do wykorzystania na inwestycje w rodzimym przemyśle zbrojeniowym, czy też mamy tu do czynienia jeszcze z jakimiś innymi względami? Sądzę, że tak. Projekt zaczął kiełkować podczas polskiej prezydencji w Unii Europejskiej, którą sprawowaliśmy w pierwszej połowie 2025 r., i obecnie jest nagłaśniany jako jej – czyli obecnego rządu, a zwłaszcza premiera – sukces. By zatem ten sukces w pełni politycznie dyskontować, unijny SAFE nie może zostać odłożony na bok; musi zostać wdrożony do praktyki.
Rzecz w tym, że tak naprawdę skierowanie Unii Europejskiej w stronę zbrojeniowej ekspansji zainspirowane jakoby przez Polskę bynajmniej nie jest jakimś znaczącym sukcesem. Byłoby nim natomiast pójście śladem nieco wcześniej przedstawionego Komisji Europejskiej raportu Mario Draghiego, sugerującego integrację rynków kapitałowych oraz zasadnicze zwiększenie nakładów na badania i rozwój w celu oparcia gospodarki w większym niż dotychczas stopniu na postępie naukowo-technicznym. Bez tego nie da się stymulować długookresowego wzrostu gospodarczego w epoce nasilającej się konkurencyjności USA i Chin.
Dużo łatwiejsza niż wyjście z przełomową inicjatywą zespolonego zadłużenia się UE w celu finansowania B+R okazała się opcja zadłużenia się na cele militarne. Tym bardziej że Polska akurat w nakładach na B+R wynoszących około 1,5 proc. PKB znajduje się na szarym końcu Unii Europejskiej, podczas gdy pod względem wydatków wojskowych na poziomie blisko 5 proc. PKB jest jej liderem.
Międzynarodowy Fundusz Walutowy w raporcie poświęconym ekonomicznym konsekwencjom rosnących wydatków obronnych zwraca uwagę na związki między nakładami na B+R a koniunkturą gospodarczą w różnych przedziałach czasu: "Biorąc pod uwagę to, że struktura wydatków na obronność ma znaczenie dla krótkoterminowych bodźców gospodarczych i długoterminowych wzrostów produktywności, bieżące wydatki generują większe mnożniki krótkoterminowe, natomiast nakłady inwestycyjne, jeśli są ukierunkowane na nakłady na badania i rozwój i nie wypierają inwestycji produkcyjnych niezwiązanych z obronnością, mogą wspierać produktywność w dłuższej perspektywie. Chociaż struktura wydatków jest dyktowana głównie przez potrzeby bezpieczeństwa, kraje powinny uwzględnić ograniczenia makroekonomiczne i uznać, że zwiększanie inwestycji w obronność zazwyczaj wymaga dużego zaangażowania początkowego i stałych wydatków, co czyni je bardziej wymagającym fiskalnie niż wzrost bieżących nakładów".
Mnożnik fiskalny to kategoria ekonomiczna, która pokazuje, jak zmienia się PKB w rezultacie zmiany wydatków rządowych. Polityka fiskalna jest efektywna wtedy, gdy mnożnik jest większy od jedności, co oznacza, że państwowy impuls wydatkowy daje większy przyrost PKB, niż wynosi jego koszt. Tymczasem z badań wynika, że tak zwany mnożnik militarny – państwowe wydatki wojskowe – w krótkim okresie spadać może poniżej jedności, ponieważ alokacja zasobów do produkcji wojskowej jest kosztowna. Co więcej, mnożnik ten systematycznie maleje wraz z przesuwaniem się gospodarek w stronę sektora usług, co wykazały między innymi badania z wykorzystaniem skalibrowanego wielosektorowego modelu cyklu koniunkturalnego w USA. Zmienia się on w zależności od kosztów alokacji zasobów do produkcji wojskowej, co z kolei jest determinowane strukturą przemysłu oraz frykcjami związanymi z realokacją kapitału.
Zbrojenia i technologia
W nowoczesnych gospodarkach opartych na usługach nagłe zwiększanie wydatków na zbrojenia bywa nieefektywne. Tak właśnie jest w Polsce. Systematycznie rosnący udział usług w PKB sięga już dwóch trzecich, podczas gdy przemysł partycypuje w tworzeniu dochodu narodowego zaledwie w nieco ponad jednej piątej. Przy takich uwarunkowaniach strukturalnych agresywne wtłaczanie publicznych pieniędzy do sektora zbrojeniowego może prowadzić w większym stopniu do wzrostu cen sprzętu wojskowego niż do dynamizacji produkcji i dochodu narodowego. Może nawet zdarzyć się tak, że rosnące rządowe wydatki obronne zamiast przyspieszyć ogólny wzrost gospodarczy spowolnią go z wszystkimi tego negatywnymi konsekwencjami.
Wypada wszak zaznaczyć, że nawet jeśli w rzeczywistych procesach gospodarczych jakaś skromna część wydatków obronnych bywa przeznaczana na finansowanie nowoczesnych technologii o podwójnym przeznaczeniu, wojskowym i cywilnym, co może dawać pewne impulsy prowzrostowe, to przecież podobnie jest w przypadku łożenia na B+R w sektorze odnawialnych źródeł energii, które dodatkowo mogą przynieść jakże pożądane rezultaty z punktu widzenia poprawy naturalnego środowiska człowieka i podnoszenia dobrobytu społeczeństwa.
Ale jeśli już polityka, kierując się innymi kryteriami, przesądziła o radykalnym zwiększeniu wydatków militarnych, to trzeba wyciągnąć właściwe wnioski z kompetentnych badań porównawczych. Otóż z analizy notowań przedsiębiorstw sektora obronnego na giełdach europejskich i amerykańskich wynika, że rynki finansowe wyżej wyceniają firmy o większej intensywności prac badawczo-rozwojowych w technologie o podwójnym zastosowaniu niż te, które angażują się w produkcję stricte militarną. W ten sposób rynki finansowe też weryfikują lansowaną przez rzeczników zbrojeń tezę, że wydatki militarne bezwarunkowo sprzyjają wzrostowi gospodarczemu. Bywa tak wtedy, gdy angażują się szerszym frontem w finansowanie B+R służących równocześnie sektorom wojskowemu i cywilnemu.
To fakt, że kiedyś właśnie wyścig zbrojeń i towarzyszące mu olbrzymie nakłady środków finansowych na B+R katalizowały niektóre aspekty postępu technicznego. Tak było chociażby podczas amerykańsko-rosyjskiej rywalizacji w podboju kosmosu, kiedy to wpierw prowadził Związek Radziecki, wystrzeliwując w 1957 r. pierwszego sztucznego satelitę Ziemi i już po czterech latach ekspediując na orbitę pierwszego kosmonautę, Jurija Gagarina, a potem Stany Zjednoczone, których astronauta Neil Armstrong był pierwszym człowiekiem na Księżycu.
Ale faktem też jest, już bliżej współczesności, że bardzo mało czasu, bo mniej niż rok, zajęło wyprodukowanie szczepionki przeciwko COVID-19. Co prawda wykorzystano w tym celu technologię mRNA, która została wcześniej opracowana przez amerykańską Agencję Zaawansowanych Projektów Badawczych w Obszarze Obronności (DARPA), ale przecież do podobnie użytecznych rezultatów można dojść, koncentrując badania w sektorze cywilnym. (…)
Trzeba sobie w pełni zdawać sprawę, że zbrojeniowa gorączka nie jest wyłącznie źle wyważoną reakcją na nikczemny rosyjski najazd na Ukrainę. Jest ona również w dużej mierze reakcją na amerykańską presję, skłaniającą kogo tylko się da – od Australii i Japonii przez Koreę Południową i Filipiny po Kanadę i Chile – do zwiększania wydatków obronnych, co w sposób oczywisty stymuluje eksport uzbrojenia made in USA.
Presji tej ulegają także państwa Unii Europejskiej, a ich reakcja w postaci uruchamiania unijnego projektu SAFE zmierzającego do ograniczenia skali importu broni z USA po to, aby być pod słabszą presją, wywołuje oczywistą irytację zarówno prezydenta Trumpa i jego akolitów, jak i całego amerykańskiego militarno-przemysłowego lobby, które nie zniknie, kiedy już Trump zejdzie z aktywnej sceny politycznej.
Warto sobie uzmysłowić, że nieustanne straszenie nas – nie tylko w małych państwach bałtyckich i w Polsce, lecz także dalej na zachód – nadchodzącą jakoby rosyjską inwazją służy podtrzymywaniu lukratywnej koniunktury przemysłu zbrojeniowego za Oceanem Atlantyckim. Każdy kolejny promil dochodu narodowego przeznaczany na wydatki "obronne" niekoniecznie zwiększa nasze narodowe bezpieczeństwo, ale krusząc coraz bardziej i tak już bardzo mizerną kondycję finansów publicznych, zwiększa zyski producentom uzbrojenia, przede wszystkim amerykańskim.
Lukratywny biznes
Ten militarystyczny ferwor ma swoje strony makroekonomiczne i mikroekonomiczne. Jeśli chodzi o te drugie, to od kilku lat trwa wielka hossa na rynkach przedsiębiorstw kompleksu militarno-przemysłowego oraz powiązanych z jego interesami dostawców usług. W latach 2022-2024 wiele jego firm odnotowało zwielokrotnienie obrotów i skokowy wzrost zysków.
Lockheed Martin, jeden z najpotężniejszych koncernów pośród amerykańskich firm zbrojeniowych, sprzedał w 2025 r. sprzęt wojskowy wraz z obsługującym go oprogramowaniem za ponad 75 mld dolarów, realizując przy sposobności zysk operacyjny w wysokości 10,3 proc., o jedną dziewiątą większy niż w 2024 r. Inny gigant, RTX Corporation (dawniej Raytheon Technologies), zadowolił się zyskiem netto wynoszącym ponad 8 proc., uzyskawszy dochód ze sprzedaży wynoszący aż 88,6 mld dolarów. Znakomicie radzą sobie także europejscy liderzy zbrojeniówki, którzy bijąc rekordy produkcji i obrotów, robią krociowe interesy na militarnej gorączce.
W 2025 r. sprzedaż BAE Systems, czołowej brytyjskiej firmy produkującej sprzęt wojskowy, wzrosła o 10 proc., do poziomu 30,7 mld funtów szterlingów (40,5 mld dolarów), dając jej zysk w wysokości 12 proc., o prawie jedną ósmą większy niż przed rokiem. Wartość sprzętu ulokowanego na rynku przez firmę Thales, francuskiego giganta przemysłu zbrojeniowego, wzrosła o 8,8 proc. do poziomu 22,1 mld euro (25,7 mld dolarów), przynosząc właścicielom zysk operacyjny w wysokości 12,4 proc., o jedną siódmą większy niż rok wcześniej. Rheinmetall Group, największy niemiecki koncern zbrojeniowy, sprzedając swoje produkty za ponad 9,9 mld euro (11,6 mld dolarów), odnotował zysk operacyjny w wysokości 18,5 proc., o jedną trzecią wyższy niż w poprzednim roku.
Świetnie ponadto prosperują niektóre wschodnioeuropejskie firmy produkujące broń i amunicję, a bywają i takie, których prosperity wzbudza zazdrość na Zachodzie. Szczególnie wyróżniła się na tym polu czeska grupa zbrojeniowa Czechoslovak Group (CSG), która na początku 2026 r. spektakularnie zadebiutowała na giełdzie Euronext w Amsterdamie. Jej notowania w ciągu jednego dnia wzrosły o blisko jedną trzecią, co stało się sensacją w kręgach obserwujących rynki kapitałowe i co uczyniło ją najdroższą firmą Europy Środkowo-Wschodniej z kapitalizacją przekraczającą 22 miliardy euro.
Produkcja, sprzedaż i zyski tych i wielu innych firm w tym roku są jeszcze większe, a ich właściciele i menedżerowie nie bez powodu spodziewają się kontynuacji tego boomu – dla nich wielce opłacalnego, dla nas wielce kosztownego. Notowania akcji zbrojeniówki na giełdach rosną i podczas gdy ich posiadacze zacierają ręce, my musimy trzymać je głęboko w kieszeni, aby dzięki zapalczywości naszych militarystów jeszcze więcej z nich nie wyciągnęli.
Miejmy świadomość, że gdy płacimy na zakupach VAT i akcyzę, które zasilają naszą narodową kasę, zawsze jakaś ich cząstka trafia do właścicieli firm zbrojeniowych, także tych zagranicznych.
Tak działają mechanizmy ekonomiczne i polityczne, że gdy idziemy na zakupy spożywcze do osiedlowego Lewiatana czy kupujemy coś więcej w centrum handlowym, zawsze jakieś wydane tam grosze i złote wskutek rodzimej polityki obronnej trafiają do obcych beneficjentów.
Nierównowaga makroekonomiczna narasta
Na rok 2026 zaplanowano dochody budżetu państwa na poziomie 647,2 mld złotych. VAT ma dać 341,5 mld zł, a akcyza – 103,3 mld. Pomimo tak znaczącego obciążenia podatników tymi pośrednimi płatnościami – częstokroć nieuświadamianymi, bo wliczanymi w ceny kupowanych towarów – oraz innymi podatkami i opłatami fiskalnymi, 2026 r. cechuje rekordowy poziom deficytu budżetowego, który rząd przewiduje w wysokości 271,7 mld złotych. Niestety, prawdopodobnie będzie większy.
Równocześnie wydatki obronne finansowane z budżetu i funduszy pozabudżetowych, które stanowią nieodłączną część całego systemu finansów publicznych, przekraczają 200 mld złotych. Ile z tego idzie na rosnące zyski firm zbrojeniowych kosztem spadających wydatków na cele rozwojowe? Ile z tego zostaje w kraju, a ile trafia za granicę? I czy tak być musi?
Oczywiście, że nie, ale to, co od strony makroekonomicznej jest dla nas niekorzystne, przyczyniając się do pogłębiania nierównowagi destabilizującej cały układ gospodarczy, komu innemu sprzyja. Obecnie Polska odnotowuje nie tylko olbrzymi deficyt budżetowy, lecz również ujemne saldo w rozliczeniach z zagranicą. W 2026 r. można spodziewać się deficytu rachunku bieżącego rzędu 1,3-1,5 proc. PKB, do czego przyczynia się także rosnący import sprzętu wojskowego. W sumie podwójny deficyt (ang. twin deficit, deficyt bliźniaczy), który oscyluje w przedziale 8-9 proc. PKB, pokazuje, jak głęboka jest nierównowaga makroekonomiczna. Polska zadłuża się i w kraju, i za granicą, gdzie więcej pieniędzy transferuje i wydaje na import, niż zarabia na eksporcie i pozyskuje z transferów do kraju.
Powyższy artykuł prof. Grzegorza W. Kołodki, byłego wicepremiera i ministra finansów, wykładowcy Akademii Leona Koźmińskiego, jest fragmentem jego nowej książki "Niebezpieczne bezpieczeństwo", która ukaże się nakładem Polskiego Wydawnictwa Ekonomicznego.