Tusk gasi pożar po aferze. Lekarze biją na alarm
Szpitale powiatowe stracą swój główny atut - wyższe zarobki niż w metropoliach. Nie będą w stanie przyciągnąć kadry, co doprowadzi do centralizacji opieki zdrowotnej. Jednym słowem, stracą specjalistów - powiedział rzecznik NIL Jakub Kosikowski, komentując projekt ustawy o zarobkach medyków.
Rząd przyjął we wtorek projekt ustawy umożliwiającej zbieranie informacji o zarobkach medyków w powiązaniu z numerem PESEL lub numerem prawa wykonywania zawodu (PZW). Ma to pozwolić na lepszą ocenę wpływu wynagrodzeń na koszty leczenia i lepiej planować finansowanie ochrony zdrowia - poinformowała kancelaria premiera w opisie projektu. Naczelna Izba Lekarska wskazała na ryzyko związane z wprowadzeniem nowych przepisów.
- Kiedy AOTMiT (Agencja Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji) ustala, ile NFZ zapłaci za leczenie pacjenta - wizytę u urologa czy leczenie raka - bierze pod uwagę wynagrodzenie personelu. Oznacza to, że fundusz już teraz posiada dostęp do informacji dotyczących zarobków lekarzy - powiedział Kosikowski.
Na emeryturę zmienili dom. Na tym zaoszczędzili tysiące
Jak wyjaśnił, NIL obawia się, że publiczna dyskusja o zarobkach lekarzy odwróci uwagę od realnych problemów ochrony zdrowia.
Istnieje ryzyko, że zamiast merytorycznej dyskusji o systemie zdrowia nasze pomysły będą zbywane argumentami o wysokich zarobkach lekarzy i pojedynczych, skrajnych przypadkach finansowych - podkreślił.
Jego zdaniem wprowadzenie tzw. kominów płacowych jest konieczne, ale musi to być rozwiązanie systemowe. W opinii rzecznika NIL punktowe interwencje i ręczne sterowanie zarobkami doprowadziły do obecnego kryzysu.
- Z naszej perspektywy kluczowa jest rewizja wycen procedur medycznych. Musimy skończyć z podziałem na pacjentów, których leczenie się opłaca i tych, na których szpital traci. Rekordowe zarobki lekarzy wynikają często z tego, że szpitale generują wysokie zyski na konkretnych, dobrze wycenionych procedurach - zaznaczył.
Jak powiedział, placówki chcą zarabiać, więc oferują wysokie stawki. Na takie zarobki nie mogą liczyć np. interniści czy pediatrzy, bo ich oddziały są chronicznie niedofinansowane.
Według Kosikowskiego skala zadłużenia placówek w Polsce pokazuje, że problemem nie jest nieudolność dyrektorów, ale fakt, że realne koszty funkcjonowania szpitali przewyższają ich przychody.
Narzucenie sztywnego limitu wynagrodzeń lub stawki godzinowej mogłoby pogłębić kryzys szpitali. Szpitale powiatowe, które opierają się na lekarzach dojeżdżających z dużych ośrodków, stracą swój główny atut - wyższe zarobki niż w metropoliach. Nie będą w stanie przyciągnąć kadry, co doprowadzi do centralizacji opieki zdrowotnej. Jednym słowem, stracą specjalistów. Chyba że celem jest ich osłabienie, by wymusić konsolidację, która sama w sobie jest potrzebna, ale nie powinna odbywać się kosztem pacjentów - powiedział.
Zaznaczył, że właśnie o tych problemach przedstawiciele NIL chcą rozmawiać z premierem Donaldem Tuskiem.
Lekarz milioner i reakcja rządu na aferę
Rząd zajął się zarobkami medyków po nagłośnieniu przez media sprawy lekarza w trakcie specjalizacji, który w 2025 r. zarobił 1,6 mln zł. Lekarz, którego temat podjęły media, był zatrudniony m.in. w Warszawskim Szpitalu Południowym. W szpitalu kontrolę prowadzą NFZ oraz warszawski ratusz.
- Żaden lekarz prosto po stażu w normalnych warunkach nie mógłby liczyć na umowę na specjalizację na warunkach 10 razy lepszych niż to, co oferuje Ministerstwo Zdrowia – podkreślił Kosikowski.
Zaznaczył również, że rzecznik odpowiedzialności zawodowej NIL zweryfikuje kwestię opuszczania dyżurów przez lekarza.
Źródło: PAP.